Archive for ‘Ameryka Łacińska’

Styczeń 18, 2015

„Surrealizm rewolucji kubańskiej”

W 1961 roku Fidel Castro i Che Guevara grali w golfa na opuszczonych terenach Country Clubu w Hawanie i rozmawiali o tym, jak Kuba mogłaby zainwestować w kulturę. Wkrótce potem przedstawili plan budowy Narodowego Instytutu Sztuki na opuszczonych polach golfowych w zachodniej części miasta.

Dzięki tej dyskusji powstał zespół obiektów o niezaprzeczalnej wartości estetycznej. Projekt Narodowego Instytutu Sztuki, autorstwa architektów Ricardo Porro, Vittorio Garattiego y Roberto Gottardiego (1961-1965), obejmujący szkoły/wydziały: tańca nowoczesnego, sztuk plastycznych, sztuk scenicznych, muzyczną i baletową, składał się z pięciu odrębnych obiektów rozlokowanych na terenach byłych pól golfowych. Został on uznany za jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć  architektury drugiej połowy XX wieku.

Od lewej architekci: Ricardo Porro, Roberto Gottardi i Vittorio Garatti, fot. Internet

Od lewej architekci: Kubańczyk Ricardo Porro, i Włosi – Roberto Gottardi oraz Vittorio Garatti, fot. Internet

Pomysł wywodził się z pragnienia rządu rewolucyjnego, aby stworzyć w Hawanie centrum edukacji artystycznej na najwyższym poziomie nie tylko w skali lokalnej, ale też światowej, w celu kształcenia twórców pochodzących z krajów Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Ameryki Centralnej i Południowej. Ricardo Porro, profesor projektowania na Wydziale Architektury Uniwersytetu Centralnego Wenezueli w Caracas, został powołany przez rząd kubański, aby nadzorować prace. Z chęcią przyjął to stanowisko, tym bardziej, że mógł dzięki temu powrócić na Kubę, z której wyemigrował w 1957 r. W pierwszych latach po rewolucji naród kubański nastawiony był optymistycznie w związku z czym prace budowlane ruszyły pełną parą, a instytut wznoszono jako symbol niemal nieograniczonych możliwości nowego rządu.

Porro był głównym koordynatorem prac, zaprojektował Szkołę Sztuk Plastycznych i Szkołę Tańca Nowoczesnego; Vittorio Garatti był autorem projektu Szkoły Baletowej, a Roberto Gottardi – Szkoły Muzycznej i Szkoły Sztuk Scenicznych.

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca nowoczesnego, Szkoła Sztuk Dramatycznych, u góry Szkoła Sztuk plastycznych, zdjęcia Google Map

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca Nowoczesnego, Szkoła Sztuk Scenicznych, u góry Szkoła Sztuk Plastycznych, zdjęcia Google Map

Chociaż każdy z architektów pracował niczym nie skrępowany i absolutnie wolny, wszyscy opierali się na pewnych wspólnych założeniach. Tak więc, mimo różnorodności poszczególnych projektów, kompleks szkół osiągnął pewną spójność wizualną. Architekci starali się zintegrować swoje budynki z krajobrazem, odnosząc się z wielkim szacunkiem do  środowiska naturalnego, by nie naruszyć w żaden sposób równowagi, m.in. projektowali specyficzne chodniki łączące aule i dziedzińce danej szkoły. Strategię tę wprowadził Porro, opierając się na swoich wspomnieniach z dawnej Hawany.

Problemy polityczne i ekonomiczne ówczesnej Kuby i nałożone przez USA embargo spowodowały, że w kraju brak było cementu portlandzkiego i stali. To z tego powodu wszystkie budynki dostosowane były do ujednoliconej metody konstrukcyjnej, opartej na wykorzystaniu sklepień katalońskich *. Na placu budowy królowały cegła, płytki ceramiczne i dachówka z terakoty.

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca, fot. Internet

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego została pomyślana jako rozbita tafla szkła, podzielona na „odłamki”, symbolizujące obalenie starego porządku. Jej fragmenty koncentrowały się wokół placu wejściowego, skąd rozchodził się system uliczek i podwórek ocienionych kopułami i arkadami.

Z kolei Szkoła Sztuk Plastycznych nawiązywała do wioski afrykańskiej, a owalne studia zostały zaplanowane z górnymi otworami, by artysta mógł jak najlepiej obserwować oświetlonego modela.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Scenicznych Roberto Gottardiego została zainspirowana sztuką starożytną. Punktem centralnym jest amfiteatr, wokół którego skupiają się położone w niewielkich odległościach kompaktowe w formie budynki o prostej miejskiej formie, które w bryle przypominają twierdzę. Ruch wewnątrz odbywa się wąskimi uliczkami na podobieństwo teatralnej kulisy.

Szkoła Sztuk Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Dramatycznych/Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, zaprojektowana przez Vittorio Garattiego, ma kształt serpentyny wijącej się na długości 330 metrów i schodzącej pod ziemię, gdzie znajduje się m.in. sala prób. W dachach znajdują się schodkowe lub tarasowe zmiany poziomu, a całość nawiązuje do rzecznych meandrów, niektórzy widzą w niej robaka. Wyposażona jest w boczne tarasy, symbolizujące łodzie.

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Drugi z projektów Garattiego – Szkoła Baletowa składa się z licznych kopuł katalońskich, z których część ma formę rozpiętych półokrągłych namiotów. Kompleks łączy pofalowana powierzchnia dachu, mogącego również służyć jako ciąg komunikacyjny. Mieszczą się tu m.in. trzy pawilony taneczne i rotunda, gdzie można prezentować występy.

Szkoła Baletowa, zdjęcie  lat 60., Fot. Internet

Szkoła Baletowa, zdjęcie lat 60., Fot. Internet

Początkowo podczas projektowania kompleksu panowała absolutna wolność budżetowa i niezależność w podejmowaniu decyzji. Wkrótce jednak okazało się, że koszty budynków i niepowtarzalność projektu spowodowały liczne skargi o nieumiejętność gospodarowania i burżuazyjne zapędy, co osłabiło poparcie dla projektu i w 1965 r. jego realizacja została wstrzymana. Spośród pięciu budynków tylko trzy zostały częściowo zrealizowane i wykorzystane. Porro wyjechał do Paryża, Garatti do Mediolanu, na miejscu pozostał tylko Gottardi.

Projekt został wskrzeszony dopiero po ponad ćwierćwieczu w roku 1991, kiedy część kompleksu została już niemal całkiem zniszczona. Gottardi zaprosił wtedy Johna Loomisa, kalifornijskiego historyka architektury, by zobaczył, co pozostało z tych niezwykłych obiektów. Loomis powiedział, że zaskoczył go realizm magiczny architektury i krajobrazu. W późnych latach 90. opublikował pracę, rehabilitującą kubańską architekturę rewolucyjną (Rewolucja formy. Zapomniane Szkoły Artystyczne Kuby). Było to zwrócenie uwagi świata na to bezcenne dzieło i zaowocowało w 2000 roku wpisaniem Narodowego Instytutu Sztuki na listę Światowego Funduszu Zabytków (obecnie rozważa się wpisanie go na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Po lekturze książki Loomisa Castro poczuł wyrzuty sumienia i skrytykował urzędników za przyczynienie się do zaniedbania budowy i niszczenia obiektów.

W grudniu 1999 roku Porro i Garatti zostali z powrotem zaproszeni do Hawany, aby zakończyć budowę. Prace postępowały jednak powoli, pieniędzy było mało, a priorytetem stały się hotele, istniało też pilne zapotrzebowanie na mieszkania, co doprowadziło po raz kolejny do zatrzymania projektu. Takim oto sposobem Narodowy Instytut Sztuki nigdy nie został ukończony, a studenci nauczyli się pracować w na wpół zrujnowanych budynkach.

Projekt Porro, Garattiego i Gottardiego ma na świecie niewielu rywali. Budynki łączą w sobie futurystyczny design i prostotę wykorzystanych materiałów, zmysłowość języka przekazu wizualnego i potwierdzenie kubańskiej mieszanki rasowej. Znajdziemy tu odwzorowania afrykańskich wiosek, splatające się z kolonialnymi i bardziej europejskimi czy klasycznymi elementami, które przenika żywiołowość bujnej tropikalnej natury. To właśnie jej architekci złożyli hołd w postaci rozwiązań geometrii organicznej.

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Twór ten  nigdy więc nie mógł pasować do prostego stylu funkcjonalnej sowieckiej architektury lat pięćdziesiątych z prefabrykatów i ta mało subtelna różnica doprowadziła do jego ostrej krytyki, jako indywidualisty pozbawionego cech rewolucji, opartego na kryteriach czysto estetycznych zamiast na socjalistycznym rygorze. Krytyków szczególnie bulwersowała zmysłowość budynków i głośno wyrażali swoją nieufność wobec katalońskich kopuł. W obliczu antagonizmów podnoszono również kwestię, że Porro pochodził z burżuazji, a nie z proletariatu, a dwaj pozostali nie byli nawet Kubańczykami.

Projekt Narodowego Instytutu Sztuki w Hawanie na odległej Kubie do dziś wzbudza emocje. Łączy w sobie niewątpliwie pasję i talent twórców, które sprawiły, że stał się wizjonerską metaforą kultury kubańskiej, fuzją kodów nowoczesności, kolonialnej tradycji i odzyskanej czarnej kultury, reprezentującej „surrealistyczny” etap rewolucji kubańskiej.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

* Kopuła katalońska lub kopuła murowana jest unikalną techniką tradycyjnej konstrukcji katalońskiej. Obejmuje pokrywanie cegłami kopuły na całej zewnętrznej powierzchni lub tylko okładanie jej łuków i przęseł, co tworzy długie ceglane ciągi. Sklepienia tego rodzaju kopuł również okładane są cegłami.

W 2000 roku podjęto się renowacji Narodowego Instytutu Sztuki. Oczyszczono wnętrza budynków z roślin i chwastów, wycięto drzewa wrośnięte w budynki i oplatające je korzeniami, wyrównano teren. Do tego celu posłużyły plany Porro (zm. 24 grudnia 2014 r.) i Garattiego, z którymi podjęto współpracę podczas renowacji. Prace budowlane wewnątrz obietów rozpoczęły się w 2003 roku w dwóch szkołach – Sztuk Plastycznych i Tańca Nowoczesnego. Były one jednak utrudnione z powodu braku odpowiednich materiałów, które należało przygotować według projektu, a czasem zastąpić innymi, korzystano też z kosztownych zagranicznych komponentów. Podjęto również decyzję o odnowieniu bądź wymianie instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej, jak również zakupiono nowy sprzęt i meble. Od 2004 roku prowadzone są prace renowacyjne w Szkole Sztuk Scenicznych.

Plany szkół i więcej zdjęć na http://www.lajiribilla.cu/galeria/escuelas-de-arte-de-cubanacan

Reklamy
Kwiecień 1, 2013

Inwazja na Panamę, czyli na którym poziomie gry jesteś?

Większość (nie sądzę, żeby wszyscy) oglądała kiedyś zapewne film amerykański z Jimem Carreyem, zatytułowany „Truman show”, w którym została pokazana tylko jednostopniowa manipulacja społeczeństwem. Żyjący w idealnym świecie mają wszystko idealne i niestety… papierowe niebo.  Jak w kasynach Las Vegas czy w Bollywood. Do złudzenia przypominające prawdziwe, z chmurami, niemal identyczne. I wszyscy, poza głównym bohaterem, dają się na to nabrać.

Prostota tego ujawnionego w filmie pomysłu jest jednak z punktu widzenia dzisiejszego żarłocznego marketingu zła dość prymitywna. Dostajemy bowiem komunikat: O.K. żyjecie w matrixie, macie to, co widać i to co przed wami ukryte. Ale to dopiero pierwszy poziom gry. Czy ktoś uwierzy, że można rozwiązać zagadkę współczesności tak łatwo? No, nie. Skłaniam się ku teorii ‘ruskiej babuszki’. Gra ma o wiele więcej poziomów, komplikacje na wyższych są dość wyrafinowane i nikt nie zawraca sobie głowy gawiedzią, która trawiąc podane na deserowym talerzyku informacje, jest zadowolona, że wie, „co się za tym wszystkim kryje”. A guzik.

Sytuacja wygląda nieco inaczej. Powiedziałabym nawet, że NIKT nie wie, ile dokładnie jest poziomów gry.  Czyste science-fiction, z przewagą ‘science’ i niemal zupełnym wykluczeniem ‘fiction’.

Jak powstaje informacja?

Według Orwella, i nie tylko, każda krytyczna myśl w oczach panującego systemu władzy jest przestępstwem. Niepotrzebne jest społeczeństwo, którego członkowie,  prawdziwie wykształceni, będą umiejętnie łączyć fakty i wyciągać wnioski. Społeczeństwo, przede wszystkim,  ma być podatne na dowolną manipulację systemu władzy.  Dlatego media kreują informacje i określony punkt widzenia i przekazują je społeczeństwu, kontrolując  tym samym zasób jego ‘wiedzy’ i kształtując konkretny sposób myślenia. Dla wszystkich ten sam. W mediach nie istnieje obiektywizm.

Jeśli „wszyscy coś wiedzą”, wcale nie oznacza to, że to, co wiedzą,  jest prawdą, czy wiarygodną informacją. To, że „wszyscy coś wiedzą”wynika najczęściej z pracowitego utrwalania informacji w naszej świadomości przez „powtarzaczy”.

Codziennie jeden drugiemu nieustannie powtarzamy – przekazujemy jakieś informacje. Sąsiadka powtarza sąsiadce, co usłyszała od innej sąsiadki, lekarz powtarza pacjentowi to, czego dowiedział się na swojej akademii i to, co powiedziały mu firmy farmaceutyczne, nauczyciel powtarza uczniowi to, czego dowiedział się na swojej uczelni, a dziennikarz powtarza to, co rzekomo dzieje się na świecie, czego na własne oczy jednak nie widział ani tego nie sprawdził, ale dowiedział się z agencji prasowych… Cały problem tkwi w tym, że nikt naprawdę nie wie, czy to, co nieustannie powtarza, jest prawdą lub przynajmniej się do niej zbliża. Przekazywanie informacji – powtarzanie polega więc jedynie na ‘zaufaniu’ do tych, od których informacja pochodzi. Zaufanie jednak, proszę wybaczyć, jest dzisiaj słowem archaicznym, a sytuacja, którą definiuje, we współczesnym świecie stanowi endemit. ‘Zaufanie’ do źródła to naprawdę za mało, żeby na tej tylko podstawie potarzać informacje.

Najświeższe dziennikarskie informacje nie są więc rzetelnie zweryfikowane, ale stworzone. Codziennie dziennikarze wysłuchują tego, co ktoś im powie, a potem powtarzają to nam. Jak można świadomie przekazywać nie sprawdzone informacje, wyłącznie zasłyszane  od innych dziennikarzy, agencji prasowych czy rzeczników prasowych organizacji i partii politycznych, którzy informacje stwarzają – fabrykują zgodnie z własnymi potrzebami i interesami.  Informacja w tym kontekście to propaganda!

Wniosek: „rzetelne informacje” są więc tylko tym, co powtórzono nam, słysząc to uprzednio od kogoś innego, kto również usłyszał to od koś innego…  „Ruska babuszka’?  Wiemy dokładnie tylko tyle, ile media nam przekażą i ile przed nami zatają. Media prezentują więc tylko  określony punkt widzenia.

Jak można być świadomie wierzącym w „rzetelne informacje” medialne, skoro niemal wszystkie media są w rękach tych samych ludzi…

MURDOCH MEDIA 1MURDOCH MEDIA 2 MURDOCH MEDIA 3

http://www.bbc.co.uk/blogs/adamcurtis/2011/01/rupert_murdoch_-_a_portrait_of.html

http://www.currentissues.tv/Rupert%20Murdoch.html

http://www.wargs.com/other/murdoch.html

GRA

POZIOM 1

Problem: schwytać Noriegę = groźny dyktator, handlarz narkotyków

Przedstawienie problemu:  zastrzelenie amerykańskiego żołnierza stacjonującego w strefie Kanału oraz inne dwa incydenty, które nastąpiły na krótko przed operacją (wymienione przez prezydenta Busha jako główny powód do inwazji)

Uzasadnienie problemu: ochrona życia obywateli amerykańskich w Panamie; obrona demokracji i praw człowieka w Panamie

Reakcja opinii publicznej: ‘zróbcie coś z tym!’

Rozwiązanie: 20 grudnia 1989 r., inwazja na Panamę, kryptonim operacji „W Słusznej Sprawie”

POZIOM 2

Kanał Panamski  – inwazja odbywa się na dziesięć lat przed przekazaniem jurysdykcji nad Kanałem Panamskim Republice Panamy. Podczas trwania operacji, po zajęciu przez wojska USA kluczowych pozycji, Panamskie Siły Zbrojne złożyły broń. Jednym z głównych celów inwazji było przywrócenie status quo USA w rejonie kanału.

Manuel Noriega – oskarżenie o udział w handlu narkotykami, nadużycia, fałszerstwa wyborcze, zaaranżowanie śmierci poprzedniego prezydenta Omara Torrijosa, a także o zabójstwo Hugo Spadafory Franco, który ujawnił jego narkotykowe interesy i handel bronią…

Inwazja – w operacji wzięły udział wojska Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych, Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, US Navy oraz Korpusu Piechoty Morskiej. Początek 20 grudnia 1989 roku (4 dni przed Wigilią), o pierwszej w nocy czasu lokalnego. Zaatakowano jednocześnie 27 celów! W operacji udział miało brać 57.684 (26.000) żołnierzy USA oraz ponad 300 samolotów. Panamskie Siły Zbrojne (PDF) liczyły około 46.000 ludzi.

Operacja rozpoczęła się od ataku na strategiczne instalacje, takie jak lotnisko Punta Paitilla w Panamie, garnizon PDF i lotnisko w Rio Hato, gdzie Noriega posiadał swoją rezydencję oraz kilka innych ośrodków wojskowych na terenie całego kraju. Atak na centralną siedzibę PDF (zwaną La Comandancia), wywołał kilka pożarów, z których jeden zniszczył gęsto zaludnioną dzielnicę El Chorrillo w centrum Panamy (spłonęło 400 domów liczba ofiar nie jest znana). Panowała blokada informacji – nikt na świecie nie wiedział co dzieje się w Panamie!

Amerykanie szerzej wprowadzają techniki blokowania informacji i manipulowania przekazem medialnym, wyciągając wnioski z propagandowej porażki podczas wojny w Wietnamie. Do wachlarza metod należą m.in. konfiskowanie dziennikarskich zdjęć, czy zabójstwa niewygodnych dziennikarzy. Posunięcia te pozwoliły udoskonalić strategie i techniki,stosowane podczas przyszłych agresji w świecie arabskim.

Noriega – ukrył się u jednej z kochanek, wyznaczono za jego ujęcie nagrodę 1.000.000 dolarów;  schronił się w ambasadzie Watykanu, licząc na azyl dyplomatyczny; 23 grudnia Amerykanie dowiedzieli się o miejscu jego schronienia;  zastosowano nacisk psychologiczny, odtwarzając pod murami ambasady dzień i noc muzykę rockową grupy Van Halen (Noriega był znany jako wielbiciel muzyki poważnej); w raporcie dla Kolegium Połączonych Szefów Sztabów stwierdzono, że muzyka była wykorzystywana do zagłuszania mikrofonów kierunkowych mogących posłużyć do podsłuchiwania negocjacji, a nie jako broń psychologiczna oparta na wstręcie Noriegi do muzyki rockowej. Noriega oddał się w ręce Amerykanów 3 stycznia 1990 roku i został poddany ekstradycji do Stanów Zjednoczonych.

Ofiary – Stany Zjednoczone straciły 24 żołnierzy, a 325 zostało rannych, liczba zabitych żołnierzy panamskich wynosi 205.

Liczba ofiar cywilnych spowodowana inwazją nie jest dokładnie znana. Oficjalnie opublikowane dane mówią o 314 zabitych i 537 rannych, szacuje się jednak że mogło zginąć nawet kilka tysięcy osób…

POZIOM 3

Manuel Noriega – wcześniej szef wywiadu wojskowego Panamy, od 1959 roku współpracownik CIA, pomagał w tajnych operacjach przeciwko komunistom w Ameryce Łacińskie, wspierał amerykańskie interesy w Ameryce Środkowej, w szczególności sabotowanie działań socjalistycznego rządu w Nikaragui, Sandinistów oraz rewolucjonistów FMLN w Salwadorze; był na pensji rządu USA – w latach 1971-1976 otrzymywał od Amerykanów za swoje działania ok. 100 000 USD rocznie z pieniędzy amerykańskich podatników (G.H.W. Bush, dyrektor CIA od 1976-77, zarządził, by w raportach o Panamie pomijać doniesienia o handlu narkotykami).

1989, październik – zamach stanu – CIA zaplanowało zamach stanu, w którym zamierzało usunąć z drogi Noriegę – akcja nie powiodła się

POZIOM 4…

1903 – układ Hay – Bunau-Varilla (między Amerykanami – sekreatrz stanu John Hay i Francuzami – Phillipe Bunau-Varilla francuski przedstawiciel dyplomatyczny Panamy! Panamczycy nie brali udziału w negocjacjach i nie podpisali traktatu), na podstawie którego USA gwarantowały Panamie niepodległość od Kolumbii w zamian za pas ziemi szer 10 mil oraz przesmyk „na wieczne użytkowanie” z przeznaczeniem pod budowę kanału! USA natychmiast po podpisaniu traktatu rozmieściły swoje wojska w strefie kanału.

Theodore Roosevelt w odpowiedzi na pytanie, jakim prawem wszedł w posiadanie Kanału Panamskiego: „Wziąłem go!”

Do budowy kanału sprowadzono tanią siłę roboczą, głównie z Karaibów, Indii, Azji. To zmieniło skład etniczny Panamy. USA wprowadziły w Panamie apartheid taki jak na amerykańskim Południu – czarni nie mogli mieszkać w tych samych domach pić z tych samych wodotrysków, co biali!

1963 – USA utworzyły Dowództwo Południowe  na całą Amerykę Południową – tworzyło je 14 baz wojskowych w całej Panamie, gdzie realizowano programy szkoleniowe np. szkoła walki w dżungli

1964 – zamieszki, szczyt napięć pomiędzy USA i Panamą – studenci próbowali wywiesić w strefie kanału panamską flagę! (zginęło 21 osób)

1968 – do wladzy w wyniku zamachu dochodzi płk. Omar Torrijos; reformy społeczne na rzecz Czarnych, Indian i Metysów

1977 – prezydent Panamy Omar Torrijos i USA Jimmy Carter podpisują porozumienie, anulujące traktat z 1903 r., które zakłada stopniowy proces przekazywania kontroli nad Kanałem Panamie (proponowane zakończenie 2000); USA przestają wieczyście użytkować najbardziej strategiczny kanał Nowego Świata! Amerykanom się to nie spodobało.

1979 – zwycięstwo sandinistów w Nikaragui; Noriega ułatwiał organizację szkoleń wojskowych i wspieranie contras przez administrację Reagana w działaniach przeciwko sandinistom; koordynował dostawy broni dla baz contras w północnej Kostaryce jako współpracownik CIA i Izraela; samoloty transportujące broń z Panamy do baz contras w Kostaryce przewoziły też narkotyki, które trafiały na rynek amerykański (pilotów oskarżono i odsiadują wyroki), USA przymykały na to oczy

Odpowiada nam, kiedy ustanawiamy w trzecim świecie (Honduras, Boliwia, Argentyna, Wietnam, Tajlandia, Birma) posłuszne nam dyktatury i chcemy umocnić pozycje ich przywódców, kiedy wchodzą oni w związki z najsilniejszymi w danym kraju potęgami gospodarczymi, którymi są przeważnie kartele narkotykowe /prof. Peter Dale Scott/

1981 – Omar Torrijos zginął w ‘katastrofie’ lotniczej (stała za tym CIA)

1984 – Noriega gościł w Panamie przywódców krajów latynoamerykańskich prowadząc rozmowy pokojowe, wzywające do położenia kresu ingerencji amerykańskiej w Ameryce Środkowej – nie spodobało się to administracji Reagana, ponieważ Noriega przestał być posłuszny

1984 – Kongres Amerykański przegłosował poprawkę Bolanda oznaczającą zakaz finansowania contras przez USA  – teraz USA mogły wspierać contras jedynie przez Panamę

1986 – wybucha afera Iran-contras, z Waszyngtonu odchodzą trzej najwięksi sprzymierzeńcy Noriegi – dyrektor CIA William Cassey, podpułkownik North z Krajowej Rady Bezpieczeństwa i John Poindexter, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji Reagana.

1987 – Kongres amerykański wydał rezolucję 239 wzywającą rząd USA do skłonienia Noriegi do rezygnacji ze stanowiska dowódcy panamskich sił zbrojny; 30 czerwca 1987 – wybuchły antyamerykańskie zamieszki w Panamie, a rząd USA wstrzymał pomoc ekonomiczną i wojskową dla Panamy; zostały zamrożone konta Panamczyków w amerykańskich bankach!

1988 – Noriega i administracja panamska wycofują się z porozumienia Torrijos-Carter i żądają niemal natychmiastowego oddania kanału! (ma to związek z likwidacją ponad 40 baz wojskowych USA w Panamie)

1989 – kampania wyborcza w Panamie, na którą administracja Busha za pośrednictwem CIA i  Narodowej Fundacji Demokracji przekazała ponad 10 mln dolarów (z podatków Amerykanów) kandydatom opozycji! Było to pusnięcie, które w USA byłoby nielegalne!

Podczas kampanii wybuchły zamieszki, atak na kandydatów opozycji (w rzeczywistości kandydatów USA – Guillermo Endara, Guillermo Ford, Ricardo Arias Calderon) został przypisany ‘rządowym bojówkom’); media zmobilizowały przeciw Noriedze całą światową opinię publiczną

Po nieudanych wyborach panamski parlament mianował Noriegę szefem państwa

Powoli możemy wrócić do punktu wyjścia. Noriega stał się niewygodny i należało się go pozbyć nie tracąc wpływów w strefie kanału, co po ataku zostało niemal natychmiast zrealizowane rozmieszczeniem wojsk amerykańskich na terenie Panamy. W celu przywrócenia porządku, demokracji i obrony praw człowieka… Scenariusz zastosowany w Panamie był tylko testem przed rzuceniem się Amerykanów na „głębokie wody” krajów arabskich i atakiem na Irak. Udział zmanipulowanych mediów amerykańskich i blokada informacji w sposób niezparzeczalny przyczyniły się do zniszczenia Panamy. To naprawdę niesamowite, że te same frazy w przypadku Panamy i Iraku uchodzą uwadze publiczności, która daje się dmuchać kolejny, kolejny i kolejny raz.

A i tak jest to w dalszym ciągu tylko wierzchołek góry lodowej. Posługując się zdrowym rozsądkiem można przypuszczać, że doskonalenie technik manipulacji i stopniowanie poziomów gry przez systemy rządów pozwala im na budowanie współcześnie daleko bardziej skomplikowanych struktur ukrywających przed nami prawdziwe powody ich decyzji i posunięć. W każdym razie nie liczyłabym na to, że z mediów kiedykolwiek dowiemy się PRAWDY.

W jaki sposób wyglądała amerykańska ‚demokratyczna i obronna’ akcja palenia dzielnicy el Chorrillo, można zobaczyć i wysłuchać w relacjach tych, którzy przeżyli, w filmie „Inwazja na Panamę” (The Panama Deception)

——————————————————–

‘Polskie’ media

Agora SA – kapitał polski i ‘międzynarodowy’ – Gazeta Wyborcza, Metro,  TOK FM,  Złote Przeboje,  Roxy,  gazeta.pl,  wyborcza.pl,  blox.pl,  plotek.pl,  Agencja Reklamowa AMS (firma reklamy zewnętrznej; billboardy, przystanki autobusowe), 3 Tygodniki Regionalne, 14 Ogólnopolskich Magazynów, 29 Lokalnych stacji radiowych,

Ringier Axel Springer – kapitał niemiecki – Dziennik,  Fakt,  Newsweek Polska,  onet.pl,  Forbes Polska,  Przegląd Sportowy,  Sport,  Auto Świat, Komputer Świat,  Dziewczyna,  Popcorn,

Polskapresse (Verlagsgruppe Passau) – kapitał nimiecki –Dziennik Zachodni,  Głos Wielkopolski,  Gazeta Krakowska,  Dziennik Polsk,i  Dziennik Bałtycki,  Dziennik Łódzki,  Express ilustrowany,  Gazeta Wrocławska,  Polska The Times,  serwis wiadomości24.pl

Media Regionalne (Mecom) – kapitałał brytyjski – Gazeta Pomorska,

Murator – właściciel  koncern ZPR  powiązany z grupą Bonnier – kapitał szwedzki (Dawniej Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe S.A. Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe S.A. (ZPR S.A.) firma obecna w branży hazardowej od 1973 roku, jest znaną z jakości oferowanych produktów i usług w tym projektowaniu i produkcji zaawansowanych technologicznie automatów do prowadzenia gier oraz systemów dodatkowych wygranych. ZPR S.A. należy do grupy kapitałowej ZPR w skład której wchodzi kilku znanych w Polsce operatorów kasyn i salonów gier.) – se.pl,  eska.pl,  eskarock.pl, podroze.pl,  zagle.com.pl, Super Express, Eska Tv,  Polo Tv,  Wawa,

Bauer – kapitał niemiecki – Pani, Twój Styl, Życie na Gorąco, Tele Tydzień, Tina, Na żywo, Bravo, RMF MAXXX, RMF Classic, Interia,

Presspublica sp. z o.o. – 49% kapitał skarb państwa – 51% kapitał brytyjski – Rzeczpospolita,

Eurozet  właściciel fr. koncern Lagardere – kapitał francuski – Radio Zet, Chilli Zet, Planeta,  Antyradio

TP SA – kapitał francuski – wp.pl,

Polsat – właściciel Zygmuint Solorz-Żak – (Polsat Cyfrowy – siedziba: Nikozja) – kapitał cypryjski vel ‘międzynarodowy’ – Tv Polsat, Cyfrowy Polsat, Plus,

TVN  – kapitał  ‘zagraniczny’ – Wszystkie tvn, Cyfra+, Canal+,

http://www.wykop.pl/ramka/1028907/iticzylimaloznanewatkipowstaniawlascicielatvn/

UPC Polska   właściciel LGI (Liberty Global) – kapitał amerykański

Listopad 16, 2012

„Lato, jesień, zima, wiosna – Do Boliwii droga prosta!”

Tytuł: fragment wiersza Edwarda Stachury „Ach, kiedy znów ruszą dla mnie dni”

Fot. Valerio Giulianelli – Santa Cruz, internet

Ludzie mówią, że Boliwia jest rajem na ziemi, bo nie wyraziła zgody na wprowadzenie GMO [1], od 21 grudnia 2012 roku nie będzie wolno tam sprzedawać coca-coli, a  McDonlad’s wycofał się z tego kraju w 2002 po pięciu latach działalności (od 1997). Boliwijczycy stanęli twardo na pozycji obrońców empanadas (ciasto nadziewane mięsem, rybami, warzywami, itp. pieczone w piecu). „Kultura pokonała ich ponadnarodowość w zglobalizowanym świecie” – powiedział Fernando Martinez, reżyser dokumentu o przyczynach zniknięcia fastfudowego potentata z tego pięknego kraju. Przyczyn należy jeszcze upatrywać w tym, że u Wuja Maca koszt jedzenia był nieporównywalnie wysoki w stosunku do zarobków Boliwijczyków – hamburgery kosztowały ponad 3 dolary (25 bolivianos) za sztukę, większość z jedzenia „domowego” to 7 bolivianos, czyli mniej niż dolar, a średnie miesięczne zarobki w tym kraju kształtują się na poziomie 800 bolivianos = 95,56 EUR.

NO, TO JEST RAJ!

Ludzie plotą androny o Boliwii i już pakują się całymi rodzinami z dobytkiem, sąsiadami i bliższymi znajomymi.

Ale.

Ludzie wiedzą tylko to, co im powiedziano. Gdyby sami zasięgnęli języka, być może byliby zaskoczeni informacjami, które odkryją. Ludzie mówią także rzeczy oderwane od rzeczywistości. Powtarzają je z nadzieją, że mogą jeszcze dokądś uciec ze swoich sterylnych łazienek, od plazmowych telewizorów i laptopów, niebotycznie zmęczeni cywilizacją wielkich korporacji albo treningiem w siłowni. Czytają o Boliwii w notkach turystycznych biur podróży, po polsku lub po angielsku, rzadziej po hiszpańsku, nigdy tam nie byli, ale wiedzą najlepiej.

Piszę ten tekst, bo podobne opowieści o Boliwii i innych „rajach” doprowadzają mnie do pasji, a osoby, które je bezrefleksyjnie powtarzają i rozpowszechniają, chętnie zobaczyłabym w szkolnej ławie, jak wkuwają na blachę na przykład historię Potosi, żyją w Boliwii za 100 euro miesięcznie, albo fascynują się zapiskami misjonarzy „nawracających” Indian na katolicyzm…

Moim zamiarem nie jest dyskredytowanie Boliwii czy Ameryki Południowej, moim zamiarem jest przybliżenie odrobiny prawdy, krzty prawdy, wierzchołka góry lodowej prawdy na podjęty temat. Nikogo także nie zamierzam oświecać i jeśli ktoś szuka w Boliwii raju na Ziemi, spokoju czy wytchnienia od rzędów cyferek na ekranie komputera, nie pozostaje mi nic innego jak sarkastycznie życzyć mu miłych wakacji.

A jeśli ktoś zada pytanie, po co mi te wyjaśnienia i informacje, lub po co jemu… Po co ma o tym wiedzieć, kiedy będzie podziwiał piękne krajobrazy albo kolorowe papugi i tukany w czasie zasłużonych wakacji, odpowiem politycznie niepoprawnie – po to, żeby nie być bezużytecznym.

Bezużyteczność ludzka to wiara w pierwszeństwo brandingu i celebrities nad realnym życiem. Bezużyteczność to bujanie w obłokach egzotycznych krajów bez minimum wiedzy o ich korzeniach. To ignorancja i ślepota współczesnych pokoleń, prowadzące do niszczenia „rajów”, których tak bardzo potrzebujemy. Jeśli się nie przebudzimy, za 50 lat nie zobaczymy Masaja ani Indian Amazonii nawet w tzw. wioskach kulturowych. Nikt nie będzie pozował za dolara do zdjęć przed obiektywami drogich aparatów. Staną się one bezużyteczne, a przemysł lotniczy padnie, bo w egzotycznych „rajach” nie będzie niczego i nikogo do oglądania. Chyba że wykupimy wczasy, by podziwiać zniszczenia, jakich w pocie czoła dokonaliśmy, bo nikt nie słuchał tysiącletniej mądrości tylko bezwolnie podążał śladem boginii technologii, która „no habla español” (nie mówi po hiszpańsku – E. Galeano).

Nie sposób, mówiąc o Ameryce Południowej, mówić o jednym tylko kraju. Zaczęłam od Boliwii, ale wszystkie Jej kraje są jak naczynia połączone. Bije w nich jedno serce, skolonizowanych i udręczonych. „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej” (Las venas abiertas de América Latina) to tytuł wspaniałej historii tego kontynentu, autorstwa Eduardo Galeano, urugwajskiego pisarza i dziennikarza. I, proszę mi wierzyć, Ameryka Łacińska ma otwarte żyły, od czasów Kolumba do dziś.

LATYNOSI

Mieszkańców tego kontynentu i krajów hiszpańskojęzycznych, leżących w obrębie kontynentu, a więc także w Ameryce Środkowej, popularnie nazywamy latynosami. Pisowania słownikowa z małej litery. Tak nam wygodnie. Wszyscy w jednym worku. Nazywamy tak tych z Meksyku, Gwatemali, Salvadoru, Belize, Hondurasu, Nikaragui, Kostaryki, Panamy, Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Chile, Argentyny, Boliwii, Brazylii, Gujany, Gujany Francuskiej Surinamu, Karaibów… Czy ktokolwiek zastanawiał się, czy ta nazwa kogoś nie obraża, albo czy ludzie tak nazywani życzą sobie tego?

Odpowiedź jest oczywista: Nie. Nikt nigdy o tym nie myślał, a ludzie tak określani czasami naprawdę sobie tego nie życzą. Być może to tolerują, ale nazwa latynos nie jest dla nich określeniem miarodajnym czy cokolwiek o nich mówiącym. Świadczy o unifikowaniu różnych plemion i nacji, które różnią się od siebie nie mniej niż Baskowie od Katalończyków. I naprawdę nie chodzi o wygląd. Latynosi, ciemna karnacja i oczy, kręcone włosy. Jakież to… prostackie i nadal niestety kolonialne.

Przymiotnik latynoski pochodzi od formy latino, która w języku hiszpańskim oznacza po prostu łaciński. Łaciński, to inaczej wywodzący się z kultury łacińskiej, której kolebką było Lacjum, starożytna kraina na ziemiach półwyspu Apenińskiego, gdzie posługiwano się językiem łacińskim, czyli lingua Latina, który następnie stał się językiem urzędowym Imperium Rzymskiego. Z łaciny z kolei wywodzą się języki: francuski, galicyjski, hiszpański, judeo-hiszpański (sefardyjski), kataloński, korsykański, portugalski, retoromański, rumuński, sardyński, waloński. Rozprzestrzeniona przez Kościół Katolicki, łacina dotarła również wraz z misjonarzami do krajów kolonizowanych, w tym do Afryki, Ameryk Północnej, Środkowej i Południowej.  Przydomek łaciński został więc nadany światu odkrytemu przez kolonizujących go głównie Hiszpanów i Portugalczyków, a skolonizowanym narzucono zarówno ubranie, jak i wiarę, łatwe do wypowiedzenia dla Europejczyka imiona i nazwiska, język i sposób myślenia.

Latynoskie jest zatem to, co znajduje swe podłoże w wyżej wymienionej kulturze. Człowiek zaś może być Latynosem na 2 sposoby: ze względu na pochodzenie i ze względów kulturowych. Generalnie wszystko i wszyscy, wywodzący się z Hiszpanii, Portugalii i Włoch są dla mnie Latynosami. Ale z racji na imperializm łaciński, jak i imperializm chrześcijański to wszystko nieco się komplikuje. Potomkowie Latynosów (czyli Hiszpanów, Portugalczyków itd.), jak i ich kultura panują obecnie na wielu obszarach kuli ziemskiej – między innymi w Meksyku, prawie całej Ameryce Centralnej i Południowej. Z tego też powodu kolektywnie nazywa się te ziemie „Ameryką Łacińską”. Przeciwko czemu nie mam zamiaru protestować, a jedynie pragnę zauważyć, że wszystko, co było tutaj przed najazdem Latynosów latynoskie nie jest – wywodzi się z kultury, nie mającej nic wspólnego z łacińską. [2]

W taki sposób napisał w swoim blogu o pojęciu latynos i tym, co dla nas „latynoskie” Mehualiztli z Ixachitlan*, ktoś, kto naprawdę wie, o czym mówi i ma rację. Dlatego nie zamieszczam tutaj innych obiegowych i pokutujących definicji omawianego pojęcia, ponieważ są NIEPRAWDZIWE.

* Obydwie nazwy pochodzą z języka nahuatl, używanego w Meksyku (stany Puebla, Guerrero, Hidalgo, Veracruz, Meksyk i inne), Stanach Zjednoczonych, Salwadorze, Gwatemali, Nikaragui przez około 1,8 mln mówiących (!), którego wszechpotężne Google nie rozpoznaje! Wikipedia w tym języku nazywa się Huiquipedia. A my po polsku mamy z języka nahuatl takie wyrazy jak: awokado, kakao, chilli, czekolada, kopal, kojot, guacamole, mezcal, ocelot, pulque, quetzal…

Pomyślcie więc czasem o Skradzionym Kontynecie, kiedy będziecie jeść czekoladę, lecąc do któregoś z „latynoskich rajów”.

* * *

Specyfika America del Sur, czyli Ameryki Południowej jest nam kompletnie nieznana. Mamy blade pojęcie o tym kontynencie i jego współczesnych problemach. Wybieramy się tam w egzotyczne podróże, zawsze z biletem powrotnym w kieszeni. Marzymy o czymś intrygującym, chwytającym za serce… Bardzo proszę.

Tak jak nie mamy pojęcia o wysiedleniach Masajów z Serengeti i Ngorongoro po to, by koloniści mogli w świętym spokoju i luksusie wyrzynać ich zwierzęta, niszczyć ich ziemie i ekosystem, napełniając kieszenie kacyków dewizami, tak nie mamy pojęcia o współczesnym wielopostaciowym niszczeniu Ameryki Południowej, odbywającym się w świetle dziennym, na oczach całego świata. W zgodzie z prawami napisanymi i przystosowanymi do sytuacji tak, by łatwej było zawłaszczyć ten kontynent, raz już skradziony, a teraz po raz kolejny przeżywający napaść współczesnych konkwistadorów.

Rdzenni mieszkańcy CAŁEJ Ameryki Południowej to dla „lepszej” części globu LOS NADIES. Można tłumaczyć jako NIKT lub NICZYI.

Los Nadies

Sueñan las pulgas con comprarse un perro
y sueñan los nadies con salir de pobres,
que algún mágico día llueva de pronto la buena suerte,
que llueva a cántaros la buena suerte;
pero la buena suerte no llueve ayer, ni hoy, ni mañana, ni nunca,
ni en lloviznita cae del cielo la buena suerte,
por mucho que los nadies la llamen
y aunque les pique la mano izquierda,
o se levanten con el pie derecho,
o empiecen el año cambiando de escoba
Los nadies: los hijos de nadie, los dueños de nada
Los nadies: los ningunos, los ninguneados, corriendo la liebre, muriendo la vida, jodidos, rejodidos:
Que no son, aunque sean.
Que no hablan idiomas, sino dialectos.
Que no profesan religiones, sino supersticiones.
Que no hacen arte, sino artesanía.
Que no practican cultura, sino folklore.
Que no son seres humanos, sino recursos humanos.
Que no tienen cara, sino brazos.
Que no tienen nombre, sino número.
Que no figuran en la historia universal, sino en la crónica roja de la prensa local.
Los nadies, que cuestan menos que la bala que los mata.

Eduardo Galeano, urugwajski historyk, pisarz i dziennikarz

—-

Niczyi

Śnią pchły z kupionym psem
i śnią Niczyi o ucieczce z ubóstwa
że któryś magiczny dzień przyniesie nagłe powodzenie
że rozleje się obfitość powodzenia
ale powodzenie nie spływa ani wczoraj, ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy
nawet mżawka powodzenia nie spada z nieba
tylko dlatego, że Niczyi go łakną
i choć swędzi ich lewa ręka
podniosą prawą stopę
albo rozpoczną rok zmieniając miotłę
Niczyi: niczyje dzieci, właściciele niczego
Niczyi: żadni, nieistniejący, biegnące króliki, umierający za życia, przeklęci, po trzykroć przeklęci
Którzy nie są nawet wtedy, gdyby byli
którzy nie mówią językami, tylko dialektami
Którzy nie wyznają religii, tylko przesądy
Którzy nie tworzą sztuki, tylko rękodzieło
Którzy nie tworzą kultury tylko folklor
Którzy nie są ludźmi, tylko zasobami ludzkimi
Którzy nie mają twarzy, tylko muskuły
Którzy nie mają imienia tylko numer
Którzy nie są wymieniani w historii świata, tylko w kronikach policyjnych lokalnej prasy
Niczyi, którzy nie są warci kuli, która ich zabija.

(przekład własny)

Są więc wysiedlani podstępem albo przemocą, traktuje się ich jak mało wartościowe przedmioty, są pozbawiani swojej tożsamości, przemianowywani, odcinani od korzeni i ziemi, na której żyli i rozwijali się od tysięcy lat. Na terenach, na których współcześnie egzystują, dominują interesy i koncerny, marionetkowe rządy ich państw, będące w kieszeniach tychże, podążają za biznesem, który rzekomo ma poprawić sytuację dręczonych. Naciski powodują, że Indian się terroryzuje, a ich samoobronę traktuje jak zamach na państwowość. Nie mają żadnych praw. Spychani do slumsów czy rezerwatów, zarażani chorobami, na które nie są odporni, przywleczonymi przez białych robotników, mrą jak muchy. Ich populacje zmniejszają się z kilku tysięcy do kilkuset przedstawicieli w ciągu zaledwie np. dwóch dekad. [3]

Albo z powodu klęski suszy umierają z głodu, a rodzice nie mogący wyżywić dzieci popełniają zbiorowe samobójstwa… [4]

Na ich ziemiach postępuje deforestacja, zacieśniają się pętle kręgów izolacji ledwie już oddychających plemion, buduje się gigantyczne tamy, dające horrendalne zyski energetycznym koncernom, niszcząc ludzi i zwierzęta. Odbiera się im prawo do istnienia wymazując ich z rejestru populacji, jak na Dominikanie. [5]

Pozostawieni bez ochrony, zyskując świadomość totalnego wykorzystywania i powszechnej manipulacji, zawiązują stowarzyszenia na rzecz obrony własnych interesów. Pomagają im w tym wykształcone jednostki z ich plemion lub tutejsi aktywiści. Nie jest to jednak łatwe. Są ścigani, oskarżani o zbrodnie, których nie popełnili, zamykani w więzieniach lub… giną w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach. Któż ma się przejmować „przestępcami”. Na ich miejsce przychodzą inni, ale działania na rzecz obrony ludów tubylczych Ameryki Południowej i jej najbiedniejszych, zepchniętych na margines mieszkańców, to walka z wiatrakami. Któż przejmowałby się Los Nadies.

Ludzie odcinani są od wody. Zagraniczne kapitały kupują ziemię, przez którą przebiegają wodociągi i ujęcia wody pitnej, a Indianie są zmuszani do horrendalnych opłat za korzystanie z nich. Protesty we wsiach i miasteczkach kończą się atakami policji na nieposłusznych protestujących i pacyfikowaniem miejscowej ludności w tym kobiet i dzieci. Ludzie tutejsi są zmuszani do niewolniczej pracy w kopalniach, gdzie wydobywane są minerały dla zachodnich koncernów, za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, bez żadnej ochrony, opieki prawnej czy lekarskiej. Tracą w nich zdrowie i niejednokrotnie życie, w warunkach technicznych dokładnie takich samych, jakie panowały tu przed stuleciami. Są nadal współczesnymi niewolnikami byłych kolonizatorów. Poniżani, bici, bezwartościowi. „Niewarci kuli, która ich zabija.”

BOLIWIA W OSTATNIEJ DEKADZIE

Opisywanie Boliwii, jej położenia i piękna, zostawiam biurom podróży, które sprzedają wycieczki. Boliwia jest magicznym miejscem, ale też miejscem, które niewyobrażalnie cierpiało i cierpi. Cierpią też ludzie tego miejsca.

2000 – NAWET DESZCZ

Globalna wioska chciała odebrać Boliwijczykom „nawet deszcz”. Problemu walki o wodę w Boliwii dotyczy m.in film w reżyserii Iciar Bollain pod tym własnie tytułem.

W wielkim skrócie: 4 września 1999 roku boliwijski rząd pod przewodnictwem byłego prezydenta Boliwii Hugo Banzera udzielił koncesji na sprzedaż wody konsorcjum kontrolowanemu przez amerykańską firmę Bechtel. Oddał więc w prywatne ręce międzynarodowej korporacji wodociągi z wodą pitną! Ceny za dostawy wzrosły dwukrotnie, a WODA dla wielu Boliwijczyków stała się droższa niż jedzenie. Rząd wprowadził licencję na korzystanie ze wszystkich źródeł, łącznie ze studniami publicznymi. Rolnicy musieli starać się o pozwolenie nawet na zbieranie deszczówki (!), ponieważ rząd zakazał jej gromadzenia. Na początku 2000 roku, w trzecim co do wielkości mieście Boliwii – Cochabamba, rdzenni Indianie wyszli na ulice, groźne zamieszki i protesty przypominały wojnę domową, która została nazwana La guerra del agua – Wojna o wodę i trwała od stycznia do kwietnia 2000 roku, gdy umowa z korporacją została anulowana. Strajki i zamieszki spowodowały wprowadzenie w kraju stanu wyjątkowego i rozszerzyły się na inne miasta. Kilkaset osób zostało rannych, było też kilka ofiar śmiertelnych. Sytuacja stała się na tyle poważna, że pracownicy Bechtela uciekli z okupowanej przez protestujących Cochabamby. Efektem zwycięstwa koalicji rolników, robotników przemysłowych oraz cocaleros (rolników uprawiających kokę) było objęcie prezydentury kraju przez ówczesnego lidera i kongresmena Evo Moralesa, pierwszego indiańskiego (Aymara) prezydenta Boliwii, który rządzi krajem od 2005 roku.

Tak wyglądała Wojna o wodę w Cochabamba…
http://wyborcza.pl/1,75515,8794302,Przeciw_prywatyzowaniu_wody.html

2003 – WOJNA O GAZ

W 2003 roku prezydent Boliwii Gonzalo Sánchez de Lozada ogłosił rządowy projekt eksportu do Stanów Zjednoczonych odkrytego w połowie lat 90. w departamencie Tarija gazu. Z Tarija gaz miał być transportowany do chilijskiego portu morskiego Patillos, stamtąd miał być przewożony na barkach do Stanów Zjednoczonych. Wydobyciem oraz transportem surowca zajmować się miało konsorcjum Pacii c LNG, w skład którego wchodziło m.in. British Gas, czy hiszpański Repsol. Wskutek realizacji tego projektu Boliwia miała stracić faktyczną kontrolę nad tymi złożami.

Ogłoszenie rządowych planów zmobilizowało indiańskie organizacje kierowane przez Felipe Quispe i Evo Moralesa do walki z państwem i rządem. Pierwsze masowe manifestacje miały miejsce 19 września 2003 roku. W dniu następnym miała miejsce pierwsza masakra manifestujących. W wyniku działań wojska w miejscowości Warisata oraz Ilabaya (Altiplano) zginęło pięciu Indian Aymara. Od tego momentu rozpoczęły się masowe manifestacje, strajki generalne, boliwijska gospodarka stanęła w miejscu. 12 i 13 października miały miejsce kolejne masakry manifestantów, zginęło co najmniej 25 cywilów i jeden żołnierz. Manifestacje i strajki objęły najważniejsze ośrodki przemysłowe w kraju: Cochabamba, Potosi, Oruro, Sucre, Santa Cruz. Ostatnie wielkie manifestacje odbyły się 17 października. W ciągu roku – od stycznia do października – zginęło ponad 110 osób, a rewolta zakończyła się zajęciem La Paz i obaleniem rządu. [6]

2008 – WOJNA O… WOLNOŚĆ

11 września 2008 roku w miejscowości El Porvenir w boliwijskim departamencie Pando grupa sympatyków prezydenta Evo Moralesa została zaatakowana przez zwolenników lokalnych władz. Grupa kierowała się w stronę Cobija, stolicy regionu, aby wziąć udział w manifestacji przeciwko jego prefektowi Leopoldo Fernándezowi, który obok innych prefektów Santa Cruz, Beni, Tarija i Chuquisaca, czterech z dziewięciu boliwijskich departamentów, tworzących tzw. Półksiężyc, sprzeciwiał się urzędującym władzom. Niechęć prefektów budził m.in. projekt nowej konstytucji, mający być poddany referendum 7 grudnia, oraz realizowane przez Moralesa reformy społeczne – alfabetyzacja, opieka medyczna i społeczna zwłaszcza dla marginalizowanej ludności indiańskiej. Z rąk działających na polecenie lokalnych władz najemnych paramilitarystów, głównie z Peru i Brazylii, zginęło ok. 30 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

Konfrontacja pomiędzy rządem centralnym a białą mniejszością i elitą rządzącą w bogatych w złoża gazu wschodnich departamentach, przerodziła się w otwarte walki pomiędzy zwolennikami Moralesa i lokalnymi bojówkami z ofiarami po obu stronach. Towarzyszyły im ataki na budynki publiczne, blokady dróg, lotnisk i przerywanie dostaw gazu. Działania prawicowych sił opozycyjnych sprzymierzonych z proto-faszystowskimi bojówkami były próbą wymuszenia uznania niekonstytucyjnych i separatystycznych autonomii regionalnych, sprzeciwem wobec nowej konstytucji, walką o zwrot podatku od wydobycia bogactw naturalnych, (którego 30% Morales przeznaczył na Renta Dignidad – 30-dolarowe bony dla osób w podeszłym wieku – łącznie ok. 200 mln dolarów) i otwartą akcją obliczoną na destabilizację rządu realizującego reformy zakładające redystrybucję bogactw Boliwii, co godzi w interesy bogatych regionów i tamtejszych oligarchii.

Elity, których rdzeń stanowi 100 najbogatszych rodzin, dzierżących w swoim ręku m.in. ponad 30 mln ha ziemi, zostały pokonane przez indiańskie rewolty w 2000 r. (tzw. wojna o wodę) i 2003 r., i „utraciły” w 2005 rząd centralny, który zamiast, jak do tej pory, służyć ich interesom, starał się niwelować historyczne, rasowe i społeczne nierówności Boliwii. (…)

Dla nich potwarzą jest samo istnienie prezydenta-Indianina, próbującego realizować tę „zmianę”. Mimo że czasem starają się mówić o sobie „metysi” (cholos), przedsiębiorcy i hacendados z Santa Cruz w rzeczywistości nie tolerują żadnego „mieszania ras”; to biali – k’aras – w dużej części potomkowie emigrantów z Niemiec czy Chorwacji. Rasizm zawsze był narzędziem ich dominacji. Również i dziś chętnie przenoszą konflikt o podłożu ekonomicznym na pole kulturowe. [7]

„Masakra (…) oraz przerażające sceny poniżania, zadawania bólu i cierpienia Indianom na placu miejskim w Sucre, na ulicach Santa Cruz przez bandy młodocianych faszystów mówią całej Boliwii, że biała mniejszość wie dobrze, jak wiele ma do stracenia: ich władza nie podlega więc negocjacji, ich prawo despotycznego rządzenia bierze się z koloru skóry, nie z obywatelskiego głosu. Biała mniejszość nie jest gotowa upowszechnić w jakikolwiek sposób tych przywilejów (…) ani tym bardziej poddać redystrybucji [swoich] własności i bogactw”. [8]

WIELKI BIZNES – MALI INDIANIE

Rdzenne ludy zamieszkujące region boliwijskiego Parku Narodowego Isiboro Secure (TIPNIS) ogłosiły rozpoczęcie programu manifestacji, jako środka oporu przeciwko budowie autostrady Villa Tunari – San Ignacio de Moxos, która przetnie boliwijskie departamenty Cocachamba i Beni.

Na początku maja 2011 roku boliwijski prezydent, Evo Morales podpisał umowę o współpracy w tym dziele z brazylijskimi instytucjami finansowymi i przedsiębiorstwami. Brazylijski Bank Rozwoju Ekonomiczno-Społecznego (BNDES) przekaże na budowę 306-kilometrowej autostrady 332 miliony dolarów (łączny koszt projektu to 415 mln dolarów) a głównym wykonawcą projektu będzie brazylijska firma OPA. Evo Morales podczas zorganizowanego w Boliwii w 2010 roku, Alternatywnego Szczytu Klimatycznego Ziemi zwrócił się do rdzennych ludów na całym świecie: „Przyroda, las i Wy nie jesteście na sprzedaż”. Myśl Moralesa została potwierdzona w nowej boliwijskiej konstytucji, której artykuł 352 podkreśla, że eksploatacja surowców mineralnych i duże projekty infrastrukturalne nie mogą być prowadzone w obrębie rodowych ziem indiańskich, bez konsultacji i uprzedniej zgody samych zainteresowanych. Lekceważąc zapisy konstytucyjne Evo Morales zaaprobował budowę drogi Villa Tunari – San Ignacio de Moxos, bez konsultacji z rdzennymi mieszkańcami, którzy zostaną dotknięci projektem. [9]

Między czerwcem i październikiem 2011 roku, ponad 2 tys. rdzennych mieszkańców Boliwii odbyło ponad 500-kilometrowy marsz, aby zmusić prezydenta kraju, Evo Moralesa, do wycofania się z budowy potężnej drogi przecinającej Park TIPNIS, zamieszkany przez ok. 12 tys. Indian z plemion Chiman, Yurakare i Moxenho. Większą część środków pod ten projekt wyłożył właśnie BNDES, dzięki czemu przedsięwzięcie miało w ogóle rację bytu. To jednak nie koniec: BNDES wyłożył także pokaźny ekwiwalent pieniężny pod wiele innych przyszłych przedsięwzięć, w tym budowę rozlicznych hydroelektrowni na wielkich rzekach w Brazylii, Peru, Gujanie i innych krajach. Wszystkie te projekty budzą gwałtowny sprzeciw i obawy o przyrodę, kulturę, środki utrzymania oraz środowisko życia lokalnych społeczności. Realizowane są także przy naruszaniu i łamaniu praw krajowych i regulacji międzynarodowych. Finansistów z BNDES jednak póki co, nie wiele to obchodzi: dzięki własnej lekkomyślności stają się awangardą nowej fali autorytaryzmu i naruszania praw człowieka w Ameryce Południowej. [10]

Marsz został zatrzymany w połowie września niedaleko Yucomo w prowincji Beni przez 500-osobowy oddział policji, oficjalnie po to aby zapobiec konfrontacji maszerujących z osadnikami, którzy będąc przeciwko dalszemu pochodowi, rozpoczęli nieopodal blokadę na moście San Lorenzo. (…)

Sytuacja wydawała się patowa. Nic jednak nie zapowiadało równie drastycznego finału jak ten, który rozegrał się w niedzielę 25 września (2011 r.). Dzień rozpoczął się stosunkowo spokojnie. Maszerujący odpoczywali na polu oczekując na efekty prowadzonych rozmów. (…) W trakcie rozmów, korzystając z koncentracji zebranych, oddziały policyjne zawiązały manewry obliczone, jak się później okazało, na otoczenie demonstrantów. Pod nadzorem dyrektora spraw wewnętrznych, Borisa Villegasa, o godzinie 16:30 funkcjonariusze rozpoczęli szybką i gwałtowną operację. Wielu obecnych zostało całkowicie zaskoczonych nagłym wkroczeniem policjantów, niektórzy spożywali jeszcze posiłek.

Funkcjonariusze bez ostrzeżenia prowadzili brutalną pacyfikację marszu. Obok pałek użyto gazu łzawiącego, który wywołał panikę i zamieszanie. Wśród zaatakowanych znalazł się jeden z prezesów parku TIPNIS, Fernando Vargas, przewrócony na ziemię i następnie pobity. Według relacji policjanci nie stosowali półśrodków: kopali Indian, krępowali im ręce sznurkiem a samym zatrzymanym zaklejano taśmą usta. Niektórym udawało się wymknąć z oblężenia, część znalazła schronienie w lesie. Ilość gazu i ogólna panika były tak wielkie, że wielu członków rodzin straciło kontakt z najbliższymi. Jeszcze w środę 28 września niektóre matki szukały własnych dzieci. Liczbę osób, które zaklasyfikowano jako ranne podczas zajść określono na poziomie czterdziestu. W nocy zmarło trzymiesięczne dziecko, prawdopodobnie w efekcie działania gazu łzawiącego. To jak dotąd, jedyna tragiczna ofiara akcji boliwijskiej policji.

Brutalnej pacyfikacji marszu towarzyszyły przypadki naruszenia podstawowej wolności prasy. Policjanci zabierali i usuwali kamery oraz aparaty fotograficzne dziennikarzom próbującym relacjonować przebieg wydarzeń. Jeszcze tuż przed interwencją funkcjonariusze próbowali nie dopuścić przedstawicieli prasy do obozu obrońców TIPNIS.

Zatrzymanych, i nierzadko skrępowanych uczestników marszu, wprowadzono do autobusów i samochodów ciężarowych. (…)

Od poniedziałku, dokładnie dzień po brutalnej interwencji policji, w wielu regionach Boliwii rozpoczęły się protesty i strajki głodowe w ramach solidarności z walczącymi o ochronę TIPNIS. W protestach wzięli udział studenci, obrońcy praw człowieka, organizacje kobiet, mieszkańcy wsi i ludność tubylcza. W najbardziej radykalnych hasłach padały oskarżenia: „Evo to jest rzeź” – to bezpośrednio do prezydenta Boliwii oraz: „Od wczoraj są mordercami swoich braci, wybrali ludobójstwo aby chronić własność prywatną, kontynuują swoje brutalne represje, pozwalając na dalsze zniewolenie przez hodowców koki”. (…)

Dzień po pacyfikacji marszu obrońców TIPNIS, Evo Morales ogłosił, że decyzja o budowie drogi Villa Tunari – San Ignacio de Moxos, które przetnie Park TIPNIS, zostaje tymczasowo zawieszona do czasu dokończenia narodowej debaty na ten temat. W międzyczasie mają również zostać zbadane zarzuty o tym, że konstrukcja drogi narusza Deklarację ONZ w sprawie ludności tubylczej, Międzynarodową Konwencję Organizacji Pracy ILO’169 oraz Najwyższy Dekret 22610, który nakłada w tym przypadku obowiązek konsultacji z Indianami Chiman, Yurakare i Moxenho, rdzennymi mieszkańcami TIPNIS. Boliwijski prezydent zapowiedział także konieczność przeprowadzenia referendum w departamentach Beni i Cochabamba, czyli w tych prowincjach w obrębie, których powstanie planowana droga. (…)

Park Narodowy Isiboro Secure, według spisu z 2001 roku, jest zamieszkany przez 6351 Indian Chiman, 1809 Yurakare oraz 4228 Moxenho, co w sumie daje prawie 12,5 tysiąca rdzennych mieszkańców. Indianie obawiają się, że w przypadku naruszenia struktury parku poprzez budowę drogi, w ciągu kolejnych 20 lat dojdzie na jego terenie do masowej deforestacji, kolonizacji oraz inwazji hodowców koki. Zdaniem prezesa CIDOB, Adolfo Chaveza będzie to początek końca kultury i bezpieczeństwa rdzennych mieszkańców z obszaru TIPNIS. Jak zauważa emerytowany prezes Towarzystwa Inżynieryjnego, Gonzalo Maldonaldo, konstrukcja drugiego odcinka planowanej drogi, doprowadziłaby do otwarcia tej części boliwijskiej Amazonii na poszukiwania ropy naftowej i innych surowców naturalnych. [11]

W środę 19 października 2011 roku, Indianie z Parku Narodowego Isiboro-Secure (TIPNIS) w towarzystwie ruchów społecznych i autochtonicznych, po 65 dniach marszu dotarli do stolicy Boliwii La Paz.

Już w piątek (21.10), dwa dni po przybyciu marszu do La Paz, Evo Morales zapowiedział wycofanie z budowy drogi przez park TIPNIS. Wszystko to w momencie gdy 100 protestujących rozbiło obóz pod pałacem prezydenckim. Kwitując swoją decyzję, po wielu miesiącach nacisków i pomówień pod adresem maszerujących, Morales powiedział: „A więc sprawa jest rozwiązana”.

Przedstawicieli Indian z TIPNIS, Fernando Vargas, przyjął z ostrożnością obwieszczenie Moralesa: „To dobry sygnał, ale musimy porozmawiać z prezydentem i przeanalizować kilka tematów”. Decyzja Moralesa nie oznacza całkowitego wycofania się z planów budowy drogi w boliwijskiej Amazonii, ale takiego jej wytyczenia, aby ominęła obszar parku TIPNIS. Podkreślając status quo terytorium, Prezydent Boliwii zarzekł się przy tym, że inne projekty rozwojowe także będą prowadzone poza obszarem parku TIPNIS.

Wcześniej, Evo Morales, sam pochodzący z ludu Aymara, przez długi czas występował pod sztandarem ochrony środowiska i praw rdzennych mieszkańców, organizując nawet w La Paz Alternatywny Szczyt Ziemi w 2010 roku. Jego bezkompromisowe stanowisko i postawa wobec Indian z TIPNIS, wraz z represjami z 25 września, znacznie podważyły jego wcześniejsze deklaracje. Co więcej, pomimo ustępstw względem Indian z TIPNIS i zapisów w boliwijskiej konstytucji, które sam podpisał, Morales nadal wykazuje antagonistyczne nastawienie wobec prawa konsultacji z rdzenną ludnością. W czwartek 20 października, podczas konferencji zorganizowanej przez koncerny naftowe, boliwijski prezydent powiedział, że konsultacje z rdzenną ludnością są stratą czasu i pieniędzy. [12]

WOJNA SAMOCHODOWA

Prezydent Evo Morales uznaje, że prawo do samochodu jest prawem człowieka. Czyni to jednak w dość jednoznacznej sprawie, dotyczącej… masowych kradzieży aut z Chile. W prowincji Challapata w rejonie Oruro, graniczącej z Chile, można tanio kupić samochód terenowy… „pozyskany” z tego dość znienawidzonego przez Boliwijczyków kraju (m.in z powodu tzw. wojny o Pacyfik – 1879-1884, w wyniku której Chile odebrało Boliwii dostęp do Oceanu). Takie auta można w Boliwii legalnie zarejestrować! Chilijska prokuratura żąda od Boliwii zwrotu 1489 skradzionych samochodów, które zostały sprzedane za granicę, ale boliwijski urząd celny odpowiada, że odda tylko te auta, która nie zostały legalnie zarejestrowane (około 1400).

W czerwcu 2011 r. parlament Boliwii wydał kontrowersyjną decyzję o amnestii, dzięki której legalnie zarejestrowano wszystkie samochody terenowe, płacąc jedynie niewielki mandat. Nowi nabywcy aut mieli czas do września i skorzystali z nadarzającej się okazji: do urzędu wpłynęło 70 tys. wniosków o zalegalizowanie samochodów, w większości pochodzących z przemytu, a Skarb Państwa zarobił w ten sposób 134 miliony euro.

Takie rozwiązanie sprawy spotkało się z oburzeniem Chile oraz innych krajów graniczących z Boliwią, czyli Paragwaju, Argentyny, Peru i Brazylii. Ich władze na co dzień muszą mierzyć się z problemem kradzieży samochodów wysokiej klasy, trafiających na boliwijski czarny rynek, gdzie bardzo łatwo zaopatrzyć się w sfałszowane dokumenty. Innym rynkiem odbioru aut jest Paragwaj, gdzie kupowane są pojazdy z Brazylii i Argentyny.

Prezydent Boliwii, Evo Morales, wyraził zadowolenie z ogłoszonej amnestii, stwierdzając, że „każdy z nas ma prawo mieć swój samochód”, a samochody terenowe kupują „ubodzy ludzie”, chcący „poprawić swój status”. W świetle tej wypowiedzi na paradoks zakrawa fakt, że głównym rynkiem odbioru aut w kraju jest Santa Cruz, najbogatszy region Boliwii. Morales bronił prawa do masowej legalizacji tuż po dymisji szefa policji, którego prasa przyłapała na prowadzeniu skradzionego samochodu terenowego.

W czasie, kiedy w Boliwii ogłoszono amnestię, chilijska telewizja publiczna wyemitowała reportaż ukazujący bezkarność gangów kradnących auta i fałszujących tablice rejestracyjne, by następnie sprzedać samochody w regionie Challapata. Ta mała gmina położona w Andach, blisko granicy, jest ważnym odbiorcą chilijskich samochodów terenowych, gdzie za 7000 euro można kupić BMW z otwieranym dachem. Autorzy programu informowali, że w Chile giną cztery samochody na godzinę (nie wszystkie trafiają do Boliwii) i że gangi mają zwyczaj wymieniać auta na kokainę.

Podczas gdy boliwijski rząd zapewnia, że wzmocnił kontrole na granicy w celu walki z kontrabandą samochodów, sąsiednie kraje domagają się zwrotu około 8 tys. pojazdów. [13]

PIEKŁO POTOSI

Fot. Eduardo Manchón – Miners en Potosi – Górnicy w Potosi, internet

W latach 1545 i 1558 odkryto żyzne kopalnie srebra Potosi w Boliwii działające do dziś, i także te z Zacatecas i Guanajuato w Meksyku; proces amalgamowania rtęci pozwolił na wykorzystanie niższej jakości srebra, rozpoczął się w tym samym czasie, a „gorączka srebra” szybki przyćmiła „gorączkę złota”. W połowie XVII wieku srebro pokrywało ponad 99 procent eksportu minerałów „Hiszpańskiej Ameryki”.

Szacunkowe dane podają, że od XV wieku w kopalniach srebra w Potosi zginęło… kilkanaście  milionów ludzi. Pierwszymi robotnikami byli tu niewolnicy indiańscy, a potem afrykańscy. W Potosi nie ma ani prawa ani bhp. Oprzyrządowanie kopalni jest stare i zbutwiałe, brakuje profesjonalnego sprzętu i zabezpieczeń. Wybuchy dynamitu zasypują chodniki i… górników. Rocznie z powodou eksplozji i osunięć ziemi ginie tu około 30 osób. Górnicy Potosi nie mają związków zawodowych, które zapewniałyby im ciepłe posiłki i talony na lodówki. Pracują na własną rękę, organizują własny sprzęt, materiały wybuchowe kupują na bazarze lub w sklepie obok kopalni. Ich zarobek stanowi to, co uda się wydobyć, pomniejszony o opłaty wnoszone na rzecz właściciela kopalni, podatki, składki, wynajem maszyn od kopalni. Ale w Cerro de Potosí nie ma już srebra, ani złota, zostało tylko trochę cynku i cyny. Średni wiek górnika w Potosi to 40 lat. Żyją, pracują i umierają w piekle, na własnej ziemi i ziemi swoich przodków, W Boliwii.

Świeżo upieczony górnik, często jeszcze 14- lub 15-letni chłopiec przez pierwszy rok pracuje jako pomocnik. W zamian otrzymuje małe wynagrodzenie, lecz oddaje wszystkie znaleziska swojemu mistrzowi. W drugim roku oddaje 50% kopaliny, a zysk ze sprzedaży pozostałej połowy ląduje w jego kieszeni. W trzecim roku, z reguły, zdobywający doświadczenie górnik dokonuje kilku inwestycji, nabywa niezbędny sprzęt, dynamit, mistrzowi oddaje już tylko 15%, a zdecydowana większość tworzy jego zysk. Górnicy z czteroletnim doświadczeniem pracują w pełni na własny rachunek, wówczas średnie zarobki kształtują się na poziomie 3000 Bs, czyli około 350 euro. [14]

SŁUŻBA ZDROWIA?

W drodze powrotnej siostra Marysia, która w Boliwii mieszka od 15 lat, opowiadała wiele szokujących faktów.  Siostra Marysia pracowała 8 lat jako pielęgniarka i wie dużo na temat fatalnego stanu służby zdrowia w Boliwii. Mówiła, że za czasów prezydencji poprzednika Evo Moralesa, amerykańskie firmy w zamian za surowce, przekazywały Boliwii ogromne ilości środków antykoncepcyjnych. Przychodniom przekazywano informacje, że dziewczynki muszą być szczepione na tężec, a w rzeczywistości podawano im zastrzyki sterylizujące. Były także przypadki eksperymentów z różnego rodzaju szczepionkami, które podawano w za dużych dawkach, i zamiast bronić wywoływały daną chorobę. W boliwijskich szpitalach dochodzi także do sterylizacji kobiet po porodzie bez ich wiedzy. Kiedy lekarz ma dokumentację 10 takich zabiegów, może wyjechać na specjalizację np. do Argentyny. [15]

* * *

Stany Zjednoczone nie cierpią z powodu problemu wyżu demograficznego, ale martwią się, jak nikt inny, jak upowszechniać i egzekwować planowanie rodziny. Nie tylko rząd, ale także Rockefeller i Fundacja Forda cierpią koszmary z powodu milionów dzieci, które mnożą się jak szarańcza na horyzoncie Trzeciego Świata. Platon i Arystoteles poruszali tę kwestię przed Malthusem i McNamarą; Jednak w naszych czasach, cała ta powszechna ofensywa pełni ściśle określoną rolę: ma uzasadnić bardzo nierówny podział dochodów między krajami i klasami społecznymi, ma przekonać biednych, że ubóstwo jest wynikiem posiadania zbyt dużej liczby dzieci i położyć tamę zaawansowanej furii mas w ruchach i buntach. Wewnątrzmaciczne urządzenia konkurują z bombami i odłamkami w Azji Południowo-Wschodniej, używanymi w celu powstrzymania wzrostu ludności Wietnamu. W Ameryce Łacińskiej jest to bardziej higieniczne i skuteczne – zabijać partyzantów w łonach, niż w górach lub na ulicach. Różne północnoamerykańskie misje wysterylizowały tysiące kobiet w Amazonii, choć jest to najbardziej pustynna strefa zamieszkania na planecie. W większości krajów Ameryki Łacińskiej, ludzi się nie oszczędza: nie. Brazylia ma 38 razy mniej mieszkańców na kilometr kwadratowy niż Belgia, Paragwaj – 49 razy mniej niż Anglia, Peru – 32 razy mniej niż Japonia. Haiti i El Salvador, latynoamerykańskie ludzkie mrowiska, mają gęstość zaludnienia mniejszą niż Włochy. Preteksty obrażają inteligencję: prawdziwe intencje zapalają oburzenie. W końcu więcej niż połowa terytoriów Argentyny, Boliwii, Brazylii, Chile, Ekwadoru, Paragwaju i Wenezueli jest nie zamieszkana! Żadna ludność Ameryki Łacińskiej nie wyrasta wolniej niż w Urugwaju, kraju starych, a jednak żaden inny naród nie został tak ukarany, w ostatnich latach, w wyniku kryzysu, który wydaje się przekraczać ostatni krąg piekła. Urugwaj jest pusty, a jego żyzne prerie mogłyby wyżywić populację nieskończenie większą niż ta, która dzisiaj cierpi na swojej ziemi tak dojmującą nędzę. [16]

KOKA

Koka zabija głód, pozwala zapomnieć o zmęczeniu i koi cierpienia, ułatwia mieszkańcom Boliwii i Peru przezwyciężać chorobę wysokościową. Jej właściwości znane były już 7 tys. lat temu. Zwyczaj żucia liści koki nazywa sie acullico i jest praktykowany od wieków przez rdzenną ludność regionu Andów. Zwinięty w kulkę liść umieszcza się między policzkiem a szczęką. Kokę żuje w Boliwii każdy i przez cały czas. KOKA TO NIE KOKAINA, ale niestety… koncentrat z liści służy do jej produkcji. Wymaga to bardzo dużych ilości roślinnego surowca (zawartość alkaloidów kokainy w koce waha się pomiędzy 0,5 i 1,0 procent). Po raz pierwszy kokaina została wyizolowana z koki dopiero w 1860 i była używana przez kraje Zachodu do produkcji leków i napojów do początku XX wieku. [17]

Picie napojów z liści koki i żucie świeżych liści jest religijnym zwyczajem rdzennej ludności zamieszkującej obszar Andów, datowanym na setki lat przed erą Inków (XV w.), kiedy państwo kontrolowało produkcję i dystrybucję koki, używanej w rytuałach oraz jako środek pobudzający, z którego korzystali głównie górnicy. Do wyprodukowania 1 kg kokainy potrzeba około 45 kg suszonych liści koki!

Jej legalna uprawa w Boliwii jest dość kontrowersyjna dla świata. Ruch cocaleros, hodowców koki, popiera Evo Moralesa, który zakazał niszczenia upraw koki, uznanej za „dobro narodowe Boliwii”, a jednocześnie podjął walkę z prawdziwymi handlarzami narkotyków. Nie jest to mile widziane przez USA, które w latach 80. rozpoczęły walkę z narkobiznesem w Ameryce Łacińskiej i wcześniej aktywnie działały na terenie Boliwii w celu zwalczenia upraw tej rośliny. Jako „spadkobierca prekolumbijskiej kultury” Morales wskazuje, że kokaina nie jest wymysłem Boliwijczyków i, że od setek lat służyła im w pracy i w obrzędach.

W latach 80. w okresie kryzysu gospodarczego, uprawa koki stanowiła często jedyne źródło dochodu w Boliwii dla wielu indiańskich rodzin. W tym czasie w regionach La Paz i Yungas uprawy te zostały zalegalizowane przez państwo (jako surowiec niezbędny przy produkcji coca-coli), ale w departamencie Chapare pozostały nie zarejestrowane. W połowie lat 80., znów z inicjatywy USA, rejon nielegalnej uprawy został zmilitaryzowany przez oddziały antynarkotykowe, które stosowały rozmaite represje wobec protestujących chłopów, chroniących swoje źródło dochodu. Taki stan rzeczy – ustawiczne łamanie praw człowieka i praw własności – trwał bardzo długo, co sprzyjało powstawaniu zbrojnej i politycznej opozycji, której wyrazicielem był MAS – Movimiento al Socialismo (Ruch na rzecz Socjalizmu). Kiedy w 1999 roku wprowadzono tzw. Plan Dignidad, jako nowy etap walki z narkohandlem, oraz prawo nr 1008, które dawało możliwości rozwiązań siłowych w Chapare, ludność miejscowa została automatycznie wyjęta spod prawa. Członkowie ruchu cocaleros byli już nie tylko rolnikami, ale też handlarzami narkotyków, a nawet terrorystami narkotykowymi, łączonymi z kolumbijską guerillą. [18]

Państwa andyjskie są największymi producentami kokainy na świecie. Boliwia jako trzeci na świecie producent narkotyków forsuje więc politykę „zero kokainy, ale nie zero koki”. W 2007 areał legalnych upraw koki, które może posiadać rolnik na własny użytek, został zwiększony z 12 tys. do 20 tys. hektarów. W kwietniu 2010 roku Evo Morales spotkał się z Władimirem Putinem, który w imieniu Rosji zgodził się pożyczyć Boliwii 100 mln dolarów na zakup helikopterów do walki z przemytnikami, w zamian za korzystne porozumienia dotyczące dostaw gazu! [19]

Podobno w Boliwii niemal każdy dom jest zaopatrzony w sprzęt do przetwarzania koki…

HANDEL LUDŹMI I PROSTYTUCJA

Niektórzy eksperci szacują, że każdego roku z Ameryki Łacińskiej do Stanów Zjednoczonych i Europy przywozi się 200.00/500.000 kobiet.

W Republice Dominikany prostytuuje się 50.000 kobiet, będąc do usług turystów seksualnych, którzy każdego roku przybywają do tego miejsca. [20] Według Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM), prawie 70.000 Dominikanek jest zaangażowanych w przemysł seksualny za granicą. Większość z nich jest zmuszana do prostytucji przez przemytników imigrantów. Handlarze zwabiają kobiety fałszywymi obietnicami pracy i wywożą je nielegalnie do innych krajów takich jak Hiszpania, Holandia, Włochy, Niemcy, Szwajcaria, Argentyna i pobliskich krajów karaibskich. [21]

Oblicza się, że w Brazylii jest 100.000 dzieci, które mieszkają i pracują na ulicy, z których wiele jest  wykorzystywanych seksualnie. [22] Istnieje także handel: dziewczyny ze slumsów są wysyłane w odległe rejony górnicze, gdzie są wykorzystywane seksualnie przez górników. Każdego miesiąca w Meksyku prawie 100.000 dzieci i nastolatków trafia w sieci dziecięcej prostytucji, kierowanej przez mafię lub grupy przestępczości zorganizowanej. [23]

Szacuje się, że w Kolumbii każdego dnia sprzedawanych jest dziesięć kobiet i aktualnie zagranicą jest 500.000 kolumbijskich kobiet i dzieci ofiar wykorzystywania seksualnego i przymusowej pracy. Ponieważ sytuacja wewnętrzna pogarsza się, coraz więcej kobiet i dzieci zostaje wciągniętych w handel ludźmi, ponieważ próbują opuścić kraj w poszukiwaniu lepszych warunków życia. [24] Według ostatnich raportów medialnych, na Kostaryce, jedynie w mieście San Jose ( jeden z celów turystów seksualnych przyjeżdżających z Ameryki Północnej), [25] prostytuuje się 3.000 kobiet i dziewcząt.

W Wenezueli prostytucją zajmuje się ponad 40.000 dzieci. Około 24.000 dzieci jest przemycanych z Boliwii do północnego Chile, do Argentyny lub Brazylii.

GANGI,  NARKOTYKI i CLEFEROS

Szacuje się że w samym La Paz działa 850 gangów, choć oficjalne źrodła podają liczbę 250. Czym zajmują sie gangi w Boliwii? Tym samym, czym na całym świecie…

Cleferos – uzależnieni od kleju, to głównie młodociani, mieszkający na ulicy. Wąchacze kleju. Ich głównym zajęciem jest sprzedaż kleju, kradzieże, rozboje. Mogli znaleźć się na ulicy z powodu przemocy domowej i ucieczki z domu rodzinnego lub żyją tak, bo nie mają innego wyjścia.  Większość, jeśli nie wszyscy, przyszli na ulicę z sierocińców, gdzie przebywają zwykle do 14 roku życia, a po osiągnięciu tego wieku są zmuszani do opuszczenia placówek. Uzależnieni, bez wykształcenia, pomocy, pracy, rodziny… Pozostaje im więc ulica.  Cleferos biorą też marhuanę i kokainę, zależy na co mają pieniądze. W Cochabamba szacuje się ich liczbę na 1000, z czego podobno 600 to nieletni. Ludzie obawiają się ich, nierzadko zdarzają się sytuacje, kiedy tłum atakuje cleferos podejrzanych o dokonanie przestępstw. Dochodzi niemal do linczów, jak na tym zdjęciu z Cochabamba.

Chłopi prawie zlinczowali wąchaczy kleju oskarżonych o rzekome morderstwo
http://www.lostiempos.com/multimedia-galeria-detalle.php?id_galeria=100&base=2010#20

BOLIWIA

Boliwia to jeden kraj, ale to kraj w którym Wschód nie spotyka się z Zachodem. W wielkim uproszczeniu kraj podzielony przez politykę, konflikt interesów i geografię. Andyjski Zachód o surowym górskim klimacie osadzony jest w tradycji inkaskiej, jest indiański, biedny i lewicujący. Amazoński Wschód, przyklejony do Brazylii, jest tropikalny, bujny, bogaty, prawicowy i… Biały. Na zachodzie Indianie walczą o swoje prawa, a na bogatym w ropę i gaz Wschodzie kwitnie Santa Cruz, nazywane boliwijskim Miami. Boliwijczycy z zachodu to górale – colla (pogardliwie), a mieszkańcy Wschodu to camba – przyjaciele [26]. W Santa Cruz są drogie sklepy, dyskoteki, bary i rasizm. Czarne oczy i włosy nie są tam dobrze widziane, „miejsce” Indian jest w górach, a życie pisze również historie miejscowych Romeo i Julii, którym rodziny zabraniają wchodzić w związki z tymi „gorszymi” z Zachodu. Biali Boliwijczycy narzekają na nieróbstwo nie-białych i na to, że wyciągają tylko ręce po pieniądze, ci drudzy oskarżają pierwszych o swoją biedę i pogłębiającą się przepaść między skrajną nędzą a niewyobrżalnym bogactwem. Wschód i zachód żyją w innym krajobrazie, klimacie i tradycji. Na wschodzie króluje „Półksiężyc” – departamenty częściowo autonomiczne – Pando, Beni, Santa Cruz, Tarija, a zarazem bogaci prawicowi latyfundyści, na zachodzie zmęczone twarze górników z Potosi i Oruro…

BOLIWIA nie jest krainą moich marzeń, ale Boliwijczyków chciałabym mieć zawsze po swojej stronie. Walczą o swoje, a rządy muszą zmieniać decyzje, koncerny odpuszczają, korporacje dostają w tyłek. Gdyby tak mogło być w Polsce, choćby tylko przez jeden dzień.

W tekście wykorzystałam obszerne fragmenty z serwisu Borduna; informacje zaczerpnęłam także z wielu innych stron internetowych i blogów, do których zamieszczam linki w przypisach do tekstu. Dzięki mądrym ludziom, którzy pisali o sytuacji w Boliwii, miałam możliwość zebrania wszystkich tych informacji. Z racji zainteresowań wplotłam również do tekstu swoje refleksje i przemyślenia dotyczące sytuacji w tym kraju. Nie uzurpuję sobie pierwszeństwa do prawdy, chciałabym tylko, by zza kolorowych wakacyjnych zdjęć wyłoniła się odrobina rzeczywistości i aby Boliwia przestała być utożsamiana z jedynym miejscem na Ziemi, dokąd można uciec od cywilizacji i gdzie można żyć w rajskich warunkach. 

Serdeczne podziękowania dla wszystkich, dzięki którym mogłam napisać tek tekst. Inspiracją były teksty:

Mehualiztli z Ixachitlan, Dawida Słupika, Macieja Wiśniewskiego, Adolfo Gilly, Anety Popiel i Michała Brauna, Eduardo Galeano, Karoliny Walęcik, Natalii Janowskiej, Donny M. Hughes, Eleny Azoli i Diego Cevallosa, Oli Plewki-Szmigiel i wielu innych, do których nazwisk nie dotarłam, za co serdecznie przepraszam.

Przypisy

 [1] 25.10.2012 Prezydent Evo Morales wcielił w życie akt prawny o nazwie Prawo Matki Ziemi oraz Integralny Rozwój dla Dobrego Życia. Zakłada on całkowity zakaz importu, obrotu i uprawy GMO na terenie całego kraju.

[2] http://ixachitlan.pl/kategorie/nazewnictwo

[3] http://amazonicas.wordpress.com/2012/05/28/o-wyniszczeniu-2000-indian-waimiri-atroari/

http://amazonicas.wordpress.com/2012/11/06/bilans-przemocy-i-przesiedlen-w-kolumbii/

[4] http://amazonicas.wordpress.com/2012/01/30/770/

[5] http://amazonicas.wordpress.com/2011/12/05/dominikana-bez-ludnosci-tubylczej/

[6] Dawid Słupik, Ewolucja sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej Boliwii 1952–2009 w: Studenckie Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, SZKICE O PAŃSTWIE I POLITYCE, TOM II, UNIWERSYTET ŚLĄSKI, KATOWICE 2012, s. 135-136

[7] Za: Maciej Wiśniewski http://monde-diplomatique.pl/LMD32/index.php?id=10

[8] Adolfo Gilly, „Racismo, dominación y revolución en Bolivia”, [w:] La Jornada, 23 września 2008.

[9]http://amazonicas.wordpress.com/2011/06/02/indianie-boliwijskiej-amazonii-zagrozeni-projektem-infrastrukturalnym/

[10] http://amazonicas.wordpress.com/2011/11/15/podwojny-jezyk-banku-swiatowego/

[11] http://amazonicas.wordpress.com/2011/09/30/policja-brutalnie-rozbila-marsz-indian-w-obronie-tipnis/

[12] http://amazonicas.wordpress.com/2011/10/29/budowa-drogi-przez-tipnis-anulowana/

[13] http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/swiat/wojna-samochodowa,1,5026393,wiadomosc.html

[14] http://www.questformore.com/Ludzie/Praca-w-piekle

[15] Za: Aneta Popiel i Michał Braun http://boliwia.redblog.echodnia.eu/2008/12/26/198/

[16] Eduardo Galeano, Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej, Wstęp: sto dwadzieścia milionów dzieci w centrum burzy, s. 9

[17] Za: Karolina Walęcik http://www.krytykapolityczna.pl/node/10156/feed-items

[18] Za Natalia Janowska:

http://www.touch.uni.lodz.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=94&Itemid=105

[19] http://www.americalatina.republika.pl/konflikty.html

[20] The Protection Project, 2002 Human Rights Report.

[21] „Trafficking In Women from the Dominian republic for Sexual Exploitation”, International Organization for Migration, June 1996, also „DOMINIAN REPUBLIC PROSTITUTION IOM denounces forced prostitution od  Dominian women”, EFE News Sernice, 24th September 2002.

[22] Donna M. Hughes, Factbook on Globar Sexual Exploitation.

[23] Elena Azola and Diego Cevallos, „Sterole At Age 12, AIDS At 14”, IPS, 10 February 1998

[24] „New IOM Figurek on the Globar Scale of Trafficking”, Trafficking In Migrants – Quarterly Bulletin, April 2001 24 (http://www.iom.int//DOCUMENTS/PUBLICATION /EN/tm_23.pdf, 30.07.02).

[25] The Protection Project, 2002 Human Rights Report

[26] Za: Ola Plewka-Szmigiel: http://latinoamerica.pl/chiquitania-nieznana-twarz-boliwii/ – forma używana w czasach kolonialnych w Brazylii na określenie czarnych niewolników z Angoli.

Listopad 8, 2012

Wielki biznes – mali Indianie

Reblogged: http://www.facebook.com/Neurokultura

Trwają prace nad trzecią co do wielkości zaporą na świecie. Brazylijska Belo Monte to jednocześnie potężna hydroelektrownia. Gdy w grę wchodzą gigantyczne pieniądze, nikt nie będzie przejmował się mieszkańcami terenów, na których konstrukcja powstaje. Projekt ten jest równoznaczny z zalaniem 400 000 akrów terenu Puszczy Amazońskiej i pozbawieniem domów rdzennej ludności – plemienia Kayapo.

Walczymy o nasz naród, nasze ziemie, nasze lasy, nasze rzeki, nasze dzieci i chwałę naszych przodków. Walczymy również o przyszłość świata, bo wiemy, że lasy te są potrzebne ludności tubylczej, jak i społeczeństwu Brazylii i całego świata. Tamy oznaczają zniszczenie naszego narodu – mówi wódz Raoni.

Wysiedlenia ludności amazońskiej z terenów, które mają zostać zalane w wyniku budowy zapory Belo Monte.

Może jeszcze nie jest za późno. Poniżej znajdziecie link do polskiej strony, na której znajduje się petycja do brazylijskiego rządu.

http://www.raoni.com/podpis-petycji-przeciw-belo-monte.php

Wrzesień 29, 2012

LA VIDA LOCA

MIEĆ TEORIĘ TO ZBYT WIELE…

Tekst został zainspirowany filmem dokumentalnym „La Vida Loca” – „Postrzelone życie” (2008 r.) w reżyserii Christiana Povedy, zastrzelonego w Salwadorze w 2009 roku, filmem fabularnym „Sin Nombre” – „Ucieczka z piekła” (2009 r.) w reżyserii Cary’ego Fukunagi i historią Juana Manuela Cerezo, byłego przywódcy jednej z klik Mara 18, zamieszczoną w blogu Un perro belga.

Słowo gang, po hiszpańsku „la pandilla”, pochodzi od słowa „panda” = grupa przyjaciół, spotkanie ludzi. To zwykle grupa osób, które czują związek, posiadają bliskie kontakty, wspólne ideały czy filozofię, co prowadzi do działań grupowych, które mogą wahać się od wspólnego imprezowania do wspólnego popełniania aktów przemocy i przestępstw. Na początku terminem „la pandilla” określano robotników, ale z czasem nazwa ta zyskała odcień negatywny, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, ponieważ była popularnie używana w odniesieniu do band i grup dokonujących aktów przemocy. Utarło się więc używać tego terminu jako synonimu organizacji przestępczej. W niektórych krajach, takich jak Salwador, Honduras i Gwatemala, synonimem słowa pandilla jest termin „mara”.

Schemat organizacyjny mara
źródło: Internet, Ponencia D. Nelson Arriaga y D. Pedro Gallego.pdf, str. 8

Wewnątrz mara istnieją różne stopnie hierarchii: „Mero Mero” lub „Big palabra” (Wielkie słowo), Gran Mister, Mister, weteran lub członek la base dura (rdzeń mara złożony z najstarszych członków do zadań hard core), nowicjusz, aspirant i sympatyk/zwolennik. Przywódcy w mara na różnych poziomach są powiązani z ich odpowiednikami w innych krajach i to oni planują, co będzie realizować grupa. Ponieważ większość przywódców/liderów znajduje się przez większość czasu w więzieniach, wszystkie ich działania są sterowane poprzez sieć powiązań z więzień. Są np. regularnie odwiedzani przez przedstawicieli innych gangów, którzy zostawiają instrukcje, w jakie przestępstwa określone grupy muszą się zaangażować.

Podstawową jednostką mara jest klika (clica), która składa się przeważnie z 25-50 członków, niektóre kliki przekraczają tę liczbę, jengas* zaś to grupy nadrzędne,  złożone z trzech lub więcej klik (clicas), których przywódcy tworzą Zarząd Krajowy. Zidentyfikowane poziomy członkostwa są nazywane w różny sposób przez policję różnych krajów, choć często oznaczają to samo. Najważniejszy w mara jest „Gran Mister” – przywódca, którego zastępcą jest „Mister”. Obaj są chronieni przez wybraną grupę członków z la base dura. Przywódca określa poziom działalności przestępczej i funkcje poszczególnych klik, a jego osobiste cechy znajdują odzwierciedlenie w działalności grupy. Wielu wierzy, że przywódcy są najbardziej odważni, śmiali czy brutalni w grupie i właśnie ze względu na te cechy są wybierani, chociaż nie jest to prawdą we wszystkich przypadkach. Niektórzy przywódcy nie noszą nawet tatuaży, pracują i nawet cieszą się w społeczności lokalnej pewnym prestiżem. Obecnie w większości gangów ulicznych przywództwo jest efemeryczne, następuje duża rotacja członków, a stopień spójności grupy jest umiarkowany. Kodeksy postępowania istnieją raczej jako retoryka i są często łamane. Wiele gangów ulicznych stanowi luźne kliki lub sieci powiązań, ale nie łączy ich zbyt wiele.

Weterani to głównie członkowie la base dura. Tworzą kliki złożone z osób zajmujących się najtrudniejszymi zadaniami. Są zwykle najstarsi, większość jest wypróbowana i otrzymała ciężkie wyroki za poważne przestępstwa, prezentują liczne tatuaże, wielu z nich na twarzy. Wykonują polecenia pochodzące przeważnie z „samej góry”, głównie od przywódców, mogą należeć do „Grupy Szoku”, zajmować się logistyką czy finansami lub nadzorem. Są zazwyczaj najbardziej bezwzględni i brutalni. Nie mają rodzin, nie uczą się ani nie pracują, spędzają większość czasu z grupą. Jeśli w trakcie pobytu w mara nie udało im się zostać przywódcami albo szefami klik, pełnią funkcję doradców, uczestnicząc we wszystkich działaniach grupy, znani są też jako bracia (carnales / hermanos carnal) lub koronowani (coronados). Aby zostać uznanym członkiem la base dura lub weteranem, należy zdobyć prestiż w oparciu o działania, które przynoszą najwyższe uznanie, czyli zabójstwo członka konkurencyjnego gangu, zabójstwo policjanta, skazanie za przestępstwo popełnione przez innego członka gangu itd.

Nowicjusze to ci, którzy są pod wpływem gangu, zostali zaakceptowani albo rytualnie „ochrzczeni” jako członkowie gangu (mareros). Mają pseudonimy, mały tatuaż i zaczynają się uczyć od „opiekuna” (członek la base dura) języka migowego i słownictwa używanego w grupie. Nadal nie mają reputacji i prestiżu.

Kandydaci i zwolennicy to najczęściej ludzie młodzi, którzy mieszkają w dzielnicach, w których działa mara. Na ogół są przyciągani do grupy obietnicami przyjaźni i opieki, pomocy w trudnych chwilach, wsparcia finansowego  Kandydat do gangu lub jego zwolennik ma ciągły kontakt z członkami mara, zaczyna być rozpoznawany pod swoim pseudonimem i pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy zostanie mu zaproponowany „chrzest”.

Tradycyjny „chrzest” kandydata przystępującego do gangu, to 13- (w MS) lub 18-sekundowe (w M18) bicie przez innych członków gangu, podczas którego nie wolno się bronić. Po takiej akcji jest się przyjętym do mara. Jeżeli kandydatką jest kobieta, „chrztem” jest bicie przez inne kobiety z gangu lub zlecenie dokonania przestępstwa, czasem jest to także uprawianie seksu. Kobiety są wykorzystywane w gangu do rozprowadzania narkotyków, przenoszenia ich na tereny więzień oraz przekazywania informacji, bywają też przynętą do zwabienia ofiary lub zajmują się paserstwem. Te zintegrowane z gangiem otrzymują ochronę, ale też przestrzegają zasad i decyzji mężczyzn. Ich rola zmieniła się od czasów powstania mara. Kiedyś były tylko narzeczonymi lub przekazywały informacje, dzisiaj biorą czynny udział w działalności grup, nierzadko są bardziej brutalne niż mężczyźni.

Współistnienie w mara

  • Jeśli usuwasz znak dzielnicy (tatuaż) wypłatą jest śmierć.
  • Jeśli zranisz lub zabijesz ziomka bezprawnie z jakiegokolwiek powodu, musisz ponieść odpowiedzialność. Jeśli próbujesz uciekać – twoją zapłatą jest śmierć.
  • Jeśli z jakiegoś powodu obrazisz dzielnicę, dostaniesz lanie i musisz czyścić kurtkę. (musisz się oczyścic i zasłużyć na nowo ???)
  • Jeżeli ziomek z dzielnicy zostanie zabity przez członka innego gangu, należy odnaleć sprawcę. Jeśli go się nie znajdzie, trzeba zabić dwóch członków z tego gangu, który zabił ziomka.
  • Od czasu kiedy jesteś w dzielnicy – „wskoczyłeś”, musisz nosić tatuaż przynależności.
  • Jeśli zdezerterujesz z dzielnicy – twoją zapłatą jest śmierć.
  • Ziomek nie może „sprzedać” innego ziomka.
  • Ziomek, który zdradza mara, dostaje śmierć.
  • Kiedy ziomek podnosi broń albo kurtkę innego ziomka, powinien to robić przy dwóch świadkach.
  • Polecenia przywódcy się wykonuje a nie kwestionuje.
  • Przestrzega się  godziny spotkania członków mara i nie wolno jej ujawniać.
  • Nie przypomina się „złej” przeszłości innego ziomka.
  • Ziomek musi prosić przywódce mara o zgodę na usunięcie tatuażu.
  • Szef kliki ma prawo do korzystania z dochodów pochodzących z działalności ziomków.

 źródło: Internet, Ponencia D. Nelson Arriaga y D. Pedro Gallego.pdf, str. 11

Tatuaże są oznaką ochrony, zdrowia, szczęścia, mogą zawierać prośby o dostatek, pieniądze, o miłość, dobrobyt, władzę nad innymi itp. Najczęściej wykorzystywane przez członków gangów są: inicjały La Mara, np MS (Mara Salvatrucha), M-18 (Mara 18), czaszki, łzy, serca przebite strzałą, nagie kobiety, pazury zwierząt, pajęczyny i inskrypcja: „Wybacz mi matko moje szalone (postrzelone) życie: urodzony, aby umrzeć”, „Dla mojej dzielnicy żyję, dla mojej dzielnicy umrę”, „Ku pamięci ziomali”, „Wielka dzielnica”, „Osiemnasta ulica” itp. Te tatuaże są zazwyczaj wykonane przez „taggera” (z ang. projektant graffiti), który jest bardzo zaufanym członkiem gangu i ma duży prestiż, również jako jedyny, za zgodą przywódcy, ma uprawnienia do wykonywania zabiegów. Niemniej jednak, obecnie, członkowie gangów z klasy średniej lub wyższej zwracają się do wyspecjalizowanych ośrodków tatuażu.

Stosunki między gangami i społecznością, w której funkcjonują, są bardzo skomplikowane. Gangi nie są odizolowane od dzielnic, w których działają. Członkami gangu są rodzice, znajomi, sąsiedzi i dzieci, ale też nie wszyscy należą do gangu. Mieszkając w tych dzielnicach, normalni ludzie cierpią z powodu działalności gangu, są narażeni na przypadkowy postrzał, na utratę życia, policja traktuje wszystkich jak członków gangu. Programy profilaktyczne, które chcą „wyplenić” gangi, nie rozumieją złożoności sytuacji tych wspólnot, a rządowa polityka „żelaznej ręki” wobec dzielnic opanowanych przez mara, bardziej zachęca do przynależności niż ułatwia powrót do normalnego życia.

Maras w Ameryce Południowej i Środkowej działają w Salwadorze, Hundurasie, Gwatemali, Peru, Panamie, Dominikanie, Kostaryce, Meksyku…

Mara 18

Handel narkotykami, napaści, podpalenia, napady, porwania, wymuszenia, handel bronią, handel ludźmi, kradzieże, zabójstwa, nielegalna imigracja, nielegalny hazard, fałszerstwa, oszustwa… stowarzyszeni z Mafią meksykańską, ponad 60.000 członków na całym świecie. Najwięksi rywale: Mara Salvatrucha i Sureños. Powstała w latach 60.

La Mara 18, inaczej Dieciocho lub „Osiemnastka” to gang z 18. Ulicy, znany również w Ameryce Środkowej jako M18, Calle 18 (calle = ulica), Barrio 18 (barrio = dzielnica), La18 lub Mara 18. Wieloetniczna i ponadnarodowa organizacja przestępcza, która rozpoczęła działalność w Los Angeles. Jest uznawana za największy ponadnarodowy gang w LA, szacuje się, że istnieją tutaj dziesiątki tysięcy jego członków. Ich szeroko zakrojone działania i wysoki status przykuły uwagę FBI, DEA, służb imigracyjnych i celnych, które zainicjowały na szeroką skalę naloty na znanych i podejrzanych o różne przestępstwa członków gangu, dając efekt setek aresztowań w całym kraju. FBI udokumentowało blisko 65.000 aktywnych członków gangu działających w 120 miastach w 37 stanach USA.

„Osiemnastka” rozpoczęła działalność na terenie dzielnicy Rampart w LA. Istnieją sprzeczne informacje co do obszaru działania, ale większość źródeł podaje 18. Ulicę i Union Avenue. Z początku była to część gangu Clanton 14, ale zmierzała do oderwania się od „14” i stworzenia własnej kliki. Wniosek ten został odrzucony przez Clanton 14, co doprowadziło do powstania niezależnego gangu 18. Ulicy.

Na początku w dużej mierze „Osiemnastka” składała się głównie z drugiego pokolenia latynoskich imigrantów. Zaczęła walkę o wpływy z bardziej znanymi latynoskimi gangami, co doprowadziło również do rekrutowania członków spoza społeczności latynoskiej. W ten sposób stała się jednym z pierwszych wielorasowych, wieloetnicznych gangów w LA. Większość klik „Osiemnastki” działa w południowej Kalifornii, co jest wynikiem migracji członków gangu do innych obszarów, gdzie ustanawiają własne kliki. Członkowie gangu z Los Angeles są bardziej szanowani niż ci z innych obszarów. Poza terytorium USA „Osiemnastka” działa w Meksyku, Salwadorze, Hondurasie, Gwatemali, Kanadzie, Australii.

„Osiemnastka” jest gangiem o proweniencji meksykańskiej, została prawdopodobnie stworzona przez Chicanos (obywatele meksykańscy mieszkający na terenie USA), którzy nie zostali przyjęci do istniejących gangów amerykańskich. Jej członkowie identyfikują się z numerem 18 na swoich ubraniach, noszą również odzież niektórych drużyn sportowych. W swoich graffiti a także w tatuażach używają symboli: XV3, XVIII, 666, 99, (9 +9 = 18) i 3-kropek 1. Ich kolory to czarny i niebieski. Niebieski reprezentuje Sureños 2, najstarsze gangi z dzielnic Południowej Kalifornii, a czarny to kolor całego gangu. Członkowie „Osiemnastki” są czasami określani jako „Dzieci Armii” z powodu rekrutacji swoich  członków w szkołach podstawowych i gimnazjach.

W Salwadorze członkowie „Osiemnastki” wyróżniają się tatuażami nie tylko na ciele, ale głównie na twarzy, zwykle jest to duża cyfra „18”, w wielu przypadkach tatuaż obejmuje całą twarz. Charakterystycznym elementem tatuażu jest łza na policzku przy zewnętrznym kąciku oka. Może ona oznaczać liczbę popełnionych morderstw. Łza może być wypełniona lub pusta wewnątrz i obwiedziona konturem, wtedy zaznacza się w niej punkty, jedna może symbolizować nawet 10 zabójstw.

Członkowie „Osiemnastki” są zobowiązani do przestrzegania ścisłego kodeksu zasad moralnych obowiązujących w gangu. Nieprzestrzeganie poleceń przywódcy lub nieokazanie właściwego szacunku dla innego członka gangu, może skutkować 18-sekundowym biciem, lub poważniejszymi konsekwencjami.

1 3 kropki – opis znaku części Mara Salvatrucha

2 Sureños (po hiszpańsku „Południowcy”), Sureñas dla kobiet, to grupy gangów, które rozpoczęły działalność w 1968 roku, ale sam termin nie był używany do lat 70. z powodu konfliktu między mafią meksykańską a Nuestra Familia w kalifornijskich więzieniach, który spowodował, że gangi latynoskie z Kalifornii przyłączyły się albo do „Sureños” albo „Norteños” (Północni). Kiedy Sureño jest pytany, co oznacza bycie Sureño, bez wyjątku odpowiedź brzmi: „Sureño to żołnierz Mafii Meksykańskiej”. Sureños posługują się liczbą 13, która reprezentuje trzynastą literę alfabetu, czyli literę M, w celu podkreślenia wierności mafii meksykańskiej (podobnie jak Mara Salvatrucha). Typowe oznakowanie Sureños w graffiti tatuażach to:  Sur, XIII, x3, 13, Sur13, uno Tres, Trece i 3-kropki. W wielu częściach kraju identyfikują się kolorem niebieskim i szarym czy noszeniem odzieży sportowej (podobnie jak Mara 18) niektórych  zespołów. Większość Sureños jest pochodzenia latynoskiego, ale niektóre gangi Sureños pozwalają przyłączać się innym grupom etnicznym, tworząc społeczność wielonarodowościową  Najważniejsze są szacunek i lojalność, a ich naruszenie może spowodować śmiertelny odwet. Są rywalami „Osiemnastki”.

XXX

Rzeczywistość …

„Sytuacja na ulicy w Gwatemali jest tak trudna, że jak tylko się ruszysz, trafią cie cztery razy w głowę.” Juan Manuel Cerezo (Gwatemala, 1984) wie to bardzo dobrze. Ruszył się i dostał osiem. Cztery na ulicach w swojej dzielnicy, a drugie cztery w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Hollon w Gwatemali podczas zamieszek. „Ale to się opłaciło” – mówi. Pierwsze posłużyły mu, aby umocnić się wewnątrz M-18 w dzielnicy Boca de Monte, w stolicy Gwatemali (Gwatemala City), pozostałe cztery, aby uświadomić sobie, że był w błędzie. „Gangi są teraz krwawe i okrutne. Nie mają żadnych zasad: zabijają, gwałcą, handlują narkotykami”. Coś, co nie zdarzało się w latach 90., kiedy Juan Manuel postanowił wejść do jednego z nich ze strachu przed szkolnymi łobuzami. Miał wtedy 13 lat, mieszkał  ze swoimi dziadkami i cierpiał z powodu opuszczenia przez ojca i pobić przez innych członków gangu.

Teraz jego głowa ma cenę, a jego ciało pokrywa mozaika tatuaży. „Kiedy opuszczasz mara, zdobywasz nowego wroga: twoją własna mara” – mówi.

Według danych policji i Biura FBI ds. Ameryki Łacińskiej w Waszyngtonie (WOLA), w Gwatemali istnieje ponad 60.000 członków gangu gotowych zabijać i oddać swoje życie dla mara. Ta liczba, która jest taka sama w przypadku Nikaragui, w Meksyku osiągnęła poziom 30.000 członków gangu a w Salwadorze 13.000. Mara Salvatrucha jest największa. Mara 18 jest następna ze względu na znaczenie. Gangi mają reprezentacje w 11 z 23 departamentów Gwatemali i są powszechne w prawie wszystkich dzielnicach stolicy.

„Tatuaże są znakiem rozpoznawczym dla członków gangu, ale także ich zgubą, kiedy chcą wyjść z tego świata.” Fot. http://unperrobelga.blogspot.com/

Żelazna ręka czy reintegracja?

Zarówno siły rządowe jak i różne organizacje społeczne szukają sposobów rozwiązania tej mody, powszechnej wśród większości młodych ludzi w dzielnicach miejskich i najuboższych wsiach. Rząd Gwatemali wybrał rządy żelaznej ręki, instytucje społeczne drogę reintegracji. Organizacja Navarra ONAY działa na rzecz wzmocnienia profilaktyki szkół wiejskich w całym kraju i stworzenia centrum szkolenia o nazwie KINAL w slumsach otaczających ogromne wysypisko śmieci w Guatemala City, jednym z najbiedniejszych regionów Ameryki Łacińskiej.

„W gangu znajdują rodzinę, której w domu nigdy nie mieli.”
Fot. http://unperrobelga.blogspot.com/

„Gangi są okrutne i krwiożerczeJuż nie mają zasad: zabijają, gwałcą i handlują narkotykami”

Juan Manuel, były lider jednej z klik gangu M-18, mieszka w ukryciu, z okaleczonym ramieniem i z córką „cztery lata i cztery miesiące”. Wraca do życia. Tatuaże na całym ciele go zdradzają. „Moja przeszłość mnie prześladuje. Przez wiele nocy budzę się z twarzami ludzi, których zabiłem” – wyznaje zawstydzony i przestraszony, że na jakimś rogu ulicy ktoś go rozpozna.

Wystarczy, że odczytają wytatuowane na szyi po angielsku słowa: osiemnaście, uzasadniające strzał w piersi. Jego mara składała się z 40 członków, z których przeżyło tylko jeszcze czterech. „Nie doczekam 30” – przewiduje. Towarzyszą mu statystyki. Istnieje około 5000 zabitych rocznie w jego kraju, 34 młodych ludzi zabitych w ciągu miesiąca, jak informują różne lokalne organizacje pozarządowe.

W tym kontekście, mara wyrosła jako reakcja nastolatków na przemoc. Ponad 12 lat wojny domowej w Salvadorze, 20 lat wojny domowej w Nikaragui zalało ulice bronią lekką a uprzywilejowane położenie geograficzne w Ameryce Środkowej przekształciło to miejsce w strategiczne dla handlu narkotykami.

„Każdy nosi broń. Ja obciążam odpowiedzialnością San Salvador za zakup karabinów szturmowych AK-47 dla moich ludzi. Po 6500 dolarów za trzy” – wspomina Juan Manuel.

W tych latach widział śmierć setek dzieci w swojej dzielnicy, w tym samym tempie jak przybywali nowi członkowie gangu deportowani z USA. Z nimi przyszła nowa moda z latynoskich dzielnic Bronxu.

„Gangi w Salwadorze zostały stworzone przez Salwadorczyków, którzy przebywali w USA i przynieśli przemoc z amerykańskich ulic do Ameryki Środkowej, rozprzestrzeniły się jak zaraza.” Fot. http://unperrobelga.blogspot.com/

Cztery lata u steru

„Latynosi nie mogą nosić długich włosów ani ubierać się na czerwono czy purpurowo. Wszystkie nasze pseudonimy wymyślamy po angielsku, żeby nas nie rozpoznali” – mówi Juan „Ręczny”, podwijając rekaw koszuli, żeby pokazać tatuaż z przydomkiem Gasper.

To samo imię, pod którym był przywódcą gangu przez cztery lata. „Gdy jesteś przywódcą, cały świat jest do twojej dyspozycji, możesz kogoś zabić, obrabować bank lub zaangażować nowego dilera dla dzielnicy i wiesz, że wszystko będzie zrobione.” Czy te lata pozostaną w jego pamięci jako najbardziej krwawe. „Mieliśmy do czynienia ze społecznym oczyszczeniem rządu, które wystrzelało ulice” – zaznacza, aby uzasadnić zakup granatów, karabinów i pistoletów.

W tym czasie otrzymał pierwszy impuls, jaki był potrzebny do opuszczenia gangu. Widział śmierć swojego drugiego syna, zaledwie kilkumiesięcznego, z powodu narkotyków, jakie palił w domu. „Moja żona używała heroiny, ja cracku. Mieliśmy dziecko, które zmarło w ciągu kilku tygodni. Byłem tym, który go zabił, coś, czego nigdy sobie nie wybaczę. Zacząłem czuć nienawiść do gangu, nienawiść do prochów, nienawiść do życia” .

Jednak nadal kontynuował rządy w swojej dzielnicy, Boca de Monte, aż do 2005, kiedy został aresztowany i osadzony w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Hollon w Escuintla. „Zostałem aresztowany w Dzień Ojca. Spędziłem tam dziewięć miesięcy, żeby zdać sobie sprawę, że powinienem zmienić swoje życie” – mówi podtrzymując lewe ramię.

Podczas miesięcy spędzonych w więzieniu kontynuował dowodzenie w dzielnicy przez telefon komórkowy. Stamtąd kontrolował handel narkotykami i uzyskiwał pieniądze, które potem przekazywał żonie, aby nakarmić swoich dwoje dzieci. W więzieniu zapadały wszystkie decyzje. Jeżeli maras zdecydują obrabować bank, tam każdy przywódca wie, jaką rolę odegra jego gang. „Niektórzy zaopatrują w broń, inni dostarczają samochody, inni nieletnich. Gang, który nie zareaguje, wie, że przywódca w więzieniu zapłaci za to życiem.” Ale Juan Manuel nie zawiódł swojej kliki. To były rywalizujące gangi, Salvatrucha, ci którzy zagrażali jego życiu.

„Istniało porozumienie między gangami, żeby rozsadzić więzienie, ale podczas zamieszek Mara Salvatrucha zrobiła zasadzkę. Zabito 22 z moich ludzi. Wybuchały granaty, strzelano z karabinów. To była rzeźnia” – wspomina. W sumie ponad 60 osób zginęło w zamieszkach, w których Juan Manuel widział swoich towarzyszy osłaniających się przed kulami ciałami innych zabitych. „Wtedy zrozumiałem, że w najtrudniejszych momentach, jesteś sam. Nie istnieje braterstwo. Mara nie jest tak naprawdę mara” – powtarza i pokazuje tatuaże, które są związane z tamtymi czasami. Jeden z nich przedstawia płaczącego klauna za kratkami.

„Jeśli opublikujesz moje zdjęcie w Gwatemali, znajdą mnie i zabiją, ale w życiu trzeba wybierać między zostawieniem śladu lub byciem niezauważonym. Ja już wybrałem: publikuj je.” Fot. http://unperrobelga.blogspot.com/

Głęboka depresja

Nie zabili go, ale ponownie dostał cztery postrzały, jeden w łokieć. „Nikt nie zabrał mnie do szpitala. Sami zszyli moje rany i zostałem przeniesiony do innego więzienia.” Otarł się śmierć i wpadł w głęboką depresję. Zdecydował zostawić wszystko. Opuścił więzienie i poświęcił się żonie i córce. „Wynająłem żołnierza, żebym mógł wrócić na ulicę.” Wszystko było inne dla Gaspara. Jego żona chciała go widzieć jako przywódcę, nie interesował jej jako murarz i jego gang ostrzegał go, żeby nie igrał ze swoim życiem. „W końcu, moja żona odeszła do Meksyku z ewangelickim pastorem, który odwiedzał nasze mieszkanie i zostawiła mnie samego z czteroletnią córką Lidią. Teraz żyję z nią, ukryty przed moimi ludźmi i rywalizującymi gangami. Chcę zrobić licencjat i poświęcić się obronie praw człowieka” – marzy głośno. Chociaż jest pewien, że nie doczeka trzydziestki. Nie zna członka gangu w tym wieku.

„Chcę tylko, żeby moja córka dorastała z kimś u jej boku, z kimś, kto będzie ją kochał”. Juan Manuel wie, że jest widocznym śladem na mało ruchliwej drodze. Jest mało doświadczeń zreintegrowanych członków gangów, a jeszcze mniej przywódców, którzy porzucili wszystko. Organizacja ONAY stara się iść z duchem czasu w swoich projektach edukacyjnych, które byłyby odpowiednie w roku 2012, kiedy młodzi Gwatemalczycy mają jeszcze marzenia. W projekcie KINAL to osiągnęła: ponad 750 studentów rocznie kończy szkołę.

Juan Manuel Cerezo chce, aby jego świadectwo, od tej chwili obiegło cały świat. „Jeśli opublikujesz moje zdjęcie w Gwatemali, znajdą mnie i zabiją, ale w życiu trzeba wybierać między zostawieniem śladu lub byciem niezauważonym. Ja już wybrałem: publikuj je.”

http://unperrobelga.blogspot.com/

XXX

Mara Salvatrucha 

Handel narkotykami, rozboje, kradzieże samochodów, wymuszenia, handel ludźmi, nielegalna imigracja, pranie brudnych pieniędzy, morderstwa na zlecenie, stręczycielstwo, porwania, handel bronią. Ponad 80.000 członków na całym świecie, majątek – więcej niż 150.000 dolarów, stowarzyszeni z mafią meksykańską, kartelami Sinaloa, La Familia Michoacana. Najwięksi rywale: kartel meksykański Los Zetas (w stanie wojny z Sinaloa) i Mara 18. Powstała w latach 80.

Mara Salvatrucha (w skrócie MS, Mara, i MS13) to organizacja ponadnarodowa powiązanych gangów, która powstała w latach 80. w Los Angeles i rozprzestrzeniła się na inne regiony Stanów Zjednoczonych, Kanady, Meksyku, Ameryki Środkowej (Gwatemala, El Salvador, Honduras), Południowej (Peru) oraz Hiszpanii. Działa także w Azji i na Dalekim Wschodzie. Większość gangów jest etnicznie powiązana z Ameryką Środkową (Gwatemalczycy, Salwadorczycy i mieszkańcy Hondurasu) i jest aktywna na obszarach miejskich i podmiejskich. Trzeba zauważyć, że jedyne kraje Ameryki Środkowej, którym udawało się trzymać przez pewien czas z dala od tego ruchu, to Nikaragua i Kostaryka, chociaż ostatnio sytuacja uległa zmianie, a mara zakorzeniła się również na ich terenie.

Istnieje spór o etymologię nazwy Mara Salvatrucha. Niektóre źródła podają, że grupa nosi nazwę „La Mara”, od nazwy ulicy w San Salvador, i partyzantki salwadorskiej z okresu wojny domowej (1980-1992) zwanej „Salvatrucha”. Źródło to wydaje się jednak niewiarygodne, ponieważ w San Salvador nie istnieje ulica o podanej nazwie, a partyzantka salwadorska to Narodowy Front Wyzwolenia im. Farabundo Marti (FMLN – Frente Farabundo Martí para la Liberación Nacional) i nigdy nie nosiła żadnej innej nazwy. Przypuszcza się, że pierwszy człon nazwy „mara” może pochodzić od „marabunta”, rodzaju żarłocznych mrówek, ale ten gatunek mrówek pochodzi z kolei z Brazylii i nie jest powszechny w Salwadorze. Salvatrucha może być też połączeniem słów Salwadorczyk i „trucha” (pstrąg) co w slangu oznacza „bycie czujnym”, chociaż jest rzadko używane w mowie potocznej w Salwadorze w tym kontekście.

Bardziej prawdopodobne jest, że „mara” jest synonimem terminu „la pandilla” = grupa przyjaciół, który zyskał negatywny odcień i zaczął oznaczać „gang”, a „Salvatrucha” pochodzi od używanego przez pewien czas terminu „salvatrucho”, który stanowił obraźliwe określenie od „Salvadoreño” (Salwadorczyk). Ponieważ Salwadorczycy należący do gangu zaliczyli samych siebie do wyrzutków społecznych, mogli przyjąć taką nazwę, ale biorąc pod uwagę jedynie popularny slang używany w tym kraju, Mara Salvatrucha = pandilla salvadoreña, czyli po prostu gang salwadorski. Co do 13, badacze Al Valdez i Tony Rafael, sugerują, że może to być związane z przyjęciem MS13 do meksykańskiej mafii, która narzuca ten numer wszystkim sprzymierzonym, a M jest 13 literą alfabetu i oznacza również w skrócie mafię.

Mara Salvatrucha w pierwszym okresie swego istnienia miała za zadanie ochraniać imigrantów z Salwadoru, którzy przybywali do USA podczas trwającej wojny domowej. Przypuszczalnie zaczęło się od przemocy i pogardy, z jaką byli  oni traktowani w nowym kraju przez inne nacje i istniejące już gangi. Mieli więc dość złego traktowania i wykorzystywania, i postanowili stworzyć własne ugrupowanie, które chroniłoby ich interesy. Tak powstała Mara Salvatrucha, czyli MS13, jedna z najbardziej brutalnych i największych latynoamerykańskich struktur mafijnych na świecie. Rozprzestrzenianie się działań przestępczych MS w USA spowodowało liczne aresztowania i deportacje jej członków do krajów pochodzenia. Tym sposobem gangi niejako „wróciły” do Ameryki Środkowej i Południowej, aby tam rozwijać swoją działalność  Trafiły na podatny grunt. Do ubogich dzielnic, do ludzi bez teraźniejszości i przyszłości.

MS13 zyskała ogromną popularność w USA. Podstawową przyczyną była chęć konsolidacji sił i oparcie, jakie mogła dawać w trudnej sytuacji życiowej. Przynależność do gangu dla społeczności skazanych na życie jako obywatele trzeciej kategorii nowego kraju, była nobilitacją. Siła gangu zapewniała bezpieczeństwo i opiekę wszystkim, którzy jej potrzebowali. Była nową rodziną dla tych, którzy mieli kłopoty w domach, doznali opuszczenia, zaniedbania, wobec których stosowana była przemoc i wszelkiego rodzaju nadużycia czy wykorzystywanie.

Członkowie Mara Salvatrucha wyróżniają się tatuażami pokrywającymi czasami całe ciało, które często obejmują twarz, posługują się własnym językiem migowym i mają własny kodeks moralny, najczęściej używanym gestem jest znak rogów diabła. Wśród projektów tatuaży znajdują się litery MS, napis Salvatrucha, diabelskie rogi, nazwa swojej grupy, trzy kropki (oznaczają „La Vida Loca”: to trzy miejsca związane z życiem marero (członka gangu)  – więzienie, szpital, cmentarz; MS13 ma układ kropek dwie w jednej linii u góry i jedna jako podstawa, tak samo jak M18, która rysuje swój znak odwrócony wertykalnie.

Zwyczaj tatuowania, który w początkach działalności gangu był bardzo często stosowany,  został powoli zarzucony, aby uniknąć identyfikacji podczas działań przestępczych. W grudniu 2007 CNN podało, że gang odchodzi od widocznych tatuaży, aby nie zostać rozpoznawanym podczas popełniania przestępstw.

Mara Salvatrucha ma bardzo brutalny kodeks moralny. Ich motto brzmi: „Żyjesz dla gangu albo umierasz dla gangu”, jak raz znajdziesz się wewnątrz, nie masz wyjścia. Ci, którzy rozmawiają z policją po aresztowaniu, giną po zwolnieniu, zabijani są przywódcy, którzy nie uzyskują pożądanych wyników, członkowie, którzy usuwają tatuaże (to znaczy tacy, którzy wyrzekają się mara), ci, którzy próbują odejść lub odważyli się opuścić gang.

Gangi chętnie używają broni dużego kalibru, pistoletów, strzelb, karabinów AK-47 i M16, także noży czy maczet. Kiedy atakują, chcą być pewni, że nikt nie pozostanie przy życiu. Ofiary mają zwykle wielokrotne postrzały, głównie w głowę, niejednokrotnie ciała są rozczłonkowane i porzucone w różnych miejscach. Ściągają haracze nazywane też podatkami. Wymuszenia zwykle realizują nowi członkowie, a czasami kobiety, a niezapłacenie skutkuje zniszczeniem mienia albo śmiercią osoby, która odmawia.  Szacuje się, że organizacja wymusza 18 milionów dolarów rocznie.

***

W Ameryce Środkowej i Południowej, które są obecnie głównym terenem działalności maras,  członkami gangów zostają zazwyczaj ludzie młodzi między 12 a 21 rokiem życia, którzy rzadko dożywają trzydziestki. Przychodzą do gangu w poszukiwaniu wsparcia lub rodziny, bardzo duży procent nastolatków w Ameryce Środkowej jest w jakiś sposób powiązany maras. Niestety, poczucie bezpieczeństwa w mara jest od dawna tylko złudzeniem. Ich działania nie opierają się już na solidarności ze współbraćmi czy niesieniu pomocy imigrantom. Członkowie gangów są brutalnie wykorzystywani do wzajemnego zabijania się i prowadzenia przestępczej działalności lub wojen na rzecz silnych organizacji. Są żołnierzami, których udział w gangu sprowadza się do zarabiania pieniędzy dla przywódców. Maras stanowią swoistą piramidę, której podstawą jest biedota ze slumsów, oddająca życie za krezusów stojących na jej szczycie. Retoryka stosowana przez lokalnych liderów, głównie hasła o miłości do dzielnicy i rodzinie, mają w rzeczywistości ukrywać realny obraz hydry i jej strukturę, w której szeregowi członkowie pracują niewolniczo na rzecz najbogatszych na świecie karteli, napełniając ich konta niewyobrażalnym bogactwem.

Broń, która ich zabija i służy im do zabijania innych, narkotyki, wyniszczające ich organizmy, ich gwałcone matki, żony i córki, nie mają nic wspólnego z frazesami, kodeksy moralne, których przestrzegają, są zbiorem treści przeznaczonych do skutecznego manipulowania nimi, tatuaże straszą, ale również śmieszą, od dziesięcioleci ogłupiani i oszukiwani są w sytuacji bez wyjścia.

Naprawdę mają tylko LA VIDA LOCA.

Dane dotyczące las maras zostały zaczerpnięte z hiszpańskojęzycznej Wikipedii,  blogów, prasy, zdjęcia: internet i blog Un perro belga.

%d blogerów lubi to: