Archive for ‘Historia’

Luty 24, 2015

Ida, czyli kuszenie dziewicy

Zanim napisałam to, co niżej, dwukrotnie obejrzałam Idę, starałam się również poznać inne opinie, jak również reżysera, wsłuchując się w wywiady. Dowiedziałam się o wspaniałym ojcu, po którym Wanda Gruz ma poczucie humoru, o tym także, że reżyser jest amatorem, że nie robił filmu historycznego, a ci którzy go krytykują to półinteligenci, i że on sam taki był, że nie lubi filmów Larsa von Triera. Polski Kościół uważa za trybalistyczny, a polski katolicyzm za zaściankowy, w krytykujących film widzach dostrzega narodowców patrzących na historię jak na mecz.

http://kultura.newsweek.pl/ida-film-pawla-pawlikowskiego-sylwetak-rezysera-newsweek-pl,artykuly,272387,1.html

http://esensja.stopklatka.pl/film/wywiady/tekst.html?id=18776&strona=2#strony

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser filmu Ida i pani Rebecca Lenkiewicz, scenarzystka. Źródło: Internet

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser filmu Ida i pani Rebecca Lenkiewicz, scenarzystka. Źródło: Internet

Z wywiadów wynika, że pan Pawlikowski lawiruje (to jego słowa), po tematach, dokumencie, znajomości lub nieznajomości kina i warsztatu reżysera… Zawsze ma coś do powiedzenia, zawsze ma jakieś projekty… A o Idzie powiedział między innym tak:

Niedawno ktoś zapytał mnie jak publiczność żydowska powinna odebrać ten film. Schowałem się wtedy za cytatem z Czechowa, który powiedział, ze zadaniem artysty jest stawianie problemu, nie jego rozwiązywanie (śmiech). Mnie naprawdę nie interesuje to, jaka jest lekcja wyniesiona z filmu. Na szczęście nie licząc tego typu ludzi i jakichś tam „patriotów”, większość widzów o dziwo reaguje dość dobrze.

http://esensja.stopklatka.pl/film/wywiady/tekst.html?id=18776&strona=2#strony

Ocenę wypowiedzi pana Pawlikowskiego i jego stosunku do Polski lub Polaków pozostawiam czytelnikom.

Ida, nakręcona z udziałem polskich aktorów, polskiej ekipy, w Polsce, w języku polskim, nie jest filmem polskim. O tym warto pamiętać.

Została wyprodukowana przez Opus Film Piotra Dzięcioła w koprodukcji duńsko-polskiej. Scenariusz sfinansował Eric Abraham z Portobello Pictures, jednak częściowo wycofał się z finansowania filmu i wtedy wkroczył duński producent, a PISF dołożył do budżetu Idy, wynoszącego 2 mln euro, tylko 3 miliony złotych. POWINNO SIĘ ZATEM INFORMOWAĆ, ŻE JEST TO FILM POLSKO-DUŃSKI LUB ODWROTNIE.

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser angielski, pochodzenia żydowskiego ze strony ojca, który w wieku 14 lat wyemigrował z Polski, postanowił nakręcić film o polskiej zakonnicy z pochodzenia Żydówce, uratowanej z Holokaustu, gdyż była biała.

Film wywołał w Polsce lawinę dyskusji i podzielił naród. Jedni są za, tym bardziej, że ich opinie o wielkości dzieła poparła Akademia Filmowa, przyznając mu Oskara, inni nadali filmowi przydomek GN(Ida) i okrzyknęli film antypolskim.

Ida doczekała się również poniekąd komplementu od recenzenta Filmwebu, pana Michała Walkiewicza, który napisał, że reżyser nie ma w swoim dorobku, mimo subtelniejszych portretów kobiecej psychiki, filmu tak stylowego i schizofrenicznego. I tu, grając jak rozumiem w drużynie pana Pawlikowskiego, pan Walkiewicz, strzela samobója. Stylowość została bowiem skradziona polskiemu kinu lat 50. i 60. Klasztorna, jazzowa, zadymiona, trochę też surrealistyczna. Ładnie wyszło bo reżyser i operator Łukasz Żal, przyszli na gotowe i na najlepsze: oczywiście Matka Joanna od aniołów, Ósmy dzień tygodnia, Pociąg, Niewinni czarodzieje, Jak być kochaną, Salto, Jowita… Schizofrenii zaś w filmie sporo, głównie w pojmowaniu problemu, kto był w Polsce katem a kto ofiarą.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Pan Pawlikowski tworzy film o niewinnej i nieświadomej Idzie, która od urodzenia poza klasztorem świata nie widziała i właśnie poznaje swoją tożsamość, również o jej ciotce „krwawej Wandzie” (pierwowzór jak się domyślam Helena Wolińska), która będąc prokuratorem skazywała na śmierć wrogów komunizmu, i za to dostaje rozgrzeszenie, bo przecież miała powód do nienawiści klasowej i własnych przekonań.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

„Fajna pani. Otwarta, ironiczna, ciepła. To był dla mnie szok, kiedy się dowiedziałem – wiele lat później – że Polska żąda jej ekstradycji. Myślę, że Helena (Wolińska, z którą reżyser się spotkał) była bestią polityczną, rzeczywiście wierzyła w marksizm i leninizm. Do czego człowiek jest zdolny w jednym życiu?” – zastanawiał się kilka dni temu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” reżyser Paweł Pawlikowski.

Co za przenikliwość, szkoda że w edukacji reżysera zabrakło wiedzy na temat, kogo i dlaczego skazywała na śmierć „fajna pani – bestia polityczna”, a skazała m.in. generała Augusta Fieldorfa ps. Nil i jakie konsekwencje miała nie tylko jej wiara w marksizm i leninizm.

Ciotka jawi się w filmie jako bohaterka zrehabilitowana, której należy współczuć, bo straciła w lesie siostrę i dziecko, zamordowanych przez polskiego chciwego chłopa, aczkolwiek przedtem ukrywanych przez jego ojca, co dla mnie jest kompletnie niezrozumiałe. Chłop ów składa kuriozalne wyjaśnienie: Tadzio zginął bo był czarny, a Ida się uratowała bo była biała. Tyle reżyser widzi w skomplikowanych wzajemnych stosunkach narodów polskiego i żydowskiego od wieków żyjących na tej samej ziemi. Tylko tyle widzi jako „przenikliwy outsider” (M. Walkiewicz, Filmweb).

Mało widzi.

Fabuła sugeruje, że film wywróci widza na drugą stronę, że będzie dramat, ale dramatu próżno tu szukać. O matce Ida dowiaduje się tyle, że zrobiła witraż do obory, aby krowom było weselej, a ojciec był nielubianym prymitywem, czyżby Polakiem? Kulesza to nie Janda, w roli ciotki jest ‚oszczędna’, nie wypruwa sobie flaków, więc widziałam tylko panią, która lubi alkohol, prowadzi po pijanemu, lubi palić i bawić się, a może więcej… Pierwowzór postaci był znany z niemoralnego prowadzenia się. Namawia też Idę „do grzechu”, uznając że śluby zakonne bez „spróbowania” mogą nie być poświęceniem. Zaiste bardzo głęboka refleksja.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Ida jest przeciwieństwem ciotki i na początku odpycha ją, wyszarpuje jej Biblię, gdy ta mocno podchmielona szuka fragmentu o tym, jak Jezus ukochał Marię Magdalenę. Analogia aż nadto wymowna i łopatologiczna, a świadczy jedynie o kolorowaniu historii przez scenarzystkę, panią Rebekę Lenkiewicz, pochodzenia żydowskiego ze strony ojca, i reżysera wyłącznie swoimi kredkami. Widz nie ma prawa do interpretacji, bo ta jest mu wepchnięta do gardła na siłę.

Po wizycie w szpitalu u chorego Skiby, ciotka w łazience zwierza się, że zostawiła syna u siostry i poszła walczyć. To była albo w ludowej partyzantce, albo w NKWD, ale tego, z kim i o co walczyła, już się nie dowiadujemy. Ona sama ma również problem z wiedzą na ten temat. Ważne jest więc słowo walka. Ida obejmuje ciotkę. Już rozumie, co się stało i ją akceptuje. Potem w lesie, nad grobem, chłop-morderca zdejmuje czapkę w geście ukorzenia, a ciotka zdejmuje chustkę, by zawinąć czaszkę dziecka. Pełne patosu sceny mają uprzytomnić widzowi, co ma myśleć.

Cały film jest wyłożoną jak kawa na ławę niewiarygodną historią. Kiedy syn Skiby informuje, że zaprowadzi do miejsca pochówku, proponuje jednocześnie, mówiąc trywialnie, deal – pokaże, gdzie jest grób za zrzeknięcie się domu i zostawienie jego samego w spokoju. Można sobie to było darować i nie obrażać inteligencji widza. A potem jeszcze wyciąga rękę, żeby dobić targu!  Ida nie przyjmuje tej wyciągniętej ręki. Cóż, jako dobra katoliczka w ujęciu antypolskim nie wybacza.

Ta historia bardzo się w USA podobała, choć niewielu Amerykanów wie, gdzie jest Poland i często myślą że chodzi o Holland, Niemcy w Strasburgu głośno oklaskiwali film, bo wreszcie to nie oni okazali się najgorsi… w dodatku pan Pawlikowski  przekazuje w Idzie jasną informację, że Niemców w ogóle ten problem nie dotyczy, bo ich tam nie było! Nie interesuje reżysera zależność Niemiec – Polak – Żyd, która skutkowała tym, że jeśli Polak ukrywał w czasie wojny Żyda, to on i cała jego rodzina szli pod mur. Natychmiast. Bez wyjaśnień, badania sprawy, procesu, kulka w łeb. Sam cień podejrzenia o ukrywanie Żydów był powodem do mordowania przez Niemców nie tylko podejrzanego, ale i wszystkich sąsiadów z kamienicy czy podwórka. Co więc z tego dla nas wynika? Ano to, że większość w tę „elegancką” historyjkę uwierzy, bo sankcjonuje ją Oscar, a większość nie może się przecież mylić. Jednakże bardzo mylą się ci, którzy twierdzą, że to tylko film fabularny, że reżyser ma prawo do własnej wizji, w którą nie godzi się ingerować, a prawda historyczna nikogo nie interesuje, bo film jest taki subtelny i on w ogóle nie o Polakach czy Żydach tylko o ewolucji dwóch kobiet.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Zanim Ida złoży śluby, musi więc spotkać się z ciotką i poznać świat. Hmm, to prawie jak u Amiszów. Ale w klasztorach polskich chyba nie ma obowiązku, nakazu, czy powinności, o której mówi matka przełożona. Pokrętne to jakieś. Ida jest wycofana i broni się przed światem. Widać wyraźnie jej sprzeciw wobec postępowania ciotki, ale jako pobożna zakonnica milczy i patrzy, by potem… bez drgnienia powieki po raz pierwszy smakować życie – pić wódkę z butelki jak wodę, palić bez krztuszenia się i iść do łóżka z saksofonistą jakby była to najzwyklejsza czynność. Przepraszam, ale to brednie. Zakonnicą nie byłam, ale i tak z wyżej wymienionymi czynnościami miałam, lub miałabym poważne problemy. Czegokolwiek Ida się dowiaduje, cokolwiek się wokół niej dzieje, widz ma wrażenie, że spływa to po niej jak woda po kaczce. Tylko wtedy, kiedy ciotka grozi synowi Skiby, że może go zniszczyć, Ida wychodzi. Protestuje czy jednak odwraca się plecami? I właściwie co oznaczałoby dla syna Skiby to „zniszczyć”? Wreszcie po „zasmakowaniu” życia według ciotki i zgrzeszeniu według religii, Ida zadaje kochankowi pytanie: „I co dalej”? A kiedy słyszy żartobliwą odpowiedź o możliwości prowadzenia zwyczajnego życia, z powrotem zakłada habit. Łatwo poszło i dlatego kompletnie mnie nie przekonuje. To nie Ida, to tylko zamysł scenarzystki i reżysera. Myślę, że „prawdziwa” Ida nigdy by tak nie postąpiła. Kuszenie by jej nie uwiodło. Ale skoro Bóg wybaczył Marii Magdalenie wybaczy i Idzie.

Końcowe sceny samobójstwa i przebieranki pobrzmiewają Lokatorem Polańskiego i tego już było naprawdę za wiele. Zakończyłam seans zażenowana. Nie kupuję ani Idy ani Oskara dla filmu, nie kupuję żadnej z wyłożonych na półmisek prawd, nie kupuję sposobu myślenia, który na siłę mam przyjąć. A może na wiarę? Tylko którą? Duńską?

PODSUMOWANIE

Najlepsze podsumowanie w dyskusji o filmie jest końcówką recenzji pana Wiesława Kota i ripostą internauty o nicku Dość.

WK:

To, że „Ida” się sprawdziła poza granicami Polski, powinno nas nauczyć, jak opowiadać o polskich problemach w sposób zrozumiały za bliższą, dalszą i najdalszą granicą. To oznacza, że musimy naszą historię upraszczać, okrawać, ociosywać, przycinać, formatować na użytek zagranicznego widza. Więc wniosek jaki płynie z ,,Idy” dla naszego filmu? Ludzie, bierzmy kartkę papieru. Piszmy i kreślmy, raz, drugi, dziesiąty, pięćdziesiąty, aż ta historia uzyska taki kształt, że on jest czytelny dla widzów ulicy w Nowym Jorku. A tam mieszkają imigranci z Polski, Sri Lanki, Rosji i Wenezueli. I dla nich wszystkich ta fabuła ma być czytelna.

Ćwiczmy się w tym.

D:

Mistrzu. Upraszczać można ułamki, okrajać można materiał, ociosać można kawałek lipy, przycinać można żywopłot, a formatować można dysk. Piękno historii polega na tym iż jej już nie zmienimy. Zmieniać możemy jutro poprzez to co zrobimy dzisiaj. Zmiany w historii to kłamstwo, zamazywanie, wypaczanie faktów, zmiana czynów poprzez ich złą interpretację. Historia to historia i czy się to komuś podoba czy nie jest jaka jest i już się jej nie zmieni bo już jest … historią. Możemy ja się chlubić, możemy się jej wstydzić, możemy być z niej dumni albo możemy jej żałować, ale nie możemy jej zmieniać bo już nie będzie historią. Wtedy historia stanie się legendą, baśnią lub co gorsza wspomnieniem.

http://www.rmf24.pl/kultura/news-wieslaw-kot-ida-przegrala-bo-reflektory-calego-swiata-sa-ski,nId,1587968

Styczeń 18, 2015

„Surrealizm rewolucji kubańskiej”

W 1961 roku Fidel Castro i Che Guevara grali w golfa na opuszczonych terenach Country Clubu w Hawanie i rozmawiali o tym, jak Kuba mogłaby zainwestować w kulturę. Wkrótce potem przedstawili plan budowy Narodowego Instytutu Sztuki na opuszczonych polach golfowych w zachodniej części miasta.

Dzięki tej dyskusji powstał zespół obiektów o niezaprzeczalnej wartości estetycznej. Projekt Narodowego Instytutu Sztuki, autorstwa architektów Ricardo Porro, Vittorio Garattiego y Roberto Gottardiego (1961-1965), obejmujący szkoły/wydziały: tańca nowoczesnego, sztuk plastycznych, sztuk scenicznych, muzyczną i baletową, składał się z pięciu odrębnych obiektów rozlokowanych na terenach byłych pól golfowych. Został on uznany za jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć  architektury drugiej połowy XX wieku.

Od lewej architekci: Ricardo Porro, Roberto Gottardi i Vittorio Garatti, fot. Internet

Od lewej architekci: Kubańczyk Ricardo Porro, i Włosi – Roberto Gottardi oraz Vittorio Garatti, fot. Internet

Pomysł wywodził się z pragnienia rządu rewolucyjnego, aby stworzyć w Hawanie centrum edukacji artystycznej na najwyższym poziomie nie tylko w skali lokalnej, ale też światowej, w celu kształcenia twórców pochodzących z krajów Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Ameryki Centralnej i Południowej. Ricardo Porro, profesor projektowania na Wydziale Architektury Uniwersytetu Centralnego Wenezueli w Caracas, został powołany przez rząd kubański, aby nadzorować prace. Z chęcią przyjął to stanowisko, tym bardziej, że mógł dzięki temu powrócić na Kubę, z której wyemigrował w 1957 r. W pierwszych latach po rewolucji naród kubański nastawiony był optymistycznie w związku z czym prace budowlane ruszyły pełną parą, a instytut wznoszono jako symbol niemal nieograniczonych możliwości nowego rządu.

Porro był głównym koordynatorem prac, zaprojektował Szkołę Sztuk Plastycznych i Szkołę Tańca Nowoczesnego; Vittorio Garatti był autorem projektu Szkoły Baletowej, a Roberto Gottardi – Szkoły Muzycznej i Szkoły Sztuk Scenicznych.

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca nowoczesnego, Szkoła Sztuk Dramatycznych, u góry Szkoła Sztuk plastycznych, zdjęcia Google Map

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca Nowoczesnego, Szkoła Sztuk Scenicznych, u góry Szkoła Sztuk Plastycznych, zdjęcia Google Map

Chociaż każdy z architektów pracował niczym nie skrępowany i absolutnie wolny, wszyscy opierali się na pewnych wspólnych założeniach. Tak więc, mimo różnorodności poszczególnych projektów, kompleks szkół osiągnął pewną spójność wizualną. Architekci starali się zintegrować swoje budynki z krajobrazem, odnosząc się z wielkim szacunkiem do  środowiska naturalnego, by nie naruszyć w żaden sposób równowagi, m.in. projektowali specyficzne chodniki łączące aule i dziedzińce danej szkoły. Strategię tę wprowadził Porro, opierając się na swoich wspomnieniach z dawnej Hawany.

Problemy polityczne i ekonomiczne ówczesnej Kuby i nałożone przez USA embargo spowodowały, że w kraju brak było cementu portlandzkiego i stali. To z tego powodu wszystkie budynki dostosowane były do ujednoliconej metody konstrukcyjnej, opartej na wykorzystaniu sklepień katalońskich *. Na placu budowy królowały cegła, płytki ceramiczne i dachówka z terakoty.

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca, fot. Internet

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego została pomyślana jako rozbita tafla szkła, podzielona na „odłamki”, symbolizujące obalenie starego porządku. Jej fragmenty koncentrowały się wokół placu wejściowego, skąd rozchodził się system uliczek i podwórek ocienionych kopułami i arkadami.

Z kolei Szkoła Sztuk Plastycznych nawiązywała do wioski afrykańskiej, a owalne studia zostały zaplanowane z górnymi otworami, by artysta mógł jak najlepiej obserwować oświetlonego modela.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Scenicznych Roberto Gottardiego została zainspirowana sztuką starożytną. Punktem centralnym jest amfiteatr, wokół którego skupiają się położone w niewielkich odległościach kompaktowe w formie budynki o prostej miejskiej formie, które w bryle przypominają twierdzę. Ruch wewnątrz odbywa się wąskimi uliczkami na podobieństwo teatralnej kulisy.

Szkoła Sztuk Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Dramatycznych/Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, zaprojektowana przez Vittorio Garattiego, ma kształt serpentyny wijącej się na długości 330 metrów i schodzącej pod ziemię, gdzie znajduje się m.in. sala prób. W dachach znajdują się schodkowe lub tarasowe zmiany poziomu, a całość nawiązuje do rzecznych meandrów, niektórzy widzą w niej robaka. Wyposażona jest w boczne tarasy, symbolizujące łodzie.

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Drugi z projektów Garattiego – Szkoła Baletowa składa się z licznych kopuł katalońskich, z których część ma formę rozpiętych półokrągłych namiotów. Kompleks łączy pofalowana powierzchnia dachu, mogącego również służyć jako ciąg komunikacyjny. Mieszczą się tu m.in. trzy pawilony taneczne i rotunda, gdzie można prezentować występy.

Szkoła Baletowa, zdjęcie  lat 60., Fot. Internet

Szkoła Baletowa, zdjęcie lat 60., Fot. Internet

Początkowo podczas projektowania kompleksu panowała absolutna wolność budżetowa i niezależność w podejmowaniu decyzji. Wkrótce jednak okazało się, że koszty budynków i niepowtarzalność projektu spowodowały liczne skargi o nieumiejętność gospodarowania i burżuazyjne zapędy, co osłabiło poparcie dla projektu i w 1965 r. jego realizacja została wstrzymana. Spośród pięciu budynków tylko trzy zostały częściowo zrealizowane i wykorzystane. Porro wyjechał do Paryża, Garatti do Mediolanu, na miejscu pozostał tylko Gottardi.

Projekt został wskrzeszony dopiero po ponad ćwierćwieczu w roku 1991, kiedy część kompleksu została już niemal całkiem zniszczona. Gottardi zaprosił wtedy Johna Loomisa, kalifornijskiego historyka architektury, by zobaczył, co pozostało z tych niezwykłych obiektów. Loomis powiedział, że zaskoczył go realizm magiczny architektury i krajobrazu. W późnych latach 90. opublikował pracę, rehabilitującą kubańską architekturę rewolucyjną (Rewolucja formy. Zapomniane Szkoły Artystyczne Kuby). Było to zwrócenie uwagi świata na to bezcenne dzieło i zaowocowało w 2000 roku wpisaniem Narodowego Instytutu Sztuki na listę Światowego Funduszu Zabytków (obecnie rozważa się wpisanie go na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Po lekturze książki Loomisa Castro poczuł wyrzuty sumienia i skrytykował urzędników za przyczynienie się do zaniedbania budowy i niszczenia obiektów.

W grudniu 1999 roku Porro i Garatti zostali z powrotem zaproszeni do Hawany, aby zakończyć budowę. Prace postępowały jednak powoli, pieniędzy było mało, a priorytetem stały się hotele, istniało też pilne zapotrzebowanie na mieszkania, co doprowadziło po raz kolejny do zatrzymania projektu. Takim oto sposobem Narodowy Instytut Sztuki nigdy nie został ukończony, a studenci nauczyli się pracować w na wpół zrujnowanych budynkach.

Projekt Porro, Garattiego i Gottardiego ma na świecie niewielu rywali. Budynki łączą w sobie futurystyczny design i prostotę wykorzystanych materiałów, zmysłowość języka przekazu wizualnego i potwierdzenie kubańskiej mieszanki rasowej. Znajdziemy tu odwzorowania afrykańskich wiosek, splatające się z kolonialnymi i bardziej europejskimi czy klasycznymi elementami, które przenika żywiołowość bujnej tropikalnej natury. To właśnie jej architekci złożyli hołd w postaci rozwiązań geometrii organicznej.

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Twór ten  nigdy więc nie mógł pasować do prostego stylu funkcjonalnej sowieckiej architektury lat pięćdziesiątych z prefabrykatów i ta mało subtelna różnica doprowadziła do jego ostrej krytyki, jako indywidualisty pozbawionego cech rewolucji, opartego na kryteriach czysto estetycznych zamiast na socjalistycznym rygorze. Krytyków szczególnie bulwersowała zmysłowość budynków i głośno wyrażali swoją nieufność wobec katalońskich kopuł. W obliczu antagonizmów podnoszono również kwestię, że Porro pochodził z burżuazji, a nie z proletariatu, a dwaj pozostali nie byli nawet Kubańczykami.

Projekt Narodowego Instytutu Sztuki w Hawanie na odległej Kubie do dziś wzbudza emocje. Łączy w sobie niewątpliwie pasję i talent twórców, które sprawiły, że stał się wizjonerską metaforą kultury kubańskiej, fuzją kodów nowoczesności, kolonialnej tradycji i odzyskanej czarnej kultury, reprezentującej „surrealistyczny” etap rewolucji kubańskiej.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

* Kopuła katalońska lub kopuła murowana jest unikalną techniką tradycyjnej konstrukcji katalońskiej. Obejmuje pokrywanie cegłami kopuły na całej zewnętrznej powierzchni lub tylko okładanie jej łuków i przęseł, co tworzy długie ceglane ciągi. Sklepienia tego rodzaju kopuł również okładane są cegłami.

W 2000 roku podjęto się renowacji Narodowego Instytutu Sztuki. Oczyszczono wnętrza budynków z roślin i chwastów, wycięto drzewa wrośnięte w budynki i oplatające je korzeniami, wyrównano teren. Do tego celu posłużyły plany Porro (zm. 24 grudnia 2014 r.) i Garattiego, z którymi podjęto współpracę podczas renowacji. Prace budowlane wewnątrz obietów rozpoczęły się w 2003 roku w dwóch szkołach – Sztuk Plastycznych i Tańca Nowoczesnego. Były one jednak utrudnione z powodu braku odpowiednich materiałów, które należało przygotować według projektu, a czasem zastąpić innymi, korzystano też z kosztownych zagranicznych komponentów. Podjęto również decyzję o odnowieniu bądź wymianie instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej, jak również zakupiono nowy sprzęt i meble. Od 2004 roku prowadzone są prace renowacyjne w Szkole Sztuk Scenicznych.

Plany szkół i więcej zdjęć na http://www.lajiribilla.cu/galeria/escuelas-de-arte-de-cubanacan

Sierpień 18, 2013

Jądro ciemnoty *

ŻADNYCH ZDJĘĆ!

* W poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie czasem pytania, dlaczego jest jak jest, w jaki sposób powstaje przekonanie o wyższości jednej rasy nad drugą, czy jednego narodu nad innym i skąd bierze się ta wszechogarniająca głupota, pozwoliłam sobie zatytułować ten tekst parafrazując tytuł jednej z bardzo znanych książek. Mam nadzieję, że Joseph Conrad nie będzie miał mi tego za złe.

Autochton, tubylec, tuziemiec, aborygen, native, rdzenny mieszkaniec, to wyrazy bliskoznaczne. Określamy nimi ludzi od wieków zamieszkujących określone obszary geograficzne, na których, jak nazwa wskazuje, byli… pierwsi. Jakież zdziwienie budzi, kiedy strona synonim.net podaje takie wyjaśnienie terminu „tubylec”:

„dzikus, człowiek niecywilizowany”!

http://synonim.net/synonim/tubylec

Takie usytuowanie tubylca w świadomości twórców strony budzi niemałe zaskoczenie, ale to przecież tylko internet, nic naukowego, nie ma się czym przejmować. Czy naprawdę? A jeśli ktoś to przeczyta? Ktoś, kto przedtem nie miał pojęcia, kim jest tubylec? I na dodatek uwierzy? To dopiero może być kłopot.

I kłopot jest. Bo właśnie z takim odbiorem słowa tubylec nieustannie się spotykam. Autochton, tubylec, native… funkcjonują w świadomości części ludzi jako określenia pejoratywne. Wiemy doskonale, że to rdzenni mieszkańcy, ale to przecież ktoś inny niż my i niestety gorszy.

Samozwańczo i buńczucznie zajmujemy podium z numerem 1. Po prawej i po lewej jakieś miejsce drugie i trzecie, a potem… Nikogo.

Kto zawinił, czyli panowie stworzenia

Winowajców było wielu. Popychało ich do głoszenia teorii pragnienie zdobycia sławy, naukowych laurów lub usprawiedliwienia kolonialno-imperialnych działań. Herbert Spencer, ewolucjonista, w dziele Social Statics (1850) pisze, że imperializm przysłużył się cywilizacji usunięciem (exterminate) z powierzchni ziemi ras niższych. Z kolei w 1859 roku Karol Darwin wpadł na pomysł, że „rasy mniej rozumne zostaną wytępione” na skutek pewnego zawiłego procesu, w którym podczas rozwoju gatunków formy przejściowe między żyjącymi obecnie a „wymarłymi”, są zbyt szybko wypierane przez nowe i lepiej przystosowane (dlatego nie ma po nich śladów w badanych warstwach geologicznych). W walce o byt „udoskonaleni następcy” jakiegokolwiek gatunku będą więc dążyć do niszczenia poprzedników. W dziele O pochodzeniu człowieka (1871) Darwin napisał, iż między małpami i cywilizowanym człowiekiem istnieją takie „formy przejściowe” jak goryle i dzikusy i według niego obydwie są na wymarciu. Wywnioskował, iż z całą pewnością cywilizowane rasy człowieka wytępią i zastąpią na całym świecie rasy dzikie.

Mistrz Darwina, angielski geolog Charles Lyell, w Principles of Geology napisał:

Każdy rozprzestrzeniający się na dużym obszarze gatunek osłabia lub wręcz likwiduje inne gatunki. Jest też zmuszony toczyć nieustanną walkę z intruzami ze świata fauny i flory, podejmującymi próby jego usunięcia. Skoro nawet każdy z tych najmniejszych i najmniej znaczących gatunków w przyrodzie unicestwił tysiące innych – dlaczegóż my, panowie stworzenia, nie mielibyśmy tego czynić?

Pierwszy rasista

Anglosaskim pionierem rasizmu, na wiele lat zanim posądzany o stworzenie tej teorii Adolf H. przyszedł na świat, stał się pod koniec XIX wieku Robert Knox, szkocki lekarz, anatom i zoolog, głoszący pogląd, że Anglosasi są z natury rasą wyższą. „Naukowa” teoria Knoxa opierała się na stwierdzeniu, że wiemy jedynie, iż od zarania dziejów rasy ciemne były niewolnikami jasnych.  „Jestem skłonny wierzyć, że rasy ciemne na ogół muszą być fizycznie, a co za tym idzie i psychicznie słabsze” – pisał w dziele The Race of Man, gdzie można znaleźć również inne „naukowe” oceny typu: „mózg ras ciemnych jest, jak sądzę, generalnie ciemniejszy, a białe jego partie mają więcej tkanki włóknistej”, lub sąd wydany na podstawie jedynej obdukcji ciemnoskórego, jaką przeprowadził, znajdując „o jedną trzecią mniej nerwów w rękach i nogach niż u człowieka białego tego samego wzrostu i tuszy”; wniosek: „dusza, odruchy i rozum muszą, co rozumie się samo przez się, różnić się w takim samym stopniu.”

No cóż, „naukowe” teorie i dzisiaj mają swoją wagę, trudno się z nimi spierać, choćby dlatego właśnie, że są „naukowe”. Knox działał w czasach, kiedy uważano powszechnie, że wszystkie rasy są niższe od białej, a wsród białej prym wiedzie anglosaska. Zresztą trudno mu było zakwalifikować dokładnie, które z ras są „ciemne” lub „ciemniejsze”: „Czy Żydzi to rasa ciemna? A Cyganie? A Chińczycy? W jakimś stopniu ciemni są z pewnością; do tej kategorii należą także i Mongołowie, amerykańscy Indianie i Eskimosi, mieszkańcy prawie całej Afryki, Wschodu i Australii. Jakież to pole do działań eksterminacyjnych dla Anglosasów i reszty ras europejskich!”

Inny pogląd, choć równie katastroficzny dla ras niższych, głosił Winwood Reade, brytyjski historyk, badacz i filozof. W dziele Savage Africa (1864) pisał:

Afryka podzielona zostanie między Anglię i Francję. Pod europejskimi rządami Afrykanie osuszą bagna i nawodnią pustynie. Tą potwornie ciężką pracą mieszkańcy Czarnego Lądu prawdopodobnie wyniszczą się sami. Musimy zacząć traktować tego rodzaju zjawiska z zimną krwią. Jest to bowiem przykład przynoszącego korzyść prawa natury, które mówi, że ci słabsi muszą przez tych silniejszych zostać zgładzeni.

„Przepowiednia” nie sprawdziła się, choć zapewne „silniejsza”, głównie z powodu uzbrojenia po zęby,  acz dość leniwa rasa wyższa byłaby mile połechtana białym czarnym lądem, gdzie tubylcy całkowicie wyginęli, pozostawiając po sobie w wieczyste użytkowanie kwitnące ogrody, nawodnione pustynie i bogate farmy….

Pobieżny przegląd XIX-wiecznych „teorii naukowych”, skupionych jak się zdaje niemal wyłącznie na rasach niższych i ich eksterminacji, prowadzi do jednego wniosku, że tępienie rdzennej ludności dla imperialnej Europy było celem samym w sobie. Celem w zasadzie bezproduktywnym. Po cóż bowiem przygotowywać naukowy grunt pod eksterminację jakiejkolwiek rasy, skoro jej przedstawiciele dobrze karmieni, traktowani i opłacani mogliby być cenniejsi i bardziej wydajni? Logiczne jest, że w tej komfortowej sytuacji mogliby z przekonaniem i dozgonną wdzięcznością pracować dla dobra imperialistów, wydobywać co jest do wydobycia, oddawać więcej niż biblijną dziesięcinę, a nawet błogosławić swoim panom po wsze czasy.

Czy „naukowa” eksterminacja ras niższych wynikała więc tylko z głupoty, czy z chciwości, czy ze sposobu myślenia… Może z ciemnoty? Czy „świat nauki” zastanawiał się wtedy, prorokując zagładę ras niższych, nad przyszłością? Gdyby rzeczywiście z powierzchni Ziemi zniknął „ostatni murzyn”, kto wtedy pracowałby w kopalni lub na plantacji. Biały?

A może było to raczej przeczucie, że głoszenie tych teorii uprawomocni opinię o de facto słabszych i zdegenerowanych białych w odniesieniu do ras niższych, które w rzeczywistości wcale nie są i nigdy gorsze, słabsze czy niższe nie były. Nie od dziś wiadomo, że stosowanie przemocy wynika ze słabości, kompleksów i tchórzostwa.

Splendor i majestat…

Głoszone z takim zapałem „teorie naukowe”, zrodzone głównie z chęci zysku i sławy lub splendoru przynależności do królewskich towarzystw różnych nauk, w gabinetach, pracowniach i ograniczonych mózgach sprawiły, że późniejsze ludobójstwa w koloniach kwitowano wzruszeniem ramion i traktowano jako niezbędne koszty postępu cywilizacyjnego, którego koniecznym  narzędziem stała się również wojna.

 „Najwybitniejszy Brytyjczyk wszech czasów” Winston Churchill, późniejszy laureat literackiej nagrody Nobla, napisał w swojej autobiografii Moja młodość, o słynnej bitwie pod Omdurmanem, stoczonej 2 września 1898 roku na terytorium Sudanu z powstańcami, gdzie przebywał jako korespondent „The Morning Post” w ten sposób:

Coś takiego jak bitwa pod Omdurmanem już nigdy się nie wydarzy” (…) „Było to ostatnie ogniwo w długim łańcuchu widowiskowych konfliktów, których splendor i majestat przydawały wojnie tyle blasku.

To właśnie w tej bitwie po raz pierwszy wypróbowano kanonierki, broń maszynową, karabiny powtarzalne i pociski dum-dum.

Być może tego właśnie przestraszyli się Francuzi. Trwający między Anglią i Francją „Wyścig o Afrykę” i imperialna rywalizacja w koloniach zakończyła się „incydentem” w Faszodzie, kiedy rząd francuski nakazał 3 listopada (równe dwa miesiące po Omdurmanie) wycofać się swoim wojskom z terytorium Sudanu.

„Wolne” Państwo Konga

Nie można pominąć w tej historii nieocenionego w swych działaniach eksterminacyjnych Leopolda II Koburga, króla Belgów 1865-1909. On już niczego nie głosił, „nauka” zrobiła to za niego, uzasadniając w pełni jego działania. Jego następcy, włącznie z Adolfem H. i kolejnymi mordercami byli tylko „spadkobiercami” idei króla.

Leopold miał tę przewagę nad resztą świata, że obejmując tron belgijski, został jednocześnie w 1885 r. władcą Wolnego Państwa Konga, środkowoafrykańskiej kolonii (obecnie Demokratyczna Republika Konga, o której pisałam w tekście Krew na moich rękach). Prywata, własność, niewolnictwo, rabunkowa gospodarka, to tylko słowa, takie same jak tubylec. Nie było wtedy internetu i nikt nie miał pojęcia, jakich dokładnie zbrodni dopuścił się na swoim folwarku miłościwie panujący i otaczany szacunkiem król, pozyskując kauczuk i kość słoniową. Niewątpliwie był jednym z największych zbrodniarzy w historii, szacunki mówią, że wymordował 8-10 milionów Kongijczyków, ale nadal parki, szkoły i przeróżne instytucje noszą jego imię.

8 lub 10 milionów to jednak w dalszym ciągu więcej niż 6, więc czy to nie dziwne, że jego pomniki nadal zdobią ulice nie tylko Brukseli?

Szaleństwo Leopolda ujawnił w 1908 roku dziennikarz i polityk Edmund Dene Morel. Kongo pod patronatem Leopolda, faktycznie jego własność prywatna, miało być polem działania misjonarzy, filantropów i prowadzić otwarty handel. Jednak prawdziwą władzę sprawowały w nim podległe królowi spółki handlowe. Kwitły więc niewolnictwo i rabunek, a popełniane tam w owym czasie okrucieństwa są nie do opisania – przy czym obcinanie rąk, gwałty, wymyślne tortury czy palenie wiosek to tylko…  ówczesne „standardy”.

Do kampanii przeciw nieludzkiemu traktowaniu Kongijczyków i belgijskim zbrodniom włączyli się, oprócz Edmunda Dene Morela, Roger Casement, dyplomata i pisarze Joseph Conrad (Jądro ciemności), Anatol France, Mark Twain czy Arthur Conan Doyle.

Szczególną postacią w aferze kongijskiej jest Roger Casement, który spędził w Afryce około dwudziestu lat jako pracownik kompanii handlowych, i później jako brytyjski dyplomata. Stał się on również bohaterem powieści Mario Vargas Llosy Marzenie Celta. Casement zbierał dane o sytuacji w Kongo i sporządził raport, w którym zawarł szczegółowe informacje o łamaniu praw człowieka. Przedstawił go brytyjskim władzom w 1904 roku. Raport zawierał m.in. zdjęcia okaleczonych i przetrzymywanych w przymusowych obozach ludzi. Po powrocie z Konga do Anglii, Casement zaangażował się w kampanię Towarzystwa Przeciw Niewolnictwu. W czasie swojej pierwszej wizyty w Kongo w roku 1890 spotkał się z Józefem Conradem Korzeniowskim, który przypłynął tam, jako dowódca belgijskiego statku. Wiadomo, że obaj wymieniali informacje i opinie o tym, o czym każdy z nich „wolałby zapomnieć”.

Skoro jednak udało się wytępić już Indian w Ameryce Północnej, Hotentotów w Afryce Południowej, mieszkańców wysp na Morzu Południowym, Aborygenów w Australii, Guanczów na Wyspach Kanaryjskich, w jaki sposób mogli przed imperium obronić się Kongijczycy?

Skandal i afera, które wybuchły z powodu przecieków informacji o kongijskim ludobójstwie, dzięki pracy zaangażowanych w sprawę i zainteresowanych losami pokrzywdzonych, doprowadziły do przejęcia kontroli nad Kongo przez państwo – niestety Belgię. Tereny Konga były zbyt cenne, by łatwo je oddać lub prowadzić tam „charytatywne” interesy.

W wywiadzie przeprowadzonym przez Artura Domosławskiego z Mario Vargas Llosą, laureatem Literackiej Nagrody Nobla, czytamy o Leopoldzie:

Czasem otacza go wręcz legenda humanisty – i to nie tylko w Belgii. W niektórych książkach historycznych w Europie nadal można przeczytać, że był idealistą, że chciał przynieść Afryce cywilizację… Niestety, tragedia Konga trwa do dziś: to kraj chaosu, wojen, który nigdy nie stworzył nowoczesnych instytucji, nigdy nie miał demokracji. Praprzyczyną jest destrukcja społeczeństwa, jakiej dokonał belgijski kolonializm.

Statkiem i krzyżem

Chrystianizacja, cywilizacja, postęp… to maski, które spowodowały, że narodziła się wiara w potęgę kolonialistów – morderców, złodziei, rabusiów najgorszego autoramentu. Przylgnęły one do świadomości europejczyków jak pijawki, którymi Europa leczyła przez wieki wszystkie choroby (to dopiero ciemnota) i pozostały na jej plecach do dzisiaj. Dlatego myślenie o wyższości nad rdzennymi mieszkańcami i uznawanie ich za gorszych, jest nadal powszechne. Nadal funkcjonuje w określeniach typu: „dzicz”, „czarnuch”, „asfalt”, „smoluch”, „żółtek”…

Barbarzyńcami wcale nie byli ani wtedy, ani nie są nimi dzisiaj, rdzenni mieszkańcy. Byli nimi wyłącznie europejczycy, którzy na swoich statkach przybywali na nowe ziemie. Społeczności te składały się z fanatycznych misjonarzy, zaślepionych niesieniem wiary, przerażonych widokiem nagich ciał, uświadamiających im ich własną grzeszność, z „zesłanych” w tropiki gubernatorów, wojskowych i ich rodzin, nienawidzących insektów, malarii, uznających tubylców wyłącznie za podgatunek, dzikusów czy małpy, z wielkiej rzeszy marynarzy, podążających w ślad za nimi dziwek, biedoty, przestępców i wszelkich degeneratów, których Europa koniecznie chciała się pozbyć.

To właśnie oni zbudowali Nowy Świat, a dzisiaj to przerażające dzieło kontynuują ich potomkowie.

Sven Lindqvist w książce Wytępić całe to bydło pisze:

Europa, ta przedindustrialna, nie miała wiele do zaoferowania reszcie świata. Najważniejszym towarem eksportowym była przemoc. W owym czasie byliśmy traktowani w świecie jako koczowniczy lud wojowników, podobny Mongołom i Tatarom. Oni władali z końskiego siodła, my z okrętowego pokładu.

Kolor pieniędzy

Na wszystkich ziemiach, na których żyły różnokolorowe rasy i narody, w Kanadzie, Ameryce Północnej, Australii, teraz króluje rasa biała, Ameryka Środkowa i Południowa mówią po hiszpańsku i portugalsku, w Afryce na pięknie i bogactwach całego kontynentu położyli swoje chciwe łapska… biali. Kiedyś na wszystkich tych ziemiach ludzie mieli pod dostatkiem wody, ziemi, zwierząt i ryb. Potem odebrano im ziemie i wyeksploatowano je, wycięto ich lasy i wybito zwierzęta, przywleczono „francuskie” choroby, które ich zdziesiątkowały lub całkowicie wytrzebiły niektóre populacje. A jeśli rdzenni mieszkańcy umierali, dla europejczyków, zgodnie z teorią Knoxa, był to tylko niezbity dowód na ich przynależność do rasy niższej.

Teraz ci, którym udało się mimo wszystko przetrwać, są jedynie biedotą we własnych krajach, rządzonych przez skorumpowanych, sowicie opłacanych białymi pieniędzmi, urzędników.

Refleksyjne seppuku

Dzisiaj w dalszym ciągu trwa eksploatacja „czarnych lądów”, tylko już inaczej. Teraz potrzebujemy ubrań, które przez 14 godzin dziennie szyją dla największych światowych marek dzieci w Indiach, Pakistanie, Sri Lance, Bangladeszu… Potrzebujmy komórek, smartfonów, iphonów, tabletów, laptopów, notebookoów, playstation, nawigacji satelitarnej, które produkowane są z „minerałów konfliktu”. Chcemy konsumować, jeść, kupować, wymieniać na nowe, lepsze, piękniejsze… żeby nasze życie wyglądało jak na kolorowych obrazkach w wiodących magazynach lajfstajl.

Teraz potomkowie zdobywców Nowego Świata dumnie władają nim z wysokości korporacyjnych penthouse’ów, a legendy Greyów, pięknych, młodych i bogatych mężczyzn, tworzone przez domorosłe leciwe pisarki, podsycają wyobraźnię studentek. I niemal wszyscy zdają się zapominać, że każdego dnia stare modele wypierane są przez nowe, a technologia nie zna litości.

Korporacyjny darwinizm opiera się na stabilnych podwalinach i niesie z sobą jedyne przesłanie, że „niższe” ulegnie zagładzie i zostanie wyparte przez „ulepszonych” następców. W tej chwili wszyscy CEO na świecie powinni doznać olśnienia i w chwili refleksji popełnić seppuku. Z ewolucją nie mają żadnych szans.

Poczucie bezpieczeństwa

Dalekie kontynenty, amazońska dżungla, tropiki, Karaiby i „czarne lądy” są już tylko mitami funkcjonującymi w świadomości zbiorowej klientów biur podróży, jako miejsca dające klimatyzowaną ochłodę w pięciogwiazdkowych hotelach, pozwalające oderwać się od pracy i trudów świata „cywilizowanego”. Dają możliwość zetknięcia się z przygodą, fascynującym, nieznanym światem dzikich (?) plemion. W trakcie tych podróży o współczesnym niewolnictwie i kolonializmie przy eleganckim stole mówić nie wypada, mamy święte i niezbywalne prawdo odpoczywać na urlopie. Poprawność polityczna jako rodzaj lobotomii sprawia więc, że bijemy brawa dla zwyżek giełdowych indeksów i jesteśmy przerażeni, kiedy spadają ceny złota, szanujemy bogaczy za stan ich kont i modlimy się do (niestety) ich pieniędzy, biorąc kolejny kredyt na opłacenie podróży poślubnej, dom, samochód czy cokolwiek…

Pozwalamy sobie również na rzecz niewybaczalną – zapominanie o tym, skąd to wszystko się wzięło.

Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że całe bogactwo białego zachodniego świata jest zbroczone krwią różnokolorowego świata dawnych i współczesnych niewolników. Pozwalamy sobie także na wielkie umysłowe lenistwo, by znając kilka języków, mając możliwość podróżowania i zdobywania wiedzy, w dalszym ciągu traktować napotkanych w ich własnych egzotycznych krajach ludzi, jak niewolników. Wymagamy od obsługi szacunku, stąpania wokół nas na palcach, wciskając w ich ciemnoskóre dłonie po dolarze za wniesienie walizek. Czujemy się panami sytuacji i niezmiennie sądzimy, że jako „rasa wyższa” mamy do tego prawo.

Jesteśmy przy tym bardzo, ale to bardzo nieostrożni, wszak każdy myślący człowiek ma świadomość, że nic nie trwa wiecznie… Powinien mieć.

Kiedy z wysokości ostatniego piętra ekskluzywnego studio w Rio de Janeiro spogląda się na położone nieopodal w dole favele, świadomość, że nasze pilnie strzeżone i ogrodzone drutem kolczastym pod napięciem osiedle, jest bezpieczne, to tylko iluzja. Czasem przychodzi po prostu taka myśl, że „ich” jest więcej i że „nas” nienawidzą.

Lektura

Joseph Conrad – Jądro ciemności

Sven Lindqvist – Wytępić całe to bydło

Sven Lindqvist – Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją

Mario Vargas LLosa – Marzenie Celta

Abdellatif Kechiche – Czarna Venus (Venus Noire) film

Kwiecień 13, 2013

Świat nie jest prosty, czyli syndrom drwala

Stare przysłowie mówi: „Im dalej w las, tym więcej drzew”. I to prawda. Powiedzenie nie wartościuje jednak drzew. Co z tego, że więcej, skoro ich jakość mocno wątpliwa. Z biegiem lat i nabywanym doświadczeniem wobec pojawiających się ciągle „drzew” można przyjąć jedynie postawę ograniczonego zaufania – jak do innego kierowcy na drodze. Sprawdzić, o ile się da, jego wiarygodność i albo zostawić „drzewo”, żeby rosło, albo wyciąć!

Sprawdzanie wiarygodności jest ciekawe z wielu powodów. Przynosi intrygujące doświadczenia, na wiele spraw otwiera oczy, pozwala się dziwić albo powoduje, że od odkrywanych informacji puchnie głowa, a „las” znacznie się przerzedza. W końcu okazuje się, że człowiek znajduje się na polanie pełnej pniaków i suchych karp. W oddali, na bezdrożach majaczy drzewo, biegniemy pełni nadziei i niestety… znowu łapiemy za siekierę. Sytuacja ta, bez względu na dziedzinę, dotyczy jedynie pewnej części ludzkości, ponieważ druga część pląsa w uniesieniu po lesie wierząc, że jest on zielony, spokojny i radosny jak w programach przyrodniczych. Nic bardziej błędnego.

Konstrukcja psychiczna człowieka wymaga zaspokojenia podstawowych potrzeb i potrzeb wyższych. Dlatego od wieków istota żyjąca na Ziemi nie zadowala się zastanym porządkiem, ale zadaje pytania i usiłuje rozwiązać zagadki dotyczące różnych spraw. Kim jesteśmy, po co żyjemy, dlaczego umieramy… Będąc osobnikiem społecznym, żyjącym w stadzie, człowiek uczy się więc od najbliższych, bliższych, dalszych lub całkiem dalekich tego, czego oni sami się nauczyli i realizuje swój własny plan.

Mając kilka lat człowiek posiada już parę drzew – rodzinę, kolegów, nauczycieli, zainteresowania, religię… Potrafi rozróżnić także podstawowe pojęcia abstrakcyjne jak: miłość, nienawiść, dobro czy zło.  Nie ma więc żadnego problemu, kiedy las funkcjonuje zgodnie z zasadami i wszyscy ich przestrzegają, cenione i szanowane są wysokie wartości moralne, etyczne czy religijne. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy rodzina żyje w niezgodzie, ojciec bije matkę, wujek dotyka intymnych miejsc, kolega z podwórka zastraszając inne dzieci wyłudza od nich pieniądze, nauczyciel zdradza żonę, a wychowawca religijny, głosząc ubóstwo, jeździ luksusowym autem.

No to co jest nie tak? Uczą mnie zupełnie czego innego i postępują inaczej? Hej! Widzę was! Dlaczego mam być inny niż wy? Dlaczego mam być lepszy? Uczyć się dobrze, zachowywać się dobrze, stać prosto i  udawać, że jestem ślepy?!

Potem jest już tylko gorzej. Drzew przybywa, las staje się gęsty, splątany, ciemny i straszny.

Syndrom drwala

lumberjack_chopping_at_tree_hg_clr

Szukamy więc wyjścia. Jeśli nie funkcjonuje rodzina, uciekamy do grupy rówieśników, jeśli tam jest kiepsko, staramy się szukać pomocy w organizacjach duchowych, jak trafimy na kłamstwo, sfrustrowani szukamy dalej, gdzie indziej… Przerabiamy katolicyzm czy buddyzm, inne organizacje duchowe, idziemy do Hare Kriszna, Zielonoświątkowców, Wieczerników, Świadków Jehowy, Scjentologów albo samodzielnych proroków. Wyjeżdżamy do indyjskich guru, uczestniczymy w zebraniach, mszach, medytacjach,  dawnych i współczesnych organizacji duchowych… Nie, to nie to, więc trzeba iść dalej. Łapiemy się za racjonalizm, albo systemy filozoficzne, starsze i nowsze, sprawdzamy fizykę kwantową, świętą geometrię albo satanizm, New Age, hunę, kalendarz Majów, towarzystwa psychotroniczne, tarota, astrologię, TAO, runy, jasnowidzenie, OBE, NLP, channelingi, różdżkarstwo, metodę Silvy, rebirthing…. Cokolwiek i w dowolnej kolejności.

Po latach jesteśmy zdruzgotani, zamęt w umyśle jest większy niż można by się spodziewać i nadajemy się jedynie do leczenia psychiatrycznego. STOP! Wcale nie trzeba się leczyć.Wystarczy wyciągnąć wnioski.

Otóż… Wszędzie chodzi TYLKO o „rząd dusz”. Jednak nie dla duszy jesteśmy potrzebni naszym przewodnikom, kimkolwiek by byli. Jesteśmy potrzebni jako uzależnieni i ogłupieni niewolnicy, do pracy i płacenia haraczu, który był kiedyś dziesięciną, ale w miarę rozwoju ‘cywilizacji’ skoczył do jakichś 60-70%. Jesteśmy niezbędni jako głosiciele wybranego systemu, żeby zwiększać jego popularność. I cała ta sytuacja nie ma nic wspólnego z tym, żeby nam dać „coś dobrego”, żeby nam pomóc, czegoś wartościowego nauczyć, żeby było nam lepiej…

W obliczu takiego postrzegania „lasu” nie mamy praktycznie żadnej możliwości, by być ludźmi wolnymi i za cokolwiek odpowiadać. Całe to „uwolnienie” od niewiedzy na temat zasad obowiązujących w lesie jest więc stanem sprawiającym tylko kłopot i uwierającym jak kamień w bucie. Prowadzi nieubłaganie do wniosku, że nie ma lekarstwa ani pocieszenia, a samotne życie na polanie z siekierą w ręku to nie to, o czym marzyliśmy.

Co można zrobić?

Niewłaściwe pytanie. Należałoby rozpocząć od „Czy można coś zrobić?” a „co” pozostaje do rozstrzygnięcia w drugiej kolejności.

Odpowiedź na pierwsze pytanie zasadnicze brzmi: można, a na drugie, pozostaje kwestią wyboru. Ja  wybrałam dowiadywanie się i łączenie faktów. Dowiadywanie się nie jest jednak wiedzą sensu stricte i nie jest sprawą łatwą. Wiedza bowiem to pewien dawno ułożony obrazek, który nie dopuszcza świeżego powietrza w obawie przed jego szkodliwym działaniem. Broni schematu i odrzuca wszystko, co do obrazka nie pasuje. Dowiadywanie się zaś stanowi proces ciągły i nieustający, zakłada ono również, że to, co wiem dzisiaj, jutro może już być nieaktualne.

Nikomu niczego nie zamierzam udowadniać, nikogo do niczego przekonywać, wydaje się jednak dość naciągane, by wierzyć w pewne teorie, jak na przykład, że pewien osobnik rodzaju męskiego nazywany różne, ale przeważnie Bogiem, w ciągu siedmiu dni stworzył świat. Bardziej skłonna jestem „uwierzyć”, że stworzył człowieka „na obraz i podobieństwo swoje”, mocno niedoskonałego, z całym zestawem wad, z którymi musi się zmagać przez całe życie, nie potrafiącego nawet tak prostej rzeczy, jak zrozumienie, by nie czynić drugiemu, co jemu samemu niemiłe.

Każdy jednak może wybrać, co mu pasuje.

Opcje do wyboru

Niemal od pierwszej chwili, kiedy w szkole zaczęto uczyć mnie historii, geografii i biologii, a potem, kiedy zakres nauczania rozszerzył się, wydawało mi się niepokojące, że nie istnieje żadna zbieżność z tym, czego próbowano nauczać mnie na lekcjach religii. Z czasem te trzy dziedziny stały mi się bardzo bliskie, najbardziej jednak pasjonujące okazały się historia starożytna i archeologia. Jak gąbka wchłaniałam wszystko z zakresu tego tematu, który był o wiele ciekawszy od religii, choć tak samo bajkowy i odległy.

creation of earth

źródło: internet

Właśnie! Czy nikt z religijnych nauczycieli nie zauważył, że przez wieki ludzie zmienili się tak bardzo, że należałoby tę dziedzinę nieco uatrakcyjnić? Oddaję ten pomysł za darmo – skorzystajcie, bo inaczej cały tłum wiernych wyślizgnie wam się z rąk i odfrunie bezpowrotnie, jak stada gęsi znad Dunaju.

Nie jestem filozofem ani teologiem i nie zamierzam tracić czasu na bajdurzenie o ideach. Żyję wystarczająco długo, żeby z całym przekonaniem stwierdzić, że nikt taki jak religijny Bóg nie istnieje. Nie podam dowodów na jego nieistnienie, tak samo jak nikt na świecie nie będzie w stanie podać mi dowodów na jego istnienie. Chyba że zaczniemy rozmawiać o „cudach”, które w rzeczywistości są również tylko kwestią wiary.

Jest rok 2013, a w kościołach wielu wyznań nadal modlą się ludzie, nadal oddają tam część swoich dochodów, spowiadają się, biją w piersi, całują po rękach duchownych, doznają ekstaz i opętań, w imię religii zabijali, palili na stosach i nadal gotowi są to robić… Zgrabnie wymyślone.

Według Biblii mamy teraz rok 5774 od stworzenia świata!

Przepraszam, ale to chyba żart?

Datę stworzenia Świata próbowali ustalić zarówno żydzi, jak i chrześcijanie. Z obliczeń chrześcijańskich i żydowskich badaczy Biblii wynikało, że Ziemia została stworzona około 4000 r. p.n.e., przy czym podawano różne daty. Według zgodnych obliczeń żydowskich autorytetów religijnych wydarzenie to nastąpiło w 3761 r. p.n.e. (od tej daty liczą się lata w kalendarzu żydowskim), natomiast chrześcijańscy uczeni nie byli w tej materii jednomyślni i podawali rozmaite daty tego wydarzenia. Jedną z popularniejszych wersji był rok np. 4004 r. p.n.e., ustalony przez anglikańskiego arcybiskupa Jamesa Usshera. Inną, wcześniejszą i jakoby dokładniejszą datą, jest rok 4173 r. p.n.e. Bizantyjczycy, a w ślad za nimi m.in. Rusini, przyjmowali za datę stworzenia świata rok 5509 r. p.n.e., który stał się datą początkową rachuby lat w kalendarzu bizantyjskim. Wyznający własną wersję judaizmu Samarytanie za datę stworzenia świata przyjmują rok 4439 p.n.e…

Z danych wynika więc, że istniejemy mniej więcej około 6 do 7,5 tysiąca lat, ale nawet w średniowieczu rabin Izaak z Akko, czołowy trzynastowieczny kabalista, oceniał wiek wszechświata na ok. 15 miliardów lat! Zupełnie tak samo jak nauka współczesna…

Ostatnie odkrycia na ten temat pochodzą z Europejskiej Agencji Kosmicznej, która opublikowała wyniki badań Misji Planck. Brian Green profesor fizyki z Uniwersytetu Columbia w NY powiedział, że satelita przez kilka lat mierzył promieniowanie powstałe w wyniku Wielkiego Wybuchu. Dzięki danym można było sporządzić coś na kształt fotografii bardzo młodego wszechświata. Z analizy danych wynika że wszechświat jest starszy o około 80 milionów lat niż zakładano. Wielki Wybuch miał miejsce 13 mld 810 mln lat temu i jest to najbardziej prawdopodobny początek wszechświata. Dzięki satelicie udało się uzyskać najbardziej precyzyjną mapę promieniowania elektromagnetycznego we wszechświecie – powiedział Green.

Planet-Forming Disk Around a Baby Star

źródło: internet

Około 4 mld lat temu pojawiły się pierwsze organizmy jednokomórkowe

Około milarda lat temu powstały organizmy wielokomórkowe

Około 525 mln lat temu rosła już roślinność

Około 250 mln lat temu pojawiły się dinozaury

Około 50 milionów lat temu powstały Himalaje

Około 6 milionów lat temu powstał Wielki Kanion

Około 250 tys. lat temu pojawił się człowiek

Około 40 tys. lat temu Aborygeni zasiedlili Australię

Około 14 tys. lat temu zakończyła się ostatnia epoka lodowcowa

Około 4,5 tys. lat temu zbudowano egipskie piramidy (źródła podają różny czas powstania Wielkiej Piramidy – oficjalnie powstała w 2551 r p.n.e. ale nieoficjalnie nawet 7,5 tys. lat wcześniej)

Egipt „przed powstaniem świata”?

Według Biblii Egipt predynastyczny ok. 6000–3100 p.n.e. musiałby w zasadzie zostać stworzony razem ze światem, a nawet nieco wcześniej. A inne cywilizacje, które zgodnie z naukami kościołów są po prostu źle datowane? To naprawdę może wkurzyć.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy pierwsi ludzie zasiedlili Dolinę Nilu, ani ile czasu to trwało. Nie zajmę się nudnym wymienianiem okresów i kultur żyjących na terenie Egiptu około 100 tys. lat temu i ich datowaniem. Postaram się przedstawić ich z perspektywy ludzkiej.

Początki cywilizacji Doliny Nilu
okres 700.000-6000 r. p.n.e

Na początku zasiedlano tereny wzdłuż rzeki. Ludzie byli myśliwymi i rolnikami, posługiwali się łukiem, który wynaleźli, polowali na zwierzęta, poławiali ryby, uprawiali ziemię, zbudowali pierwszą łódź – z pęku trzciny usztywnionej i związanej w formie spłaszczonego snopa. Około 10.000 lat p.n.e. uprawiano głównie jęczmień, ale też pszenicę, powstały narzędzia do spulchniania gleby, znano sposoby przechowywania wody pitnej.

Neolit
10.000-6000 lat p.n.e

W tym okresie rozwijało się rolnictwo i hodowla – kozy, owce, świnie i bydło rogate, powstały pierwsze techniki tkackie i garncarskie z czasem udoskonalane z elementami barwienia, jak również plecionkarstwo wiklinowe. W wykopaliskach są groty strzał z polerowanego krzemienia, kościane harpuny do połowu ryb. Znano sposoby przechowywania zbóż w silosach, zaczęto tkać len i obrabiać skóry. Pochówki stopniowo oddalają się od osad. Zmarły chowany jest w pozycji skurczonej na boku. Otrzymuje też na ostatnią drogę ofiary z żywności, broń i przedmioty codziennego użytku. Na północy (Fajum i okolice Kairu) odkryto wyższe techniki obróbki kamienia, broni krzemiennej, jak i naczyń kamiennych, Południe zaś specjalizowało się w ceramice inkrustowanej i barwionej. Społeczeństwo składało się z kast, ale wojownicy nie zajmowali się ani uprawą roli, ani hodowlą.

Wczesny okres predynastyczny
6000-4500 lat p.n.e

nabta-playa-calendar

źródło: internet

Megality z Nabta Playa – najstarszy na świecie kamienny kalendarz słoneczny (ok. 5500-4500 p.n.e) służący do oznaczania północy i wschodu słońca w dniu przesilenia letniego (obecnie przeniesiony do muzeum w Asuanie), jest to krąg o średnicy ok. 5 m utworzony z niewielkich głazów. Wiele elementów sakralnych Nabta Playa wskazuje, że właśnie tu rodziła się najwcześniejsza religia starożytnego Egiptu. Zmarli przykrywani są  do pochówku skórami zwierzęcymi, a ich groby coraz bardziej przypominają budynki. W odżywianiu nadal dominuje łowiectwo i rybołówstwo, choć wyraźniej już można zaobserwować wpływ rolnictwa. Oprócz zbóż rozwija się uprawa warzyw. Rozwój rękodzielnictwa i rzemiosła – wyroby z kości (również słoniowej) – grzebienie, spinki do włosów z kości, drewna i miedzi, mamy polerowane noże, kultowe figurki z wyraźnie podkreślonymi cechami płciowymi. Pojawia się pierwsza biżuteria – klejnoty, bransolety i zdobione amulety, jak również ozdobna ceramika naścienna. Na Płaskowyżu Libijskim powierzchniowo wydobywa się wapień. Istnieją też wyraźne ślady używania drewna, które jednak w Dolinie Nilu niemal nie występuje, co oznacza, że mógł rozwijać się także handel z plemionami południa i Synaju. Powstają pierwsze kanały nawadniające pola i prawdopodobnie pierwsze próby przewidywania wylewów Nilu. Wskazuje na to grafika nagrobna z tego okresu. Niewątpliwie istnieje w tym czasie już kasta kapłanów, którzy posiadali wiedzę z zakresu astronomii, inżynierii i medycyny.

Starszy okres predynastyczny
4500-3500 lat p.n.e

W tym okresie nie zanotowano gwałtownych zmian kulturowych, w dalszym ciągu rozwija się produkcja ceramiki zdobionej motywami zwierzęcymi i roślinnymi, malowanymi lub rytymi. Niektóre naczynia przybierają kształty zwierząt. Kamień jest wykorzystywany do dekoracji – początki rzeźby – pojawiają się figurki kobiecie – muzeum w Brooklynie posiada egzemplarz tancerki o wzniesionych ramionach wykonany z malowanej terkoty.

PredynasticFemaleFigurine_BrooklynMuseum

źródło: internet

Rozwija się handel. Z Nubii sprowadza się miedź i złoto, znad Morza Czerwonego ołów, cynę, niewielkie ilości złota, także szmaragdy, z Synaju kamienie półszlachetne – turkus, malachit, jaspis, z terenów na południe od Esna – piaskowiec, a w Fajum rozpoczęto wydobycie alabastru. Powstają też budynki i miasta z nie wypalanej cegły. Doskonalone są techniki nawadniania pól i przechowywania plonów.

waza-nagada-kaczka

źródło: internet

Okres Gerzeński
3500-3150 lat. p.n.e

Jest to czas bezpośrednio poprzedzający zjednoczenie Egiptu, nazwany okresem gerzeńskim od nazwy kultury z El-Grzela. Rozwój ceramiki – pojawiają się palety do rozcierania szminek i barwników do ciała, również tatuażu. Ceramika zdobiona jest motywami geometrycznymi, zwierzęcymi i roślinnymi – strusie, gazele, antylopy, rzeczne barki, postacie ludzi, sceny myśliwskie. Artyści nie skupiali się jednak na logice czy perspektywie. Na jednym z odkrytych naczyń gazele skaczą po dachach „kabin” łodzi, a palmy wyrastają z ich dna. Zaspokojenie potrzeb żywieniowych w dalszym ciągu należało do myślistwa i rolnictwa, udoskonalono przechowywania plonów, wprowadzając spichlerze budowane z gliny. Ciała zmarłych składano w wiklinowych trumnach, z bogatszym wyposażeniem w przedmioty osobistego użytku. W grobach można znaleźć amulety lub figurki zwierząt – lwy, hipopotamy, sokoły, byki, a więc wizerunki bogów.

Istnieją silne dowody na kontakt z Mezopotamią. Kamienny nóż z Gebel el-Arak (przechowywany w Luwrze), którego mezopotamska dekoracja jest przedstawia człowieka ubranego w mezopotamski strój poskramiającego dwa lwy. Poniżej widnieją sceny polowania.

400px-gebel_el-arak_knife_mp3h8783

źródło: internet

Wydaje się, że w tym okresie powstało pismo. Jest ono początkowo piktograficzne – rysunek  przedstawia konkretny element rzeczywistości – symbolizuje przedmiot, zwierzę, osobę. Metoda ta jednak uniemożliwiała zapis czynności czy imion i dlatego pismo to uległo przekształceniu w pismo ideograficzne – hieroglify. Pismo piktograficzne było w Egipcie stosowane do rycia w kamieniu, znajdujemy je jako napisy świątynne, na wotach i ścianach budowli, pismo hieroglificzne służyło natomiast do pisania atramentem na drewnianych sarkofagach i papirusach grobowych. Mogło powstać w Mezopotamii, do której prowadzi większość śladów, lub w Egipcie. Prawdopodobnie przenoszone ono było między cywilizacjami przez kapłanów, którzy znając pismo gromadzili wiedzę, a zatem posiadali władzę. Kapłani egipscy z okresu gerzeńskiego potrafili przewidzieć wylewy Nilu, znali astronomię, medycynę również w zakresie chirurgii. Najstarsze przykłady pisanego języka egipskiego pochodzą z 3250 r. p.n.e. Język ten skończył swój żywot wraz z cywilizacją egipską i został zastąpiony w Egipcie językiem arabskim.

Po zjednoczeniu Górnego i Dolnego Egiptu w roku 3150 p.n.e. mamy już do czynienia z silnie rozwiniętym gospodarczo i sprawnym administracyjnie państwem.

Wszystko działo się wtedy, kiedy według ustaleń religijnych właśnie został stworzony świat, a nawet nieco wcześniej…

Program nauczania historii w liceum i technikum
KSZTAŁCENIE W ZAKRESIE PODSTAWOWYM
(fragment)

Treści kształcenia i wychowania

Wprowadzenie: historia – periodyzacja, źródła. Pojęcia „historia” i „prehistoria”. Podział dziejów na epoki. Źródła historyczne i ich badanie.

I Pradzieje i powstanie cywilizacji starożytnego Wschodu
1. Najdawniejsze dzieje człowieka
Pochodzenie człowieka. Osiągnięcia epoki paleolitu. Początki hodowli i rolnictwa. Życie ludzi w epoce neolitu. Podziały językowe (ludy semickie i indoeuropejskie).

2. Starożytna cywilizacja Mezopotamii i pierwsze imperia
Narodziny cywilizacji: Sumerowie – miasto i pismo. Przeobrażenia polityczne na Bliskim Wschodzie – główne ośrodki państwowe i pierwsze imperia (do połowy VI w. p.n.e.). Osiągnięcia kulturowe Mezopotamii. Imperium perskie.

3. Egipt faraonów
Położenie i warunki naturalne. Egipt faraonów jako przykład despocji teokratycznej. Podziały społeczne a wierzenia i kultura Egiptu.

4. Starożytny Izrael
Najdawniejsze dzieje Izraela. Królestwo Dawida i dalsze losy Żydów (do podboju rzymskiego). Diaspora. Religia Izraela. Biblia – język, etapy powstawania, struktura, znaczenie.

5. Starożytne cywilizacje Indii i Chin
Najstarsza cywilizacja doliny Indusu. Ariowie w Indiach i ich cywilizacja. Religie starożytnych Indii. Narodziny chińskiej państwowości. Cywilizacja starożytnych Chin – pismo, systemy etyczne. Europa a Wschód w starożytności.

Zastanawia mnie, jak to możliwe, żeby w jednych drzwiach uczyć czego innego, a w drugich zupełnie czego innego. Młodzież idąca z lekcji historii na lekcję religii musi czuć się sfrustrowana takimi rewelacjami. Jeśli w szkołach uczy się o epoce paleolitu, która rozpoczęła się mniej więcej 2,5 mln lat temu, co zrobić z religijnymi kwiatkami o powstaniu świata w roku 3761, 4004, 4173, czy nawet 5509 p.n.e. Sytuacja jest mocno niezręczna i szczerze współczuję, jednocześnie nie posiadam się z radości, że ukończyłam edukację w czasach znacznie mniej absurdalnych.

%d blogerów lubi to: