Archive for ‘Kolonializm’

Styczeń 28, 2015

Współcześni „ludo-żercy”, czyli jak się ma turystyka

Słowo turystyka pochodzi z języka francuskiego (tour), przyjętego także w angielskim i oznacza wycieczkę lub podróż, zakładającą powrót do punktu wyjścia. Jest to dziedzina usług dla ludności pomocna w realizowaniu tzw. przestrzennej ruchliwości, związanej z dobrowolną zmianą miejsca pobytu, środowiska i rytmu życia. Określa współczesny styl życia, jest sposobem poznawania świata,  daje możliwość odpoczynku, relaksu, regeneracji sił, poprawy stanu zdrowia, wspiera rozwój gospodarczy i społeczny regionów turystycznych. Udział w turystyce jest efektem realizacji potrzeb współczesnego człowieka, które określają cel i motywację do podjęcia powiązane z określoną wartością.

Obecnie jednak pojęcie to zostało rozszerzone do definicji przemysłu turystycznego. Zatem jest to gałąź związana z produkcją dóbr i usług wymagająca określonej infrastruktury. Istotne są na tym polu wszelkie działania związane z przekształcaniem przestrzeni i przystosowywaniem jej do potrzeb turystyki, co przyczynia się niejednokrotnie do zmian w krajobrazie czy degradacji środowiska naturalnego. Powstają nowe drogi, lotniska, hotele, baseny, parki rozrywki, restauracje, kawiarnie, kluby nocne, miejsca noclegowe, wzrasta produkcja wyposażenia, żywności, pamiątek, zwiększa się zapotrzebowanie na personel. Wpływa to oczywiście na transfer ludzi i pieniędzy, a dzięki ogromnym staraniom możliwe jest zaspokojenie wszelkich potrzeb turystów i osiągnięcie ich satysfakcji.

źródło: Internet

źródło: Internet

Tęsknota za nieznanym

Ludzie podróżowali od czasów starożytnych powodowani chęcią zobaczenia ciekawych budowli lub wzięcia udziału w wydarzeniach religijnych czy obchodzonych gdzie indziej świętach. Budowano drogi, statki, kompletowano karawany, by zaspokoić ludzkie potrzeby z samego szczytu piramidy Masłowa – potrzebę wiedzy, zrozumienia, nowości, harmonii, piękna, samorealizacji… Nikomu nie trzeba przypominać, że podróże kształcą, ale jak mawiają starzy Chińczycy… tylko ludzi wykształconych.

Podróże, nie turystyka.

Dawni podróżnicy, sprzed czasów konkwistadorów, poznawali dalekie kraje, opisywali je, przywozili zza mórz nowe mapy, portrety napotkanych w drodze Innych, rysunki ich domostw, zwyczajów, przedmioty codziennego użytku, nieznane rośliny i tęsknotę za nowo poznanymi miejscami. Opowiadali historie o odległych lądach, które rozwijały nie tylko wyobraźnię, ale otwierały także nowe horyzonty. Na takie podróże stać było niewielu, ale ich wysiłek można zmierzyć dzisiaj zasięgiem poznania. Dawni podróżnicy wnikali w szczegóły, uczyli się języków, zawierali znajomości, prowadzili interesy. Dzięki nim nastąpił rozwój handlu i nauki.

Dzisiaj zostało ich już niewielu… To ci, którzy wciąż pakują alpejki, zakładają trapery i przemierzają mało uczęszczane szlaki na rowerach, motocyklach lub pieszo. Chcą zmierzyć się z globalnym skurczonym światem, który oferuje wszystko, wszędzie i każdemu, a jeśli jeszcze nie oferuje, oznacza to tylko tyle, że na udostępnienie potencjalnych rozwiązań trzeba poczekać krótką chwilę zanim zostaną „odkryte”. Nierzadko podróżnicy zostają tam, gdzie mocniej zabiły ich serca. Rozmawiają, biesiadują, śpią, śmieją się i płaczą razem z tymi, którzy okazali się tak wspaniałomyślni, by otworzyć im swoje drzwi i serca. Będąc w drodze są Innym i jednocześnie Tym Samym.

Iluzja

Turyści, wkręceni w machinę przemysłu turystycznego, mają zgoła zupełnie inny status. Nie pozwala on im nawet na chwilowe zagnieżdżenie się w miejscu docelowym. Nocują w hotelach, biegają po ściśle wyznaczonych trasach, okupują bary all inclusive, narzekają na obsługę, wymagają… Cóż, inaczej być nie może. Jeśli rozwija się jakakolwiek gałąź przemysłu, musimy być przygotowani, że z czasem stanie się coraz bardziej drapieżna. Nowe możliwości i technologie zapewnią większy komfort, wyznaczą nowe trendy, stworzą marki i korporacje. Morza pieniędzy płynące z kont na konta nie zostawią skrawka nadziei na humanizm, nie łudźmy się. Produktem końcowym jest konsumpcyjny potężny multipotwór – turysta. Godzilla depcząca rezerwaty, King-Kong eksplorujący luksusy pięciogwiazdkowych hoteli, Lewiatan ekskluzywnych restauracji i Chupacabra unżonej obsługi. Ma słono zapłacić za komfort i atrakcje, nad którymi czuwają obie strony geszeftu, ma być wkręcony w machinę iluzji, zadowolony, dopieszczony, upity szumem morza i palm… I tak jest.

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Kim więc jest dziś turysta? Pożądanym acz męczącym produktem, któremu, jak długo oczekiwanemu potomkowi, pozwala się spełniać wszelkie zachcianki, przynoszącym jednocześnie horrendalne zyski międzynarodowemu kapitałowi. Pułapka tkwi w tym, że monopol na turystę mają dzisiaj wielkie agencje, wśród których jakakolwiek alternatywa ma niewielkie szanse przetrwania – patrz: darwinizm społeczny.

W związku tym odbiór turystyki i obraz turysty zmienia się z pozytywnego na negatywny. Wysiłek i aktywność stały się niemodne, szacunek i partnerstwo w kontaktach z mieszkańcami, nauka języka lub pogoń za naturą to zakurzone eksponaty, w zamian promowane są podróże grupowe, głównie urlopowe i modelowe, z całą dbałością o konsumpcję, bierność i komfort.

Wielu ludzi uważa, że turystyka jest czynnikiem postępu. Ten mit wrośnięty silnie w naszą świadomość pozwala sądzić, iż dzięki turystom powstaje coś cennego. Niestety w dobie wszelkich światowych kryzysów jak: energetyczny, klimatyczny, demograficzny, żywnościowy, sanitarny, bezpieczeństwa i tożsamości, beztroski i egocentryczny turysta przynosi więcej szkód niż pożytku.

Zaprojektowana spontaniczność

Jeśli najważniejszym celem dzisiejszego przemysłu turystycznego jest przyciągnięcie turysty, zatrzymanie go i zmuszenie do maksymalnych wydatków, trudno nie zauważyć stosowanych w tym celu manipulacji. Turystę zamyka się w szczelnych enklawach równoległej rzeczywistości o skłonnościach segregacyjnych. Do 5 gwiazdek oprócz niego nikt nie ma wstępu, obsługa trzyma buzię na kłódkę, policja pracowicie wymiata z czerwonych dywanów ludzi mieszkających w pobliżu, dzielnice obsługi zwykle dzieli od turystycznego raju stosowna odległość, a kontakty z tubylcami są niemile widziane i na wszelkie sposoby utrudniane. Dzięki tym zabiegom poznanie staje się z reguły niemożliwe.

I nic nie jest spontaniczne, nawet jeśli na takie właśnie wygląda.

Inżynieria społeczna posługująca się głównie zespołem technik służących osiągnięciu określonych celów poprzez manipulację społeczeństwem, określanych mianem socjotechnik, dba o porządek również w turystyce i jeśli ktoś samodzielnie nie dotrze do wiarygodnych informacji, zobaczy tylko to, co wolno mu zobaczyć. Prywatną plażę odgrodzoną wysokim żywopłotem od  strefy przemysłowej lub bazy wojskowej i „żywiołowe” nighlife za szczelną kurtyną zapewnień o czyhających na zewnątrz niebezpieczeństwach.

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Slogany reklamowe sprzedadzą wszystko i wszystkim. Odwołując się do naszej wyobraźni zapewnią, że kamienista plaża to gwarancja braku uciążliwego piachu, oddalony o 30 km od centrum hotel będzie okazją do zwiedzenia „interesującej wioski rybackiej”, natomiast pustynia podziała zgoła terapeutycznie, bo odizolowani od miejskiego gwaru i tempa na pewno odpoczniemy. Czulibyśmy się pewnie równie wspaniale na platformie wiertniczej „kołysani magicznym morskim prądem”, gdyby taka oferta pojawiła się w którymkolwiek z biur podróży. Slogan to tylko slogan. Słowa „magiczna podróż” i „baśniowy raj” są wyłącznie argumentem handlowym i mają tylko nas uwieść. Nic więcej.

Turystyczna „fabryka snów” sprowadza do banału wszelkie wyższe potrzeby człowieka. Za fasadą pawiego ogona nie zawsze czeka zimny drink, jest za to złudzenie, że właśnie przeżywamy coś „absolutnie fascynującego” i iluzja bycia „wyjątkowym”, nic to że w królestwie kiczu, plastiku i reklamy.

Mało

Ponieważ „show must go on”, turystyczna „fabryka snów”, stając na wysokości zadania, przekonuje nas, że to wszystko, co do tej pory oferowała, to jednak za mało. Mało gwiazdek, mało plaży, mało alkoholu, mało atrakcji… Od czego menedżerowie i marketingowcy? Jeśli czegoś nie ma, stwórzmy to! Jak grzyby po deszczu powstają nowe atrakcje. Najbardziej pożądana turystyka ma zawieźć klienta jak najdalej, ma mu dać jak najwięcej i jak najlepiej. Oczywiście „jak najlepiej” traci tu swoje dawne znaczenie i przekracza wszelkie zasady dobrego smaku, uznając wyłącznie jedną zasadę: żadnych ograniczeń.

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Mamy więc spektakle w wioskach kulturowych, gdzie markowe obiektywy robią zdjęcia małym murzyniątkom, a na facebooku opłakuje się ich niewdzięczny los, mamy obdarowywanie dzieciaków z gett zużytymi maskotkami i nieświeżymi lalkami, mamy safari, podczas którego grupki przybyłych raczą się winem i przekąskami wprost z maski jeepa, a za plecami, prawdopodobnie jednak głodny, tłumek tubylców umila im ekskluzywny pobyt w niemal sześciogwiazdkowych lodge’ach śpiewem…

W biedakrajach, gdzie średni miesięczny zarobek tubylca oscyluje w granicach 10 dolarów* (oby), odbywają się niewiarygodne spektakle, organizowane specjalnie dla bogatych turystów. Można uczyć się tańczyć, tkać, gotować, przebierać się w kolorowe stroje, spożywać wykwintne posiłki, degustować bajońsko drogie wina, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wspierania biedaków, bo przecież to „dzięki nam mają pracę”. Należy się słowo wyjaśnienia: dzięki wam „Mili Państwo” pracę mają bonzowie sektora turystycznego, a biedak zawsze jest okradany.

Jeszcze mało

Z tego nudnawego po kilku wyjazdach blichtru rodzi się potrzeba czegoś nowego. Można więc zmienić kierunek podróżowania i z tak pożądanych zwykle tropików pójść w stronę lodowców, mongolskich stepów, ostępów Zabajkala, Alaski lub Grenlandii… Mało? Oczywiście. Dajemy więc szansę, oczywiście za odpowiednią opłatą płynącą wprost do kieszeni „narkooperatora”, zobaczenia brazylijskiej faveli od środka. Wjeżdżamy jeepami z uzbrojoną obstawą i fascynujemy się biedą, upodleniem, poniżeniem. Mało? Tak. No to jedziemy na wojnę. Najlepiej na wzgórza Golan, by napawać się śmiercią i zniszczeniem. Rozrywka, jaką jest obserwowanie z bezpiecznej odległości wojny, nie jest w Izraelu nowością. „Wojenni turyści” okupują punkty widokowe, sprawiając wrażenie, że właśnie są na rodzinnym pikniku, kontestują eksplozje rakietowe i starcia wojsk. Czyżby mało? Niestety.

Nietypowe formy turystyki stają się coraz popularniejsze i są szansą na swoistą specjalizację dla biur podróży, zwłaszcza małych, by wybić się na trudnym, opanowanym przez molochy rynku. Modne jest odwiedzanie opuszczonych miast, cmentarzysk, katakumb – turystyka urbex, slumsów – turystyka slumsowa, miejsc starć zbrojnych – wojenna, miejsc katastrof nuklearnych jak Czernobyl… Są też turystyka adopcyjna, medyczna, tanatoturystyka… Tak wiele możliwości w świecie, na którego mapach nie ma już białych plam… Chęć zadeptania wszystkiego.

Kuriozalnie mało

Absolutnym kuriozum w dziedzinie turystyki slumsowej jest prywatny rezerwat dzikich zwierząt Emoya w Bloemfontein w Republice Południowej Afryki. W hotelu ze SPA i centrum konferencyjnym można przeżyć zaiste „niebanalne” turystyczne doświadczenie – pobyt w slumsach Shanty Town, specjalnie na tę okazję wybudowanych.

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Na stronie internetowej znajdujemy informacje o domkach z blachy falistej, wyposażonych w lampę naftową, świece, radio na baterie, palenisko do przygotowania posiłków i ubikację. Proponuje się doświadczenie życia w tej scenerii, w bezpiecznym otoczeniu prywatnego rezerwatu dzikich zwierząt. Z ogrzewaniem podłogowym i wifi! Jak widać na zdjęciach, to jednak tylko… sceneria.

Parodia i głupota osiągnęły apogeum, ale chętni są, a że niesmaczne? Co z tego. Odarcie człowieka z godności zyskało w turystyce status luksusu, a współczesna kolonizacja i arogancja osiągnęły punkt krytyczny. Wstyd nie ma tu nic do rzeczy, bo mimo części głosów przeciw, druga część jest jak najbardziej za, uznając że taka forma może przynieść jakąś naukę, a ubodzy zyskają. Nic bardziej mylnego. Pogoń za tego rodzaju doświadczeniem jest głupim zachowaniem głupiego i bogatego białego wobec innoskórego i biednego. Jest kompletnym brakiem empatii dla ludzi żyjących w warunkach urągających postępowi i humanizmowi. Budzi protest i niezrozumienie, w jaki sposób można się dobrze bawić, gdy obok ludzie żyją w skrajnej nędzy i umierają za plecami rozpasanego turysty, który ma nadmiar tego, czego człowiek żyjący tam na co dzień nigdy nie doświadczy. Bawienie się ubóstwem i wynoszenie go do rangi rozrywki jest odrażające, można je też uznać za objaw psychopatii.

Antidotum na kryzys

Turystyczny konsumeryzm, rozrośnięty do niewyobrażalnych rozmiarów, budzi wstręt. I słusznie. Jednostki myślące szukają więc rozwiązań alternatywnych. Może pora zrezygnować z usługodawców, kupować samodzielnie bilety, poznawać ludzi w Internecie i korzystać barterowo ze swoich dóbr. Może pora przestać być klientem, odmówić statusu „ludo-żercy” i zacząć znowu podróżować. Można korzystać z couchsurfingu (międzynarodowa sieć wymiany noclegów) czy greeters (wolontariusze przyjmujący podróżujących darmowo z wymianą). Można tworzyć podobne społeczności, zakładać strony internetowe, uczyć się języków, lub choćby podstaw przed wyjazdem, wymieniać informacjami, zyskiwać świadomość, rozwijać…

Odpowiedzialnie, etycznie, szczerze i z szacunkiem odnosić się do swoich partnerów w podróży, być Człowiekiem. Innym i Tym Samym.

*

Sierpień 18, 2013

Jądro ciemnoty *

ŻADNYCH ZDJĘĆ!

* W poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie czasem pytania, dlaczego jest jak jest, w jaki sposób powstaje przekonanie o wyższości jednej rasy nad drugą, czy jednego narodu nad innym i skąd bierze się ta wszechogarniająca głupota, pozwoliłam sobie zatytułować ten tekst parafrazując tytuł jednej z bardzo znanych książek. Mam nadzieję, że Joseph Conrad nie będzie miał mi tego za złe.

Autochton, tubylec, tuziemiec, aborygen, native, rdzenny mieszkaniec, to wyrazy bliskoznaczne. Określamy nimi ludzi od wieków zamieszkujących określone obszary geograficzne, na których, jak nazwa wskazuje, byli… pierwsi. Jakież zdziwienie budzi, kiedy strona synonim.net podaje takie wyjaśnienie terminu „tubylec”:

„dzikus, człowiek niecywilizowany”!

http://synonim.net/synonim/tubylec

Takie usytuowanie tubylca w świadomości twórców strony budzi niemałe zaskoczenie, ale to przecież tylko internet, nic naukowego, nie ma się czym przejmować. Czy naprawdę? A jeśli ktoś to przeczyta? Ktoś, kto przedtem nie miał pojęcia, kim jest tubylec? I na dodatek uwierzy? To dopiero może być kłopot.

I kłopot jest. Bo właśnie z takim odbiorem słowa tubylec nieustannie się spotykam. Autochton, tubylec, native… funkcjonują w świadomości części ludzi jako określenia pejoratywne. Wiemy doskonale, że to rdzenni mieszkańcy, ale to przecież ktoś inny niż my i niestety gorszy.

Samozwańczo i buńczucznie zajmujemy podium z numerem 1. Po prawej i po lewej jakieś miejsce drugie i trzecie, a potem… Nikogo.

Kto zawinił, czyli panowie stworzenia

Winowajców było wielu. Popychało ich do głoszenia teorii pragnienie zdobycia sławy, naukowych laurów lub usprawiedliwienia kolonialno-imperialnych działań. Herbert Spencer, ewolucjonista, w dziele Social Statics (1850) pisze, że imperializm przysłużył się cywilizacji usunięciem (exterminate) z powierzchni ziemi ras niższych. Z kolei w 1859 roku Karol Darwin wpadł na pomysł, że „rasy mniej rozumne zostaną wytępione” na skutek pewnego zawiłego procesu, w którym podczas rozwoju gatunków formy przejściowe między żyjącymi obecnie a „wymarłymi”, są zbyt szybko wypierane przez nowe i lepiej przystosowane (dlatego nie ma po nich śladów w badanych warstwach geologicznych). W walce o byt „udoskonaleni następcy” jakiegokolwiek gatunku będą więc dążyć do niszczenia poprzedników. W dziele O pochodzeniu człowieka (1871) Darwin napisał, iż między małpami i cywilizowanym człowiekiem istnieją takie „formy przejściowe” jak goryle i dzikusy i według niego obydwie są na wymarciu. Wywnioskował, iż z całą pewnością cywilizowane rasy człowieka wytępią i zastąpią na całym świecie rasy dzikie.

Mistrz Darwina, angielski geolog Charles Lyell, w Principles of Geology napisał:

Każdy rozprzestrzeniający się na dużym obszarze gatunek osłabia lub wręcz likwiduje inne gatunki. Jest też zmuszony toczyć nieustanną walkę z intruzami ze świata fauny i flory, podejmującymi próby jego usunięcia. Skoro nawet każdy z tych najmniejszych i najmniej znaczących gatunków w przyrodzie unicestwił tysiące innych – dlaczegóż my, panowie stworzenia, nie mielibyśmy tego czynić?

Pierwszy rasista

Anglosaskim pionierem rasizmu, na wiele lat zanim posądzany o stworzenie tej teorii Adolf H. przyszedł na świat, stał się pod koniec XIX wieku Robert Knox, szkocki lekarz, anatom i zoolog, głoszący pogląd, że Anglosasi są z natury rasą wyższą. „Naukowa” teoria Knoxa opierała się na stwierdzeniu, że wiemy jedynie, iż od zarania dziejów rasy ciemne były niewolnikami jasnych.  „Jestem skłonny wierzyć, że rasy ciemne na ogół muszą być fizycznie, a co za tym idzie i psychicznie słabsze” – pisał w dziele The Race of Man, gdzie można znaleźć również inne „naukowe” oceny typu: „mózg ras ciemnych jest, jak sądzę, generalnie ciemniejszy, a białe jego partie mają więcej tkanki włóknistej”, lub sąd wydany na podstawie jedynej obdukcji ciemnoskórego, jaką przeprowadził, znajdując „o jedną trzecią mniej nerwów w rękach i nogach niż u człowieka białego tego samego wzrostu i tuszy”; wniosek: „dusza, odruchy i rozum muszą, co rozumie się samo przez się, różnić się w takim samym stopniu.”

No cóż, „naukowe” teorie i dzisiaj mają swoją wagę, trudno się z nimi spierać, choćby dlatego właśnie, że są „naukowe”. Knox działał w czasach, kiedy uważano powszechnie, że wszystkie rasy są niższe od białej, a wsród białej prym wiedzie anglosaska. Zresztą trudno mu było zakwalifikować dokładnie, które z ras są „ciemne” lub „ciemniejsze”: „Czy Żydzi to rasa ciemna? A Cyganie? A Chińczycy? W jakimś stopniu ciemni są z pewnością; do tej kategorii należą także i Mongołowie, amerykańscy Indianie i Eskimosi, mieszkańcy prawie całej Afryki, Wschodu i Australii. Jakież to pole do działań eksterminacyjnych dla Anglosasów i reszty ras europejskich!”

Inny pogląd, choć równie katastroficzny dla ras niższych, głosił Winwood Reade, brytyjski historyk, badacz i filozof. W dziele Savage Africa (1864) pisał:

Afryka podzielona zostanie między Anglię i Francję. Pod europejskimi rządami Afrykanie osuszą bagna i nawodnią pustynie. Tą potwornie ciężką pracą mieszkańcy Czarnego Lądu prawdopodobnie wyniszczą się sami. Musimy zacząć traktować tego rodzaju zjawiska z zimną krwią. Jest to bowiem przykład przynoszącego korzyść prawa natury, które mówi, że ci słabsi muszą przez tych silniejszych zostać zgładzeni.

„Przepowiednia” nie sprawdziła się, choć zapewne „silniejsza”, głównie z powodu uzbrojenia po zęby,  acz dość leniwa rasa wyższa byłaby mile połechtana białym czarnym lądem, gdzie tubylcy całkowicie wyginęli, pozostawiając po sobie w wieczyste użytkowanie kwitnące ogrody, nawodnione pustynie i bogate farmy….

Pobieżny przegląd XIX-wiecznych „teorii naukowych”, skupionych jak się zdaje niemal wyłącznie na rasach niższych i ich eksterminacji, prowadzi do jednego wniosku, że tępienie rdzennej ludności dla imperialnej Europy było celem samym w sobie. Celem w zasadzie bezproduktywnym. Po cóż bowiem przygotowywać naukowy grunt pod eksterminację jakiejkolwiek rasy, skoro jej przedstawiciele dobrze karmieni, traktowani i opłacani mogliby być cenniejsi i bardziej wydajni? Logiczne jest, że w tej komfortowej sytuacji mogliby z przekonaniem i dozgonną wdzięcznością pracować dla dobra imperialistów, wydobywać co jest do wydobycia, oddawać więcej niż biblijną dziesięcinę, a nawet błogosławić swoim panom po wsze czasy.

Czy „naukowa” eksterminacja ras niższych wynikała więc tylko z głupoty, czy z chciwości, czy ze sposobu myślenia… Może z ciemnoty? Czy „świat nauki” zastanawiał się wtedy, prorokując zagładę ras niższych, nad przyszłością? Gdyby rzeczywiście z powierzchni Ziemi zniknął „ostatni murzyn”, kto wtedy pracowałby w kopalni lub na plantacji. Biały?

A może było to raczej przeczucie, że głoszenie tych teorii uprawomocni opinię o de facto słabszych i zdegenerowanych białych w odniesieniu do ras niższych, które w rzeczywistości wcale nie są i nigdy gorsze, słabsze czy niższe nie były. Nie od dziś wiadomo, że stosowanie przemocy wynika ze słabości, kompleksów i tchórzostwa.

Splendor i majestat…

Głoszone z takim zapałem „teorie naukowe”, zrodzone głównie z chęci zysku i sławy lub splendoru przynależności do królewskich towarzystw różnych nauk, w gabinetach, pracowniach i ograniczonych mózgach sprawiły, że późniejsze ludobójstwa w koloniach kwitowano wzruszeniem ramion i traktowano jako niezbędne koszty postępu cywilizacyjnego, którego koniecznym  narzędziem stała się również wojna.

 „Najwybitniejszy Brytyjczyk wszech czasów” Winston Churchill, późniejszy laureat literackiej nagrody Nobla, napisał w swojej autobiografii Moja młodość, o słynnej bitwie pod Omdurmanem, stoczonej 2 września 1898 roku na terytorium Sudanu z powstańcami, gdzie przebywał jako korespondent „The Morning Post” w ten sposób:

Coś takiego jak bitwa pod Omdurmanem już nigdy się nie wydarzy” (…) „Było to ostatnie ogniwo w długim łańcuchu widowiskowych konfliktów, których splendor i majestat przydawały wojnie tyle blasku.

To właśnie w tej bitwie po raz pierwszy wypróbowano kanonierki, broń maszynową, karabiny powtarzalne i pociski dum-dum.

Być może tego właśnie przestraszyli się Francuzi. Trwający między Anglią i Francją „Wyścig o Afrykę” i imperialna rywalizacja w koloniach zakończyła się „incydentem” w Faszodzie, kiedy rząd francuski nakazał 3 listopada (równe dwa miesiące po Omdurmanie) wycofać się swoim wojskom z terytorium Sudanu.

„Wolne” Państwo Konga

Nie można pominąć w tej historii nieocenionego w swych działaniach eksterminacyjnych Leopolda II Koburga, króla Belgów 1865-1909. On już niczego nie głosił, „nauka” zrobiła to za niego, uzasadniając w pełni jego działania. Jego następcy, włącznie z Adolfem H. i kolejnymi mordercami byli tylko „spadkobiercami” idei króla.

Leopold miał tę przewagę nad resztą świata, że obejmując tron belgijski, został jednocześnie w 1885 r. władcą Wolnego Państwa Konga, środkowoafrykańskiej kolonii (obecnie Demokratyczna Republika Konga, o której pisałam w tekście Krew na moich rękach). Prywata, własność, niewolnictwo, rabunkowa gospodarka, to tylko słowa, takie same jak tubylec. Nie było wtedy internetu i nikt nie miał pojęcia, jakich dokładnie zbrodni dopuścił się na swoim folwarku miłościwie panujący i otaczany szacunkiem król, pozyskując kauczuk i kość słoniową. Niewątpliwie był jednym z największych zbrodniarzy w historii, szacunki mówią, że wymordował 8-10 milionów Kongijczyków, ale nadal parki, szkoły i przeróżne instytucje noszą jego imię.

8 lub 10 milionów to jednak w dalszym ciągu więcej niż 6, więc czy to nie dziwne, że jego pomniki nadal zdobią ulice nie tylko Brukseli?

Szaleństwo Leopolda ujawnił w 1908 roku dziennikarz i polityk Edmund Dene Morel. Kongo pod patronatem Leopolda, faktycznie jego własność prywatna, miało być polem działania misjonarzy, filantropów i prowadzić otwarty handel. Jednak prawdziwą władzę sprawowały w nim podległe królowi spółki handlowe. Kwitły więc niewolnictwo i rabunek, a popełniane tam w owym czasie okrucieństwa są nie do opisania – przy czym obcinanie rąk, gwałty, wymyślne tortury czy palenie wiosek to tylko…  ówczesne „standardy”.

Do kampanii przeciw nieludzkiemu traktowaniu Kongijczyków i belgijskim zbrodniom włączyli się, oprócz Edmunda Dene Morela, Roger Casement, dyplomata i pisarze Joseph Conrad (Jądro ciemności), Anatol France, Mark Twain czy Arthur Conan Doyle.

Szczególną postacią w aferze kongijskiej jest Roger Casement, który spędził w Afryce około dwudziestu lat jako pracownik kompanii handlowych, i później jako brytyjski dyplomata. Stał się on również bohaterem powieści Mario Vargas Llosy Marzenie Celta. Casement zbierał dane o sytuacji w Kongo i sporządził raport, w którym zawarł szczegółowe informacje o łamaniu praw człowieka. Przedstawił go brytyjskim władzom w 1904 roku. Raport zawierał m.in. zdjęcia okaleczonych i przetrzymywanych w przymusowych obozach ludzi. Po powrocie z Konga do Anglii, Casement zaangażował się w kampanię Towarzystwa Przeciw Niewolnictwu. W czasie swojej pierwszej wizyty w Kongo w roku 1890 spotkał się z Józefem Conradem Korzeniowskim, który przypłynął tam, jako dowódca belgijskiego statku. Wiadomo, że obaj wymieniali informacje i opinie o tym, o czym każdy z nich „wolałby zapomnieć”.

Skoro jednak udało się wytępić już Indian w Ameryce Północnej, Hotentotów w Afryce Południowej, mieszkańców wysp na Morzu Południowym, Aborygenów w Australii, Guanczów na Wyspach Kanaryjskich, w jaki sposób mogli przed imperium obronić się Kongijczycy?

Skandal i afera, które wybuchły z powodu przecieków informacji o kongijskim ludobójstwie, dzięki pracy zaangażowanych w sprawę i zainteresowanych losami pokrzywdzonych, doprowadziły do przejęcia kontroli nad Kongo przez państwo – niestety Belgię. Tereny Konga były zbyt cenne, by łatwo je oddać lub prowadzić tam „charytatywne” interesy.

W wywiadzie przeprowadzonym przez Artura Domosławskiego z Mario Vargas Llosą, laureatem Literackiej Nagrody Nobla, czytamy o Leopoldzie:

Czasem otacza go wręcz legenda humanisty – i to nie tylko w Belgii. W niektórych książkach historycznych w Europie nadal można przeczytać, że był idealistą, że chciał przynieść Afryce cywilizację… Niestety, tragedia Konga trwa do dziś: to kraj chaosu, wojen, który nigdy nie stworzył nowoczesnych instytucji, nigdy nie miał demokracji. Praprzyczyną jest destrukcja społeczeństwa, jakiej dokonał belgijski kolonializm.

Statkiem i krzyżem

Chrystianizacja, cywilizacja, postęp… to maski, które spowodowały, że narodziła się wiara w potęgę kolonialistów – morderców, złodziei, rabusiów najgorszego autoramentu. Przylgnęły one do świadomości europejczyków jak pijawki, którymi Europa leczyła przez wieki wszystkie choroby (to dopiero ciemnota) i pozostały na jej plecach do dzisiaj. Dlatego myślenie o wyższości nad rdzennymi mieszkańcami i uznawanie ich za gorszych, jest nadal powszechne. Nadal funkcjonuje w określeniach typu: „dzicz”, „czarnuch”, „asfalt”, „smoluch”, „żółtek”…

Barbarzyńcami wcale nie byli ani wtedy, ani nie są nimi dzisiaj, rdzenni mieszkańcy. Byli nimi wyłącznie europejczycy, którzy na swoich statkach przybywali na nowe ziemie. Społeczności te składały się z fanatycznych misjonarzy, zaślepionych niesieniem wiary, przerażonych widokiem nagich ciał, uświadamiających im ich własną grzeszność, z „zesłanych” w tropiki gubernatorów, wojskowych i ich rodzin, nienawidzących insektów, malarii, uznających tubylców wyłącznie za podgatunek, dzikusów czy małpy, z wielkiej rzeszy marynarzy, podążających w ślad za nimi dziwek, biedoty, przestępców i wszelkich degeneratów, których Europa koniecznie chciała się pozbyć.

To właśnie oni zbudowali Nowy Świat, a dzisiaj to przerażające dzieło kontynuują ich potomkowie.

Sven Lindqvist w książce Wytępić całe to bydło pisze:

Europa, ta przedindustrialna, nie miała wiele do zaoferowania reszcie świata. Najważniejszym towarem eksportowym była przemoc. W owym czasie byliśmy traktowani w świecie jako koczowniczy lud wojowników, podobny Mongołom i Tatarom. Oni władali z końskiego siodła, my z okrętowego pokładu.

Kolor pieniędzy

Na wszystkich ziemiach, na których żyły różnokolorowe rasy i narody, w Kanadzie, Ameryce Północnej, Australii, teraz króluje rasa biała, Ameryka Środkowa i Południowa mówią po hiszpańsku i portugalsku, w Afryce na pięknie i bogactwach całego kontynentu położyli swoje chciwe łapska… biali. Kiedyś na wszystkich tych ziemiach ludzie mieli pod dostatkiem wody, ziemi, zwierząt i ryb. Potem odebrano im ziemie i wyeksploatowano je, wycięto ich lasy i wybito zwierzęta, przywleczono „francuskie” choroby, które ich zdziesiątkowały lub całkowicie wytrzebiły niektóre populacje. A jeśli rdzenni mieszkańcy umierali, dla europejczyków, zgodnie z teorią Knoxa, był to tylko niezbity dowód na ich przynależność do rasy niższej.

Teraz ci, którym udało się mimo wszystko przetrwać, są jedynie biedotą we własnych krajach, rządzonych przez skorumpowanych, sowicie opłacanych białymi pieniędzmi, urzędników.

Refleksyjne seppuku

Dzisiaj w dalszym ciągu trwa eksploatacja „czarnych lądów”, tylko już inaczej. Teraz potrzebujemy ubrań, które przez 14 godzin dziennie szyją dla największych światowych marek dzieci w Indiach, Pakistanie, Sri Lance, Bangladeszu… Potrzebujmy komórek, smartfonów, iphonów, tabletów, laptopów, notebookoów, playstation, nawigacji satelitarnej, które produkowane są z „minerałów konfliktu”. Chcemy konsumować, jeść, kupować, wymieniać na nowe, lepsze, piękniejsze… żeby nasze życie wyglądało jak na kolorowych obrazkach w wiodących magazynach lajfstajl.

Teraz potomkowie zdobywców Nowego Świata dumnie władają nim z wysokości korporacyjnych penthouse’ów, a legendy Greyów, pięknych, młodych i bogatych mężczyzn, tworzone przez domorosłe leciwe pisarki, podsycają wyobraźnię studentek. I niemal wszyscy zdają się zapominać, że każdego dnia stare modele wypierane są przez nowe, a technologia nie zna litości.

Korporacyjny darwinizm opiera się na stabilnych podwalinach i niesie z sobą jedyne przesłanie, że „niższe” ulegnie zagładzie i zostanie wyparte przez „ulepszonych” następców. W tej chwili wszyscy CEO na świecie powinni doznać olśnienia i w chwili refleksji popełnić seppuku. Z ewolucją nie mają żadnych szans.

Poczucie bezpieczeństwa

Dalekie kontynenty, amazońska dżungla, tropiki, Karaiby i „czarne lądy” są już tylko mitami funkcjonującymi w świadomości zbiorowej klientów biur podróży, jako miejsca dające klimatyzowaną ochłodę w pięciogwiazdkowych hotelach, pozwalające oderwać się od pracy i trudów świata „cywilizowanego”. Dają możliwość zetknięcia się z przygodą, fascynującym, nieznanym światem dzikich (?) plemion. W trakcie tych podróży o współczesnym niewolnictwie i kolonializmie przy eleganckim stole mówić nie wypada, mamy święte i niezbywalne prawdo odpoczywać na urlopie. Poprawność polityczna jako rodzaj lobotomii sprawia więc, że bijemy brawa dla zwyżek giełdowych indeksów i jesteśmy przerażeni, kiedy spadają ceny złota, szanujemy bogaczy za stan ich kont i modlimy się do (niestety) ich pieniędzy, biorąc kolejny kredyt na opłacenie podróży poślubnej, dom, samochód czy cokolwiek…

Pozwalamy sobie również na rzecz niewybaczalną – zapominanie o tym, skąd to wszystko się wzięło.

Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że całe bogactwo białego zachodniego świata jest zbroczone krwią różnokolorowego świata dawnych i współczesnych niewolników. Pozwalamy sobie także na wielkie umysłowe lenistwo, by znając kilka języków, mając możliwość podróżowania i zdobywania wiedzy, w dalszym ciągu traktować napotkanych w ich własnych egzotycznych krajach ludzi, jak niewolników. Wymagamy od obsługi szacunku, stąpania wokół nas na palcach, wciskając w ich ciemnoskóre dłonie po dolarze za wniesienie walizek. Czujemy się panami sytuacji i niezmiennie sądzimy, że jako „rasa wyższa” mamy do tego prawo.

Jesteśmy przy tym bardzo, ale to bardzo nieostrożni, wszak każdy myślący człowiek ma świadomość, że nic nie trwa wiecznie… Powinien mieć.

Kiedy z wysokości ostatniego piętra ekskluzywnego studio w Rio de Janeiro spogląda się na położone nieopodal w dole favele, świadomość, że nasze pilnie strzeżone i ogrodzone drutem kolczastym pod napięciem osiedle, jest bezpieczne, to tylko iluzja. Czasem przychodzi po prostu taka myśl, że „ich” jest więcej i że „nas” nienawidzą.

Lektura

Joseph Conrad – Jądro ciemności

Sven Lindqvist – Wytępić całe to bydło

Sven Lindqvist – Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją

Mario Vargas LLosa – Marzenie Celta

Abdellatif Kechiche – Czarna Venus (Venus Noire) film

%d bloggers like this: