Archive for ‘Absurdy’

Styczeń 28, 2015

Współcześni „ludo-żercy”, czyli jak się ma turystyka

Słowo turystyka pochodzi z języka francuskiego (tour), przyjętego także w angielskim i oznacza wycieczkę lub podróż, zakładającą powrót do punktu wyjścia. Jest to dziedzina usług dla ludności pomocna w realizowaniu tzw. przestrzennej ruchliwości, związanej z dobrowolną zmianą miejsca pobytu, środowiska i rytmu życia. Określa współczesny styl życia, jest sposobem poznawania świata,  daje możliwość odpoczynku, relaksu, regeneracji sił, poprawy stanu zdrowia, wspiera rozwój gospodarczy i społeczny regionów turystycznych. Udział w turystyce jest efektem realizacji potrzeb współczesnego człowieka, które określają cel i motywację do podjęcia powiązane z określoną wartością.

Obecnie jednak pojęcie to zostało rozszerzone do definicji przemysłu turystycznego. Zatem jest to gałąź związana z produkcją dóbr i usług wymagająca określonej infrastruktury. Istotne są na tym polu wszelkie działania związane z przekształcaniem przestrzeni i przystosowywaniem jej do potrzeb turystyki, co przyczynia się niejednokrotnie do zmian w krajobrazie czy degradacji środowiska naturalnego. Powstają nowe drogi, lotniska, hotele, baseny, parki rozrywki, restauracje, kawiarnie, kluby nocne, miejsca noclegowe, wzrasta produkcja wyposażenia, żywności, pamiątek, zwiększa się zapotrzebowanie na personel. Wpływa to oczywiście na transfer ludzi i pieniędzy, a dzięki ogromnym staraniom możliwe jest zaspokojenie wszelkich potrzeb turystów i osiągnięcie ich satysfakcji.

źródło: Internet

źródło: Internet

Tęsknota za nieznanym

Ludzie podróżowali od czasów starożytnych powodowani chęcią zobaczenia ciekawych budowli lub wzięcia udziału w wydarzeniach religijnych czy obchodzonych gdzie indziej świętach. Budowano drogi, statki, kompletowano karawany, by zaspokoić ludzkie potrzeby z samego szczytu piramidy Masłowa – potrzebę wiedzy, zrozumienia, nowości, harmonii, piękna, samorealizacji… Nikomu nie trzeba przypominać, że podróże kształcą, ale jak mawiają starzy Chińczycy… tylko ludzi wykształconych.

Podróże, nie turystyka.

Dawni podróżnicy, sprzed czasów konkwistadorów, poznawali dalekie kraje, opisywali je, przywozili zza mórz nowe mapy, portrety napotkanych w drodze Innych, rysunki ich domostw, zwyczajów, przedmioty codziennego użytku, nieznane rośliny i tęsknotę za nowo poznanymi miejscami. Opowiadali historie o odległych lądach, które rozwijały nie tylko wyobraźnię, ale otwierały także nowe horyzonty. Na takie podróże stać było niewielu, ale ich wysiłek można zmierzyć dzisiaj zasięgiem poznania. Dawni podróżnicy wnikali w szczegóły, uczyli się języków, zawierali znajomości, prowadzili interesy. Dzięki nim nastąpił rozwój handlu i nauki.

Dzisiaj zostało ich już niewielu… To ci, którzy wciąż pakują alpejki, zakładają trapery i przemierzają mało uczęszczane szlaki na rowerach, motocyklach lub pieszo. Chcą zmierzyć się z globalnym skurczonym światem, który oferuje wszystko, wszędzie i każdemu, a jeśli jeszcze nie oferuje, oznacza to tylko tyle, że na udostępnienie potencjalnych rozwiązań trzeba poczekać krótką chwilę zanim zostaną „odkryte”. Nierzadko podróżnicy zostają tam, gdzie mocniej zabiły ich serca. Rozmawiają, biesiadują, śpią, śmieją się i płaczą razem z tymi, którzy okazali się tak wspaniałomyślni, by otworzyć im swoje drzwi i serca. Będąc w drodze są Innym i jednocześnie Tym Samym.

Iluzja

Turyści, wkręceni w machinę przemysłu turystycznego, mają zgoła zupełnie inny status. Nie pozwala on im nawet na chwilowe zagnieżdżenie się w miejscu docelowym. Nocują w hotelach, biegają po ściśle wyznaczonych trasach, okupują bary all inclusive, narzekają na obsługę, wymagają… Cóż, inaczej być nie może. Jeśli rozwija się jakakolwiek gałąź przemysłu, musimy być przygotowani, że z czasem stanie się coraz bardziej drapieżna. Nowe możliwości i technologie zapewnią większy komfort, wyznaczą nowe trendy, stworzą marki i korporacje. Morza pieniędzy płynące z kont na konta nie zostawią skrawka nadziei na humanizm, nie łudźmy się. Produktem końcowym jest konsumpcyjny potężny multipotwór – turysta. Godzilla depcząca rezerwaty, King-Kong eksplorujący luksusy pięciogwiazdkowych hoteli, Lewiatan ekskluzywnych restauracji i Chupacabra unżonej obsługi. Ma słono zapłacić za komfort i atrakcje, nad którymi czuwają obie strony geszeftu, ma być wkręcony w machinę iluzji, zadowolony, dopieszczony, upity szumem morza i palm… I tak jest.

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Kim więc jest dziś turysta? Pożądanym acz męczącym produktem, któremu, jak długo oczekiwanemu potomkowi, pozwala się spełniać wszelkie zachcianki, przynoszącym jednocześnie horrendalne zyski międzynarodowemu kapitałowi. Pułapka tkwi w tym, że monopol na turystę mają dzisiaj wielkie agencje, wśród których jakakolwiek alternatywa ma niewielkie szanse przetrwania – patrz: darwinizm społeczny.

W związku tym odbiór turystyki i obraz turysty zmienia się z pozytywnego na negatywny. Wysiłek i aktywność stały się niemodne, szacunek i partnerstwo w kontaktach z mieszkańcami, nauka języka lub pogoń za naturą to zakurzone eksponaty, w zamian promowane są podróże grupowe, głównie urlopowe i modelowe, z całą dbałością o konsumpcję, bierność i komfort.

Wielu ludzi uważa, że turystyka jest czynnikiem postępu. Ten mit wrośnięty silnie w naszą świadomość pozwala sądzić, iż dzięki turystom powstaje coś cennego. Niestety w dobie wszelkich światowych kryzysów jak: energetyczny, klimatyczny, demograficzny, żywnościowy, sanitarny, bezpieczeństwa i tożsamości, beztroski i egocentryczny turysta przynosi więcej szkód niż pożytku.

Zaprojektowana spontaniczność

Jeśli najważniejszym celem dzisiejszego przemysłu turystycznego jest przyciągnięcie turysty, zatrzymanie go i zmuszenie do maksymalnych wydatków, trudno nie zauważyć stosowanych w tym celu manipulacji. Turystę zamyka się w szczelnych enklawach równoległej rzeczywistości o skłonnościach segregacyjnych. Do 5 gwiazdek oprócz niego nikt nie ma wstępu, obsługa trzyma buzię na kłódkę, policja pracowicie wymiata z czerwonych dywanów ludzi mieszkających w pobliżu, dzielnice obsługi zwykle dzieli od turystycznego raju stosowna odległość, a kontakty z tubylcami są niemile widziane i na wszelkie sposoby utrudniane. Dzięki tym zabiegom poznanie staje się z reguły niemożliwe.

I nic nie jest spontaniczne, nawet jeśli na takie właśnie wygląda.

Inżynieria społeczna posługująca się głównie zespołem technik służących osiągnięciu określonych celów poprzez manipulację społeczeństwem, określanych mianem socjotechnik, dba o porządek również w turystyce i jeśli ktoś samodzielnie nie dotrze do wiarygodnych informacji, zobaczy tylko to, co wolno mu zobaczyć. Prywatną plażę odgrodzoną wysokim żywopłotem od  strefy przemysłowej lub bazy wojskowej i „żywiołowe” nighlife za szczelną kurtyną zapewnień o czyhających na zewnątrz niebezpieczeństwach.

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Slogany reklamowe sprzedadzą wszystko i wszystkim. Odwołując się do naszej wyobraźni zapewnią, że kamienista plaża to gwarancja braku uciążliwego piachu, oddalony o 30 km od centrum hotel będzie okazją do zwiedzenia „interesującej wioski rybackiej”, natomiast pustynia podziała zgoła terapeutycznie, bo odizolowani od miejskiego gwaru i tempa na pewno odpoczniemy. Czulibyśmy się pewnie równie wspaniale na platformie wiertniczej „kołysani magicznym morskim prądem”, gdyby taka oferta pojawiła się w którymkolwiek z biur podróży. Slogan to tylko slogan. Słowa „magiczna podróż” i „baśniowy raj” są wyłącznie argumentem handlowym i mają tylko nas uwieść. Nic więcej.

Turystyczna „fabryka snów” sprowadza do banału wszelkie wyższe potrzeby człowieka. Za fasadą pawiego ogona nie zawsze czeka zimny drink, jest za to złudzenie, że właśnie przeżywamy coś „absolutnie fascynującego” i iluzja bycia „wyjątkowym”, nic to że w królestwie kiczu, plastiku i reklamy.

Mało

Ponieważ „show must go on”, turystyczna „fabryka snów”, stając na wysokości zadania, przekonuje nas, że to wszystko, co do tej pory oferowała, to jednak za mało. Mało gwiazdek, mało plaży, mało alkoholu, mało atrakcji… Od czego menedżerowie i marketingowcy? Jeśli czegoś nie ma, stwórzmy to! Jak grzyby po deszczu powstają nowe atrakcje. Najbardziej pożądana turystyka ma zawieźć klienta jak najdalej, ma mu dać jak najwięcej i jak najlepiej. Oczywiście „jak najlepiej” traci tu swoje dawne znaczenie i przekracza wszelkie zasady dobrego smaku, uznając wyłącznie jedną zasadę: żadnych ograniczeń.

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Mamy więc spektakle w wioskach kulturowych, gdzie markowe obiektywy robią zdjęcia małym murzyniątkom, a na facebooku opłakuje się ich niewdzięczny los, mamy obdarowywanie dzieciaków z gett zużytymi maskotkami i nieświeżymi lalkami, mamy safari, podczas którego grupki przybyłych raczą się winem i przekąskami wprost z maski jeepa, a za plecami, prawdopodobnie jednak głodny, tłumek tubylców umila im ekskluzywny pobyt w niemal sześciogwiazdkowych lodge’ach śpiewem…

W biedakrajach, gdzie średni miesięczny zarobek tubylca oscyluje w granicach 10 dolarów* (oby), odbywają się niewiarygodne spektakle, organizowane specjalnie dla bogatych turystów. Można uczyć się tańczyć, tkać, gotować, przebierać się w kolorowe stroje, spożywać wykwintne posiłki, degustować bajońsko drogie wina, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wspierania biedaków, bo przecież to „dzięki nam mają pracę”. Należy się słowo wyjaśnienia: dzięki wam „Mili Państwo” pracę mają bonzowie sektora turystycznego, a biedak zawsze jest okradany.

Jeszcze mało

Z tego nudnawego po kilku wyjazdach blichtru rodzi się potrzeba czegoś nowego. Można więc zmienić kierunek podróżowania i z tak pożądanych zwykle tropików pójść w stronę lodowców, mongolskich stepów, ostępów Zabajkala, Alaski lub Grenlandii… Mało? Oczywiście. Dajemy więc szansę, oczywiście za odpowiednią opłatą płynącą wprost do kieszeni „narkooperatora”, zobaczenia brazylijskiej faveli od środka. Wjeżdżamy jeepami z uzbrojoną obstawą i fascynujemy się biedą, upodleniem, poniżeniem. Mało? Tak. No to jedziemy na wojnę. Najlepiej na wzgórza Golan, by napawać się śmiercią i zniszczeniem. Rozrywka, jaką jest obserwowanie z bezpiecznej odległości wojny, nie jest w Izraelu nowością. „Wojenni turyści” okupują punkty widokowe, sprawiając wrażenie, że właśnie są na rodzinnym pikniku, kontestują eksplozje rakietowe i starcia wojsk. Czyżby mało? Niestety.

Nietypowe formy turystyki stają się coraz popularniejsze i są szansą na swoistą specjalizację dla biur podróży, zwłaszcza małych, by wybić się na trudnym, opanowanym przez molochy rynku. Modne jest odwiedzanie opuszczonych miast, cmentarzysk, katakumb – turystyka urbex, slumsów – turystyka slumsowa, miejsc starć zbrojnych – wojenna, miejsc katastrof nuklearnych jak Czernobyl… Są też turystyka adopcyjna, medyczna, tanatoturystyka… Tak wiele możliwości w świecie, na którego mapach nie ma już białych plam… Chęć zadeptania wszystkiego.

Kuriozalnie mało

Absolutnym kuriozum w dziedzinie turystyki slumsowej jest prywatny rezerwat dzikich zwierząt Emoya w Bloemfontein w Republice Południowej Afryki. W hotelu ze SPA i centrum konferencyjnym można przeżyć zaiste „niebanalne” turystyczne doświadczenie – pobyt w slumsach Shanty Town, specjalnie na tę okazję wybudowanych.

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Na stronie internetowej znajdujemy informacje o domkach z blachy falistej, wyposażonych w lampę naftową, świece, radio na baterie, palenisko do przygotowania posiłków i ubikację. Proponuje się doświadczenie życia w tej scenerii, w bezpiecznym otoczeniu prywatnego rezerwatu dzikich zwierząt. Z ogrzewaniem podłogowym i wifi! Jak widać na zdjęciach, to jednak tylko… sceneria.

Parodia i głupota osiągnęły apogeum, ale chętni są, a że niesmaczne? Co z tego. Odarcie człowieka z godności zyskało w turystyce status luksusu, a współczesna kolonizacja i arogancja osiągnęły punkt krytyczny. Wstyd nie ma tu nic do rzeczy, bo mimo części głosów przeciw, druga część jest jak najbardziej za, uznając że taka forma może przynieść jakąś naukę, a ubodzy zyskają. Nic bardziej mylnego. Pogoń za tego rodzaju doświadczeniem jest głupim zachowaniem głupiego i bogatego białego wobec innoskórego i biednego. Jest kompletnym brakiem empatii dla ludzi żyjących w warunkach urągających postępowi i humanizmowi. Budzi protest i niezrozumienie, w jaki sposób można się dobrze bawić, gdy obok ludzie żyją w skrajnej nędzy i umierają za plecami rozpasanego turysty, który ma nadmiar tego, czego człowiek żyjący tam na co dzień nigdy nie doświadczy. Bawienie się ubóstwem i wynoszenie go do rangi rozrywki jest odrażające, można je też uznać za objaw psychopatii.

Antidotum na kryzys

Turystyczny konsumeryzm, rozrośnięty do niewyobrażalnych rozmiarów, budzi wstręt. I słusznie. Jednostki myślące szukają więc rozwiązań alternatywnych. Może pora zrezygnować z usługodawców, kupować samodzielnie bilety, poznawać ludzi w Internecie i korzystać barterowo ze swoich dóbr. Może pora przestać być klientem, odmówić statusu „ludo-żercy” i zacząć znowu podróżować. Można korzystać z couchsurfingu (międzynarodowa sieć wymiany noclegów) czy greeters (wolontariusze przyjmujący podróżujących darmowo z wymianą). Można tworzyć podobne społeczności, zakładać strony internetowe, uczyć się języków, lub choćby podstaw przed wyjazdem, wymieniać informacjami, zyskiwać świadomość, rozwijać…

Odpowiedzialnie, etycznie, szczerze i z szacunkiem odnosić się do swoich partnerów w podróży, być Człowiekiem. Innym i Tym Samym.

*

Grudzień 30, 2014

Głęboka pomyłka, czyli kultowy dialog

Pewna znana mi Osoba (z wiadomych powodów nie zamierzam ujawniać płci ani innych danych) została kilka lat temu szaraczkowym urzędnikiem UE. Osoba na wejściu otrzymała służbowe, opłacane przez UE wraz z podstawowymi mediami mieszkanie w Brukseli i 1500 EUR pensyjki na miesiąc. Z wywiadu wynikało, że niestety musi płacić za kablówkę i internet, i że w Brukseli wszystko niebotycznie drogie, ale już po drugim roku pracy Osoba przekroczyła pierwszy próg podatkowy i niezmiernie wkurzona płaczliwie doniosła: „Każą mi zwracać podatek”. No to ja czegoś nie rozumiem – albo zarabiam wielkie nic i zabierają mi marne kilkanaście procent, albo ląduję w krezusach, płacę bo mam z czego, nie odzywam się i nie płaczę. Podczas pierwszego kontraktu pensyjka wzrosła, samotność dokuczała, ale o powrocie nie mogło być mowy, bo kariera jest do zrobienia. O ile wzrosła pensyjka przez kolejne cztery lata, nie mam informacji, pewnie wstyd byłoby się przyznać, że tak… dużo. Cóż, zostaje mi więc tylko podglądanie na fejsie, jak Osoba bawi się ochoczo za moją ciężko wyharowaną kasę i moje podatki. Jak lata z jednego końca świata w drugi, spija śmietankę, mieszka w ekskluzywnych hotelach i imprezuje z podobnym sobie personelem niższej kategorii jako świta wyższych rangą. Strach mi jednak myśleć, czym się Osoba zajmuje, może tym co niżej?

Jedne z emblematów Brukseli - Manneken Pis i Jeanneke Pis, rzeźby sikających dzieci, niestety niekoniecznie poprawne politycznie. Co na to UE? źródło: internet

Jedne z emblematów Brukseli – Manneken Pis i Jeanneke Pis, rzeźby sikających dzieci, niestety niekoniecznie poprawne politycznie. Co na to UE?
źródło: internet

Ochrona aligatorów, czyli buty pana Cejrowskiego

Na Florydzie w parku Everglades krokodyl amerykański jest chroniony. Z powodu chronienia po jakimś czasie jest go za dużo i z tego powodu dwa razy w roku w parku dostępne są licencjonowane odstrzały. Park żąda również, by zabrać i zutylizować zastrzelone zwierzęta. Z opcji tej skorzystał również pan Wojciech Cejrowski. Część z polowania pana Cejrowskiego poszła na mięso do restauracji, część do szewca, skąd wzięły się rzeczone buty. Pan Cejrowski wjeżdżał do UE z fakturą od szewca i fakturą z Parku Narodowego Everglades, mimo tego został zatrzymany pod groźbą 5 lat więzienia, ponieważ aligatory są chronione w UE.

Kultowy dialog

 W.C.: A gdzie aligatory występują w UE?

Celnik: Nie występują.

W.C.: A czy aligatory są na wymarciu?

Celnik: Nie wiem.

W.C.: To ja panu powiem: nie są. Dlaczego zwierzę, które nie jest na wymarciu jest pod ochroną na terytorium, na którym go nie ma?

To terytorium trzeba zmienić. Ja uważam, że to terytorium trzeba pokroić z powrotem na roztropne kawałki narodowe, a UE zlikwidować jako głęboką pomyłkę.

https://www.youtube.com/watch?v=qNLfEZDL0Bk

W latach 1957−1997 wydano na terytorium wspólnoty państw europejskich i UE (od 1993) tylko 10 tysięcy aktów prawnych. W latach 1997-2007 aż 12 tysięcy o objętości ponad 85 tys. stron.

Próby zidiocenia w UE bez chronologii

  • konieczność posiadania zaświadczenia o posiadaniu umiejętności wspinania się na drzewa
  • wymóg zlikwidowania kantów między ścianami a podłogą w szkolnych kuchniach
  • zalecenie, by od 2010 r. zmniejszyć liczbę śmiertelnych wypadków o połowę
  • regulacje, zgodnie z którymi marmoladę można wytwarzać tylko z owoców cytrusowych
  • propozycja kampanii międzynarodowej na rzecz przyłączenia Izraela do Unii Europejskiej
  • uznanie lotniska Ben Gurion International Airport pod Tel Awiwem za lotnisko europejskie
  • regulacja zakazująca gotowania dotowanego mleka
  • przepisy nakazujące niszczenie resztek żywności ze stołówek, restauracji i sklepów
  • przepisy dotyczące wymogów sanitarnych dla bacówek, w których górale robią oscypki – wyłożenie ich glazurą, zainstalowanie wc, wyposażone w umywalki z ciepłą i zimną wodą oddzielnie, zainstalowanie w oknach siatek przeciw owadom
  • propozycja komisarz Viviane Reding, by za rozmowy telefoniczne płacił nie tylko dzwoniący, ale i odbiorca połączenia
  • zakaz stosowania sformułowań Pan i Pani, ponieważ są one zbyt „seksistowskie”
  • propozycja usunięcia ze słowników słów: „policjantka” czy „stewardessa”
  • opracowanie dopuszczalnych krzywizn: ogórka – maksymalna wysokości łuku: 10 mm na każde 10 cm długości ogórka (1988) i banana – norma zakrzywienie banana wynosi poniżej 27 mm na 14 cm (1994, rezygnacja w 2009 z powodu działań Kostaryki na nie spełniające norm unijnych banany z terenu tego państwa)
  • wymogi określające wymiary tzw. powierzchni zmywalnej (lamperii lub kafelków) na ścianach szpitali, przychodni, gabinetów zabiegowych itp.) – zwyczajowo w Polsce 170–200 cm, według UE musi wynosić 205 cm
  • uznanie marchewki za owoc
  • uznanie ślimaka za rybę śródlądową
  • dyrektywa określająca dopuszczalną liczbę sęków w desce, by mogła ona trafić do obrotu (wycofana)
  • od listopada 2011 roku papierosy kupione na terenie UE powinny same gasnąć, jeśli palacz nie zaciąga się przez kilkanaście sekund
  • nakaz wymiany żarówek na „energooszczędne” i „ekologiczne” o zawartości rtęci, o czasie startu dłuższym od czasu ich użycia, co sprawia, że zużywają więcej energii
  • stworzenie instrukcji obsługi drabiny
  • stworzenie wielostronicowej instrukcji użytkowania kaloszy
  • obliczenie szczegółowych parametrów wyposażenia klatek dla kur, kształtu kurzych grzęd, montowania urządzeń np. do ścierania kurzych pazurów
  • ogłoszenie przetargu na projekt naukowy, którego celem jest zbadanie wszelkich aspektów wykorzystania insektów jako potencjalnego źródła żywności
  • stworzenie przepisów dotyczących mycia rąk – kolejności i długości pocierania dłonią o dłoń
  • stworzenie przepisów dotyczących zmywania w placówkach żywienia zbiorowego – wymagalność m.in. notowania temperatury wody, godziny mycia, a także informacji, co się zmywało i czym
  • wprowadzenie kryteriów standardowej ilości spuszczanej wody podczas prawidłowego użytkowania toalet – 5 litrów na każde spłukanie, dla pisuarów – mniej niż 1 litr
  • ogłoszenie, iż transakcje gotówkowe w wysokości ponad 500 euro zostaną wkrótce zakazane
  • stworzenie dyrektywy nakazującej zwiększenie odległości kaloryfera od ściany z 4 na 6 cm
  • stworzenie przepisów dotyczących minimalnych wymagań komunikatów werbalnych
  • wydanie 2 mln euro na monitorowanie internetu przed wyborami 2014, by śledzić dyskusję na temat UE
  • rozporządzenie nakazujące wyrzucania do morza dorsza, jeśli został złowiony poza limitem
  • regulacja wprowadzająca konieczność zdawania dwóch egzaminów na prawo jazdy – na samochody z automatyczną i manualną skrzynią biegów oddzielnie
  • marnotrawienie pieniędzy unijnych podatników związanych z utrzymaniem trzech (!) siedzib Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, a Brukseli i Luksemburgu
  • rozporządzenie ustanawiające normy handlowe, mające zastosowanie do awokado – jak je zrywać by było smaczne i dobrej jakości
  • rozporządzenie dotyczące mierzenia i ważenia krewetek, śledzi i innych ryb po złowieniu – na niektórych obszarach śledź jest śledziem od 18 cm, na innych dopiero od 20 cm, a gdy śledź ma 15 cm trafia na listę niestandardowych ryb do negocjacji
  • dyrektywa w sprawie zwalczania tarcznika niszczyciela (szkodnika niszczącego drzewa), w której w zakazuje się państwom UE posiadania ww. szkodnika
  • zakaz produkcji w UE odkurzaczy o mocy przekraczającej 1600 W
  • zakaz tradycyjnego wędzenia wędlin
  • stworzenie dyrektywy dotyczącej zabawy świń w chlewie, by się nie nudziły i nie popadały w depresję
  • zapytanie jednego z europosłów czy Komisja zamierza wydać dyrektywę, która nakazywałaby produkcję samochodów dla muzułmanów wyposażonych w system GPS wskazujący drogę do Mekki
  • opisanie flamandzko-brabanckiego winogrona stołowego, ukazujące jak ma wyglądać jego kiść
  • debata „Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej”
  • debata „Jak przybliżyć przestrzeń kosmiczną do Ziemi”

W 2004 roku liczba utajnionych komitetów roboczych UE, zajmujących się tym, co wyżej, której nie opublikowano na prośbę ówczesnego przewodniczącego KE Jose Manuela Barroso* wyniosła 3094

były to m.in.:

komitet do spraw etykietowania tekstyliów
komitety do spraw etykietowania wielu innych towarów
komitet do spraw wind
komitet do spraw dobrego samopoczucia zwierząt
komitet do spraw banana…

*były członek maoistowskiego Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu

Naprawdę trzeba więcej?

Czy aby jedynie słuszny komentarz? źródło: internet

Czy aby jedynie słuszny komentarz?
źródło: internet

Dzieuję za możliwość skorzystania z materiałów publikowanych na
http://www.fakt.pl/
http://piotrowski.org.pl/
http://www.bibula.com/
http://tergiwersacja.wordpress.com/
http://liberalis.pl/
http://www.wikipedia.org/
i google

Kwiecień 3, 2013

„Nie ma zmiłuj”

Ten post skasowano z WordPressa. Nie został po nim żaden ślad, nawet w koszu, nie znajdował się nawet na liście wpisów jako nieopublikowany. NIKT nie podał mi żadnych powodów dla których mój post usunięto, a uważam, że NIE było takich powodów. Post NIE zawiera żadnych nazw, nikogo nie obraża, jest zbiorem obserwacji i wniosków własnych. Być może więc prawdziwych.

11

CO ŁYKASZ NA ŚNIADANIE?

Atrakcyjny, Doskonały, Ekskluzywny, Elegancki, Elitarny, Egzotyczny, Fantastyczny, Kreatywny, Spektakularny, Wymagający, Wytworny, Wyrafinowany… Uważajcie na te słowa, one nic nie znaczą. Są wykorzystywane w reklamach w celu manipulowania świadomością nabywców. Ostatnio na topie jest też słówko „mega” łączone z innym dowolnym wyrazem.

Słowa te mają za zadanie sprawić, żebyśmy uwierzyli, że jesteśmy właśnie tacy, bez względu na to, jak daleko rzeczywistość odbiega od kreowanego wizerunku. Słów można by wymienić znacznie więcej, tych już wytartych i nowych, które za chwilę się pojawią, kiedy „Ktoś” uzna, że „Coś” jest „Jakieś” i tak długo będzie wbijał nam to o głowy, aż w końcu uwierzymy. Obowiązuje tylko jedna zasada – wszelka dowolność.

Przypomnijmy, że hasło „1000 kalorii” ma znaczenie zarówno pogrubiające jak i wyszczuplające, co zależy od kampanii, w której jest używane.

Nie zamierzam wymieniać tryliardów sloganów, a nazw wiodących mega-manipulantów nie mogę, groziłyby mi za to poważne sankcje. Ograniczę się więc tylko do luźnych uwag na temat, z którym musimy radzić sobie każdego dnia w sklepach, przed tv, włączając radio czy internet lub otwierając w dowolnym miejscu gazetą…

Zalało nas szambo i… nie ma dokąd uciekać.

CENA WIARY

Człek myślący się wścieka, niemyślący łyka wszystko, jak najnowsze placebo na dziurę w skarpecie albo inną absurdalną właśniewymyślonąprzedchwiląchorobę i idzie dalej z dumie podniesionym czołem do bankomatu, banku, salonu telefonii, albo skór, instytutu paznokcia, wizażu, agencji towarzyskiej albo leasingowej, hipermarketu, innego dowolnego miejsca… Są przecież miejsca, do których człek nawet myślący iść musi, jak praca czy toaleta, ale są i takie, do których, wydaje mu się, chce iść. Nic bardziej mylnego.  Jego „chcę” jest zaprogramowane w najdrobniejszych szczegółach i realizowane z godną podziwu starannością. Jeden z ‘genialnych’ programów to GALERIA. I nie mam na myśli tej, w której prezentowana jest sztuka.

2

Wczoraj usłyszałam od znajomego: – A, wiesz… życie towarzyskie przeniosło się do galerii. Przesłuchujemy płyty, kupujemy książki, buty, ubrania, żywność, potem czas na ciastko, lody i kawę w towarzystwie napotkanych czy umówionych znajomych. Na luzie, kiedy siaty tkwią już w bagażniku, oddajemy się usatysfakcjonowani życiu towarzyskiemu, bo przecież ‘jesteśmy tego warci’. Zanim się zorientujemy, jest 20.30. Wracamy więc do domu, który zaczyna być powoli niepotrzebny i z którego uciekamy do „ludzi”, z nabożeństwem rozpakowujemy zakupy, które miały nas uszczęśliwić… Realizujemy program z przytupem. Auta kupujemy, kredyty bierzemy, płacimy za metki. – To X, to Y, a to Z! – znajomy dumnie wymienia nazwy firm, zachwalając spodnie, buty i kapelusz co najmniej pięciokrotnie droższe niż ich realna wartość. Słucham i uszom nie wierzę. Wmontowany w program wykonał normę, ale po tygodniu psioczy nieprogramowo, że buty się rozlazły, spodnie obszarpały, a kapelusz odkształcił…

Nikomu nie przemknie przez myśl zabawa słowem i pewne narzucające się skojarzenie, że kiedyś istnieli przecież galernicy. Och, przepraszam, dziś mamy galerianki i galernik nie pochodzi wcale od galerii… Wiem, wiem, niemniej zaskakująca zbieżność każe mi się przynajmniej uśmiechnąć. Dzikie tłumy „obsługujące” molocha w pełnej krasie i blasku tysięcy świateł na każdym poziomie, naprawdę przywodzą na myśl niewolników u wioseł na tych starożytnych statkach…

ŻÓŁTY, NIEBIESKI, CZERWONY…

– Płaszczyk z przeceny tylko za 1000 !!! –  trąbi od progu koleżanka i prezentuje się przed lustrem, obracając w prawo i lewo. Uhhh… I cóż… Szczęśliwsza? Ładniejsza? Mądrzejsza? Bogatsza albo bardziej kocha czy jest kochana? Nic z tych rzeczy. W płaszczyku z przeceny (poprzednio 1600) jest dokładnie taka sama jak… bez niego. Możliwości osiągnięcia lepszego samopoczucia jest miriady (co najmniej), ale rzadko kto pochyla się nad refleksją, że wybór to iluzja. Mój wywód filozoficzny koleżanka kwituje: – No tak, wiem, ale przecież nie mamy na to wpływu. Więc znowu usiłuję kopać się z koniem? Nie, nie usiłuję, nie kopię się, po prostu widzę to, czego inni albo nie widzą albo wiedzieć nie chcą. Jak to nie mam wyboru? Mam! Mogę TO ukrócić, wyłączyć, olać, chrzanić. Pieprzyć TO! – Nie… Nie tędy droga – peroruje koleżanka. Trzeba korzystać, brać, kupować, wymieniać, wstawiać nowe, tapicerować, przestawiać, dbać. O co? Na pewno nie o rozwój, nie o wiedzę czy naukę języków, realizację celów… Trzeba dbać o mieszkanie, wygląd, paznokcie, włosy, o siebie! Czy aby na pewno?

Jak to się stało, że pustota zastąpiła człowieka i nikt tego nie zauważa? Upośledzenie postrzegania nie jest spowodowane chorobą psychiczną, na którą jednocześnie zapadło całe społeczeństwo. Jego przyczyna tkwi w przystosowaniu się jednostki do społeczeństwa kształtowanego współcześnie jako jednolita docelowa grupa odbiorców. Jeśli jedna osoba zostanie zmanipulowana, prawdopodobne, że ktoś do niej dołączy. Rozprzestrzenienie się wirusa programu jest tylko kwestią czasu. Można oczywiście liczyć na to, że świadoma część się nie ugnie i nie podda, a inna część świadomość zyska. Pociecha to jednak marna, trudno bowiem stawiać płonące barykady przed… galeriami.

Niemniej trzeba sobie powiedzieć jasno i zapamiętać: mamy tylko trzy kolory: żółty, niebieski i czerwony. Z nich powstają inne barwy i tego nikt nie przeskoczy, a jeśli ktokolwiek stara się nam wmówić, że jest inaczej, możemy z góry założyć że nami manipuluje. Powinniśmy założyć. Musimy.

SIDŁA

„Poligon marketingu zła” wykorzystuje do swoich celów autorytety i idoli, którym z reguły ufamy, jak własnej matce. Oni zaś przekonani mamoną, zawierają lukratywne kontrakty. Gaża wpływa na konto, a autorytet czy idol serwuje nam w spocie reklamowym cokolwiek, bez zastanawiania się na tym, że może sprzedaje najgorszy bubel. Jak pewien znany aktor i bardzo znana aktorka, którzy wciskają ludności ‘produkty finansowe’. A ludność potulnie grzeje do reklamowanych firm i „kupuje”, choć są i tacy, którym od widoku pracujących artystów robi się mdło. Czy ktoś jeszcze komuś tu wierzy? Że zapach gwiazdy zrobi z ciebie gwiazdę, albo że ten kredyt jest leszy niż inny? Nie ma dobrych kredytów! Zawsze wygrywają bank i kasyno, i nie ma nic za darmo, a słynne perfumy powstają dzisiaj z… gówna (do sprawdzenia w internecie). Luksus jest przywilejem mniejszości. Im wcześniej nastąpi przebudzenie, tym lepiej, gorzej kiedy nie następuje. Skołowani i usidleni, gorączkowo poszukując jakiegoś punktu oparcia, jesteśmy naprawdę łatwą zdobyczą. Oprawcy czekają na nas przy swoich wnykach, wpadamy w ich sidła słabi, odarci z godności z poczuciem winy i jednym tylko pragnieniem: uwolnić się! Pomoc nadchodzi w postaci… nowej, lepszej oferty. Uhfff, co za ulga.

POLOWANIE NA… MUCHY

Odhumanizowany marketing, dla którego jesteśmy poligonem doświadczalnym, trenuje na nas działanie archetypów, słów, obrazów, odwołuje się do świadomości czy nieświadomości zbiorowej i jednostkowej, emocji, seksu, miłości, ciepła rodzinnego. HUMANIZUJE, sprzedając coraz to nowe potrzeby, których… nie potrzebujemy. W reklamach jest wyłożony sens życia: weź kredyt i zbuduj dom, kup samochód, posmaruj sobie cokolwiek naszym produktem, jedź na wakacje… itp. Będziesz wspaniały, piękny, szczęśliwy. Z reklamy nigdy nie schodzi uśmiech. Cokolwiek ona reklamuje, ma być uśmiechnięta, nieść pozytywne przesłanie i nade wszytko sprzedać. Uśmiech stał się więc we współczesnym świecie najbardziej kluczowym produktem i jednocześnie elementem najohydniejszej manipulacji.

W pewnym programie marketingowym znanym w Polsce od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, jedną z głównych zasad było: „Daj coś miłego na powitanie”. Znająca tę regułę pewna panienka zmierzyła mnie kiedyś uważnie i wyrecytowała z uśmiechem: – Masz ładne rajstopy. Nie wiedziałam, czy wybuchnąć śmiechem, czy zbesztać ją za idiotyzm, czy raczej powiedzieć, że znam tę zasadę. Nie zrobiłam nic. Szkoda. Proszę zwrócić uwagę, że „miłego” w tym kontekście = „dobrego”. Zarówno uśmiech, jak i „miłe”, i „dobre” zostały więc wykorzystane do manipulacji. Dzisiaj wytarte i sprane brzmią tak samo fałszywie jak tandetnie. Ale my na to jak na lato. Jak muchy do lepu, albo pszczoły do miodu. Kupieni.

Wszelkie działania marketingowe w każdej dziedzinie zmierzają, mówiąc metaforycznie, do sprzedania nam bomby w kolorowym złotku i sprawienia, żeby wyglądała jak bombka na choinkę. Wtedy nikt się nie przyczepi, a jak dodamy do bombki np. dłonie dorosłego i dziecka, to już naprawdę będzie cacy. Taka ckliwa misja zawsze spełni swoją rolę. Kupimy.

3

ŻADNYCH OGRANICZEŃ

Poziom techniczny urządzeń wykorzystywanych do tworzenia reklam jest dzisiaj naprawdę wysoki i daje niemal nieograniczone możliwości. Modelki są retuszowane nie tylko przy pomocy starego przyjaciela photoshopa na zdjęciach w magazynach, ale także w ruchu na videoclipach. Pewnego razu oniemiałam. Na przykładzie teledysku dość dziobatego rapera pokazany był krok po kroku retusz i przeobrażenie tegoż w gładkoskórego seksownego macho, a średnio apetycznej tancerki w tle w urzekającą laskę z płaskim brzuchem. Reklama kosztuje dużo, ale dlatego, że potrawę przyrządza się z najlepszych składników, które jednak w efekcie szkodzą. Studia reklamowe posiadają sprzęt i ludzi najwyżej jakości… technicznej. Klient dostanie więc wszystko, czego chce, a element docelowy łyknie każdą złotą rybkę jak młody pelikan. I nieważne, że odbije mu się plastikiem.

Zawsze jest niestandarowo i niepowtarzalnie. Krem, zegarek, samochód, perfumy, patelnia. Bez znaczenia. I już nie wystarczają tylko polskie słowa. Anglosaski żargon wkręca się w nasze mózgi jak trepan. Nie ma kup, sprzedaj, promocja, są za to dobry deal, sales manager, unisex, friendly… Za chwilę trzeba będzie stworzyć słownik dla poprzedniej generacji, żeby zrozumiała reklamową hipernowomowę, którą ma przymusowo na wizji i fonii średnio co kwadrans.

STRATEGIA

A na szczycie tej piramidy stoją korporacje i koncerny, nierzadko balansujące na granicy… Nikt jednak się tym nie przejmuje. Są olbrzymami darzonymi szacunkiem i zaufaniem. Nie szkodzi, że wręczają zatrudnianym śmieciowe umowy, albo w ogóle nie płacą, albo płacą najniższą krajową, nieważne, że uprawiają najbardziej dochodowy sport ekstremalny – współczesne niewolnictwo i nie tylko w krajach trzeciego świata. Muszą być przecież warci swojej ceny, skoro stworzyli coś tak niezwykłego jak Religia Rynku.

Czy wiecie, jak wygląda barokowe jabłuszko? To symbol przepychu. Z wierzchu lśniące, kolorowe i przebogate, aż ślinka cieknie. Kiedy jednak dobrze się przyjrzeć, można zauważyć ledwie dostrzegalną plamkę. Po rozkrojeniu okazuje się, że w sczerniałym i wyżartym wnętrzu panuje zgnilizna, a jabłuszko toczy obrzydliwa zaraza.

Żeby nam wcisnąć barokowe jabłuszko, zastępy pracowników różnych szczebli harują w strukturach gigantów od świtu do nocy w pocie czoła. Realna cena produktu jest zwykle bardzo niska, ale za to opakowanie kosztowne. Cena marki to lunche i branche, służbowe kolacje, telefony, samochody, mieszkania, szkolenia na rajskich wyspach, prywatne śmigłowce, jachty, wynajmy biur, łapówki, pensje zarządów, dyrektorów, wykonawców… Odbiorca przekonuje się o tym, kiedy rozkroi barokowe jabłuszko, ale wtedy jest już za późno. Strona, której udało się produkt sprzedać, świętuje sukces podczas drogiej kolacji, a nabywca boryka się z rozczarowaniem i sfrustrowany przeklina własną naiwność. Czy idzie po rozum do głowy? Nie. Po wielokroć powtarza swój błąd, obdarzając zaufaniem kolejnych speców od manipulacji. Jest omotany i otumaniony, a na dodatek obwinia siebie za brak ostrożności. Ale tak właśnie miało być. To strategia.

NIE MA ZMIŁUJ

Na końcu wszystkich marketingowych dokumentów, drobnym drukiem, dowolną czcionką o rozmiarze między 4 a 6 pkt., umieszcza się disclaimer. O, przepraszam – zapis, którego nikt nie czyta i którego celem jest wyłączenie przez autora części lub całości odpowiedzialności cywilnoprawnej związanej z korzystaniem ze świadczonych przez niego usług. Czyli inskrypcja o niebraniu odpowiedzialności za konsekwencje „decyzji” klienta.

Przykład: „Promocja dotyczy kompletnych wniosków o kredyt xxx złożonych w oddziałach Banku XXX w terminie do xxx. Szczegółowe informacje znajdują się w Regulaminie naszej Promocji dostępnym w oddziałach Banku XXX i na http://www.xxx.pl. Niniejszy materiał ma charakter wyłącznie reklamowy i informacyjny oraz nie stanowi oferty w rozumieniu Ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny.

Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?

Nie ma zmiłuj. I żadnych pretensji.

%d blogerów lubi to: