Archive for Sierpień, 2013

Sierpień 29, 2013

Upadek

Reguły dobrego wychowania nie nakazują nam martwić się cudzym zmartwieniem i cieszyć się cudzym szczęściem, ale nakazują nam zachowywać się, jakby tak było (…) podczas gdy reguły moralne polecają nam kochać bliźniego, a nie wyglądać tak, jak gdybyśmy go kochali (…) *

Ludzi na dnie finansowym w Naszym Pięknym Kraju nad Wisłą jest… miliony. Co najciekawsze, znaleźli się w tej sytuacji wcale nie ze swojej winy, a obarczony tym wszystkim Światowy Kryzys Gospodarczy naprawdę nie jest winien. Winna jest bezgraniczna i bezdenna ciemnota, ignorancja i krótkowzroczność osób decydujących o minimach, maksimach i średnich. Pensjach, socjalach, zasiłkach rodzinnych, pomocach MOPS czy MOPR, sporządzających statystyczne tabele z wyliczeniem, ile powinno NAM wystarczyć od pierwszego do pierwszego. W dodatku ci wszyscy ludzie na dnie albo stąpający od rana do wieczora po ostrzu skalpela są MILCZENIEM. Są resztą wszystkich mieszkańców Naszego Pięknego Kraju nad Wisłą, o których w dobie powszechnego pędu za luksusem, zwanym glamour, mówić nie wypada.

W kraju, w którym żyję (nie będę posługiwała się jego nazwą), według jakichkolwiek statystyk, danych czy mediów nie ma biedy. Zresztą nie jestem zainteresowana przytaczaniem danych, ponieważ statystycy są skłonni topić się w jeziorach o średniej głębokości 1 cm. Nie chcę też mówić o bezdomnych, ludziach wyrzuconych na śmietnik Tego Kraju już dawno, ale o tych, którzy teoretycznie istnieją jeszcze w społeczeństwie, choć z każdym dniem jest dla nich coraz mniej miejsca.

Będzie więc o tych, którzy każdego dnia tracą pracę i potem każdego dnia nie mogą jej znaleźć, bo nie mają gdzie, a gdy już wreszcie złapią pana Boga za nogi to okazuje się, że umowa jest śmieciowa i każdego dnia siedzą na bombie, bo nie wiadomo, kiedy ich wywalą, ile im zapłacą i czy w ogóle dostaną jakąkolwiek pensję. Albo o tych, którzy mając 45-50 lat są „za starzy”, by ich przyjąć do pracy, a także o tych, którzy są zmuszeni żyć za 420 zł miesięcznie. O tych wszystkich, którzy każdego ranka wstają tylko po to, aby przetrwać. Ich przydatność społeczna, kreatywność i wydajność  w tempie Formuły 1 spadają więc do zera lub depresji, bo nieustanna koncentracja na socjalu i alpejskie kombinacje, jak pokonać kręte trasy opłacania rachunków, czynszów, rat, spłat komorniczych, odbierają nie tylko apetyt, ale i chęć do życia.

W Naszym Pięknym Kraju nad Wisłą wskaźniki samobójstw z powodów ekonomicznych rosną, a bezrobocie dzięki temu spada. Tylko NIKT nie śmie połączyć tych dwóch prostych faktów. Nie wypada, to nie jest MEGA interesujący temat na pierwsze strony, choć przecież „trup sprzedaje się najlepiej”, ale z drugiej strony uczono nas też, że „milczenie jest złotem”.

Osoby Dramatu

Jacek, po turystyce

Ma 51 lat. Od 10 lat buja się w niewygodnym hamaku niekoniecznie własnej rzeczywistości. Stracił pracę z powodu likwidacji firmy. Nie dostał nic, bo zakład ogłosił upadłość. Nie było odpraw,  porozumień i osłon. NIC. Właściciele zniknęli z majątkiem firmy i żyją gdzieś w cieple i spokoju, mając zapewnioną więcej niż godną starość. Wyrwali mu 20 lat życia, teraz zostały mu poważne problemy z kręgosłupem i depresja. W ciągu ostatnich 10 lat pracował dorywczo może przez połowę czasu, drugą połowę jest na socjalu. Pobiera 529 zł zasiłku, a musi wyasygnować 535 zł miesięcznie samych opłat. Nie ma na jedzenie, więc dużo pali, mając nadzieję, że to go wreszcie zabije, zgodnie z obietnicą na paczce papierosów. Nie chce popełniać samobójstwa z powodów religijnych, ale nieustannie o tym myśli, czy jeśli to zrobi, Bóg widząc jego gehennę, wybaczy? – Wiesz, myślę, że gdyby nie wybaczył, byłby bez serca – mówi zaciągając się głęboko.

Miał rodzinę i znajomych, ale odeszli. Mieszka z kotem Maćkiem, z którym codziennie prowadzi długie rozmowy, żeby nie zwariować. Utrzymuje siebie i Maćka z „okradania” Naszego Pięknego Kraju nad Wisłą, bo nie płaci podatków od „lewizn”. Sprząta prywatne posesje, piwnice, rozładowuje, zamiata, odśnieża, zbiera złom… Kiedy wpadnie mu tłumaczenie, wtedy ma święta Bożego Narodzenia, czasem w lipcu. Na co dzień tylko ziemniaki z maślanką i najtańszą puszkę dla kota.

Zdjęcie sprzed 10 lat pokazuje atrakcyjnego mężczyznę na górskiej wycieczce. – Nawet nadawałoby się do artykułu o realizacji marzeń – śmieje się. Dzisiaj, z brakami w uzębieniu i wychudzeniem przypomina swój cień.

Ludmiła, nauczycielka naszego pięknego języka

Samotna matka, wdowa, lat 55, wychowuje niepełnosprawną nastoletnią córkę. Stary wiele lat nie remontowany dom po rodzicach. Pensja i renta córki nie wystarczają, więc kredyt goni kredyt, a odsetki ogołacają ją ze wszelkich przyjemności. Każdy realny dzień to walka o przetrwanie i zapewnienie przyszłości córce. Żadnej rodziny i żadnej pomocy, tylko harówa od 6 rano do 2 nad ranem i… bezsilność. – Nigdy nie wiem, czy będę umiała wstać rano – mówi zmęczona. Ale każdego ranka wstaje, bo ma dla kogo. Jest Agnieszka, adoptowana córka z syndromem Aspergera. W drodze z pracy Ludmiła robi zakupy, starannie przygotowuje menu, bo Agnieszka ma specjalną dietę. Po powrocie do domu gotuje, sprząta, pierze. Po obiedzie przygotowuje córkę do szkoły na następny dzień. Razem odrabiają lekcje, wielokrotne tłumaczenie, powtarzanie, sprawdzanie, czy wszystko dopilnowane i czy plecak właściwie spakowany, trwa około 5 godzin. Wieczorem, kiedy córka się myje, czyta przed snem kilka stron z ulubionej książki, Ludmiła zajmuje się wreszcie swoją pracą. Sprawdza zeszyty, pisze programy, wypełnia tony papierów i tabel wymaganych od nauczyciela. Zanim sama się położy, zwykle płacze, to pomaga przepędzić stres i oczyszcza. – Już wcale nie umiem odpoczywać, mam kłopoty ze snem, każdego ranka budzę się coraz bardziej zmęczona. Czekam tylko na ferie, wakacje albo święta – mówi cicho. Zabiera wtedy Agnieszkę do Krakowa, w góry albo nad morze, żeby coś jej pokazać i choć przez chwilę odetchnąć za… kolejny kredyt. Nawet nie myśli o sytuacji, w której mogłaby stracić pracę, czy przestać funkcjonować z powodu mocno już nadwątlonego zdrowia. Modli się, żeby dotrwać do emerytury.

Alicja, plastyczka

Wydaje się bardzo silna i młoda, ale oczy mówią co innego. Po czterdziestce, rozwiedziona, bezdzietna. Samotna. – Nikt nie chce wiązać się z osobą, która ma problemy finansowe – mówi. Zresztą, ja też bym nie chciała – dodaje po chwili namysłu. Samotność doskwiera jej coraz bardziej, obawia się, że gdyby coś przykrego się przytrafiło, nikt jej nie pomoże. – Mam problemy z kręgosłupem, czasami się po prostu potykam, a potem upadam. Kiedyś na prostej drodze rozbiła twarz i złamała nos. Lekarze nie chcieli uwierzyć, że się nie potknęła.

Dawniej pracowała i miała partnera, żyła normalnie, ale wpadła w spiralę kredytową i… wyleciała za burtę. Od tamtej pory dryfuje, starając się przetrwać. Prawie 20 lat. Nie ma koła ratunkowego ani kapoka. Chwyta się czegokolwiek. Czasem wyciągniętej w jej kierunku pomocnej dłoni, a czasem brzytwy. – Zmarli moi bliscy, odszedł mąż, zabierając cały wspólny dorobek – mówi. To wtedy nie wydawało się tak ważne, bo myślała, że jest silna i sobie poradzi. Pracowała na dwa etaty i łatała dziurę za dziurą. – Moje dochody w ciągu 10 lat pracy zmalały o 30%, a bank wcisnął mi kartę kredytową na 10 tysięcy – wzdycha. Nie dali jej niewielkiej pożyczki, o którą prosiła, tylko tę kartę. – Byłam głupia i nie miałam pojęcia, jak to działa. Przegrałam.

Komornik przysyła listy i żąda spłat, z opieki społecznej ma obiady i zasiłek w wysokości 270 zł miesięcznie. Kiedy czasem dorabia jako opiekunka, dostaje 4,2 zł za godzinę na rękę, a i to nie zawsze, bo szefowa często traci „płynność finansową”. Alicja nie płaci więc czynszu, tylko bieżące rachunki, gaz, światło, telefon, internet. Jest już od dawna na „czarnej liście” poza systemem i zdaje sobie sprawę, że nigdy do niego nie wróci, a jej życie leży w zsypie jak worek śmieci.

Z ostatniej pracy zwolnili ją z powodu zajęcia komorniczego pensji. – Szef wstydził się mnie od tamtej pory, choć na początku byłam uważana za dobrego pracownika. Szukał pretekstu, żeby się mnie pozbyć, uznał za osobę niewiarygodną i wreszcie go znalazł – mówi z rezygnacją.

Nic jej nie cieszy, nic nie sprawia przyjemności, jedzenie smakuje jak trawa. – Każdy mój dzień to nierówna walka, w której stoję nago przed plutonem przepisów i prawem. Nie mogę ogłosić upadłości i zwyczajnie zbankrutować jak bogacze… – uśmiecha się ironicznie. – Jestem „złodziejem”, bo muszę pracować nielegalnie, żeby nie zdychać z głodu, ale ten, kto ukradł pałace, stał się ich właścicielem – dodaje.

– Wiesz, w pewnym biurze, które regularnie odwiedzam, poszukując pracy, przy czterech lśniących biurkach z czterema nowymi komputerami siedzą cztery piękne młode dziewczyny, które mają tylko jedno zadanie. Zgodnym chórem powiedzieć mi: – Nic dzisiaj dla pani nie mamy – mówi zrezygnowana.

Dlatego podjęła bardzo ważną decyzję. Popełni samobójstwo. Ona nie straszy, bo się tego bardzo boi i nie ma pojęcia, jak to zrobić, ale wie, że sposób się znajdzie, tylko nie wie, kiedy. – Czasem wydaje mi się, że każdy dzień to o jeden dzień agonii więcej, ale dopóki mam siłę, żyję. Codziennie TYLKO na jednym relanium. Nie stać mnie na więcej.

Historie prawdziwe

Historie są prawdziwe, zostały tylko zmienione i przemieszane dane, dla utrudnienia identyfikacji Osób Dramatu. Znam tych ludzi i spotykam ICH na co dzień. Znam ICH znacznie więcej niż troje, ale opisywanie kolejnych historii upadków mogłoby się ciągnąć w nieskończoność… Ci wspaniali walczący o swój status ludzie byli dla mnie inspiracją do napisania tego tekstu, a ich realne życie skłania tylko do jednego wniosku. Kiedyś budowali Ten Kraj swoją ciężką pracą, płacili podatki, wywiązywali się ze wszystkich zobowiązań, a kiedy dzisiaj potrzebują pomocy, Ten Kraj proponuje im śmieszne i nierealne antyrozwiązania, ujęte w rozdętą biurokrację. Miliardy wydawane są po to, żeby nadal zapełniać konta tych, którzy mają się świetnie i żeby bardzo wielu mogło powiedzieć tak niewielu, że nic dla nich nie ma.

Sytuacja ludzi staje się coraz bardziej tragiczna, a Mój Piękny Kraj nad Wisłą płynie nadal miodem i mlekiem TYLKO dla… UPRZYWILEJOWANYCH.

Rodzi się jednak pytanie, co może kiedyś, w najbliższej przyszłości (?) spotkać mnie, Ciebie, czytelniku tego bloga, NAS wszystkich?

Wyjaśnienie sytuacji

 – proszę uważnie wysłuchać wykładu Stanisława Michałkiewicza

Stanisław Andrzej Michalkiewicz (ur. 8 listopada 1947 w Lublinie) – polski prawnik, nauczyciel akademicki, eseista, publicysta i autor książek o tematyce społeczno-politycznej. Działacz opozycji w PRL. Współzałożyciel Unii Polityki Realnej.

Wykładowca w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. /wikipedia/

Serdecznie pozdrawiam Mój Piękny Kraj nad Wisłą

Z poważaniem, autorka

 

* M. Ossowska, Podstawy nauki o moralności, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1994, s. 299

Sierpień 18, 2013

Jądro ciemnoty *

ŻADNYCH ZDJĘĆ!

* W poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie czasem pytania, dlaczego jest jak jest, w jaki sposób powstaje przekonanie o wyższości jednej rasy nad drugą, czy jednego narodu nad innym i skąd bierze się ta wszechogarniająca głupota, pozwoliłam sobie zatytułować ten tekst parafrazując tytuł jednej z bardzo znanych książek. Mam nadzieję, że Joseph Conrad nie będzie miał mi tego za złe.

Autochton, tubylec, tuziemiec, aborygen, native, rdzenny mieszkaniec, to wyrazy bliskoznaczne. Określamy nimi ludzi od wieków zamieszkujących określone obszary geograficzne, na których, jak nazwa wskazuje, byli… pierwsi. Jakież zdziwienie budzi, kiedy strona synonim.net podaje takie wyjaśnienie terminu „tubylec”:

„dzikus, człowiek niecywilizowany”!

http://synonim.net/synonim/tubylec

Takie usytuowanie tubylca w świadomości twórców strony budzi niemałe zaskoczenie, ale to przecież tylko internet, nic naukowego, nie ma się czym przejmować. Czy naprawdę? A jeśli ktoś to przeczyta? Ktoś, kto przedtem nie miał pojęcia, kim jest tubylec? I na dodatek uwierzy? To dopiero może być kłopot.

I kłopot jest. Bo właśnie z takim odbiorem słowa tubylec nieustannie się spotykam. Autochton, tubylec, native… funkcjonują w świadomości części ludzi jako określenia pejoratywne. Wiemy doskonale, że to rdzenni mieszkańcy, ale to przecież ktoś inny niż my i niestety gorszy.

Samozwańczo i buńczucznie zajmujemy podium z numerem 1. Po prawej i po lewej jakieś miejsce drugie i trzecie, a potem… Nikogo.

Kto zawinił, czyli panowie stworzenia

Winowajców było wielu. Popychało ich do głoszenia teorii pragnienie zdobycia sławy, naukowych laurów lub usprawiedliwienia kolonialno-imperialnych działań. Herbert Spencer, ewolucjonista, w dziele Social Statics (1850) pisze, że imperializm przysłużył się cywilizacji usunięciem (exterminate) z powierzchni ziemi ras niższych. Z kolei w 1859 roku Karol Darwin wpadł na pomysł, że „rasy mniej rozumne zostaną wytępione” na skutek pewnego zawiłego procesu, w którym podczas rozwoju gatunków formy przejściowe między żyjącymi obecnie a „wymarłymi”, są zbyt szybko wypierane przez nowe i lepiej przystosowane (dlatego nie ma po nich śladów w badanych warstwach geologicznych). W walce o byt „udoskonaleni następcy” jakiegokolwiek gatunku będą więc dążyć do niszczenia poprzedników. W dziele O pochodzeniu człowieka (1871) Darwin napisał, iż między małpami i cywilizowanym człowiekiem istnieją takie „formy przejściowe” jak goryle i dzikusy i według niego obydwie są na wymarciu. Wywnioskował, iż z całą pewnością cywilizowane rasy człowieka wytępią i zastąpią na całym świecie rasy dzikie.

Mistrz Darwina, angielski geolog Charles Lyell, w Principles of Geology napisał:

Każdy rozprzestrzeniający się na dużym obszarze gatunek osłabia lub wręcz likwiduje inne gatunki. Jest też zmuszony toczyć nieustanną walkę z intruzami ze świata fauny i flory, podejmującymi próby jego usunięcia. Skoro nawet każdy z tych najmniejszych i najmniej znaczących gatunków w przyrodzie unicestwił tysiące innych – dlaczegóż my, panowie stworzenia, nie mielibyśmy tego czynić?

Pierwszy rasista

Anglosaskim pionierem rasizmu, na wiele lat zanim posądzany o stworzenie tej teorii Adolf H. przyszedł na świat, stał się pod koniec XIX wieku Robert Knox, szkocki lekarz, anatom i zoolog, głoszący pogląd, że Anglosasi są z natury rasą wyższą. „Naukowa” teoria Knoxa opierała się na stwierdzeniu, że wiemy jedynie, iż od zarania dziejów rasy ciemne były niewolnikami jasnych.  „Jestem skłonny wierzyć, że rasy ciemne na ogół muszą być fizycznie, a co za tym idzie i psychicznie słabsze” – pisał w dziele The Race of Man, gdzie można znaleźć również inne „naukowe” oceny typu: „mózg ras ciemnych jest, jak sądzę, generalnie ciemniejszy, a białe jego partie mają więcej tkanki włóknistej”, lub sąd wydany na podstawie jedynej obdukcji ciemnoskórego, jaką przeprowadził, znajdując „o jedną trzecią mniej nerwów w rękach i nogach niż u człowieka białego tego samego wzrostu i tuszy”; wniosek: „dusza, odruchy i rozum muszą, co rozumie się samo przez się, różnić się w takim samym stopniu.”

No cóż, „naukowe” teorie i dzisiaj mają swoją wagę, trudno się z nimi spierać, choćby dlatego właśnie, że są „naukowe”. Knox działał w czasach, kiedy uważano powszechnie, że wszystkie rasy są niższe od białej, a wsród białej prym wiedzie anglosaska. Zresztą trudno mu było zakwalifikować dokładnie, które z ras są „ciemne” lub „ciemniejsze”: „Czy Żydzi to rasa ciemna? A Cyganie? A Chińczycy? W jakimś stopniu ciemni są z pewnością; do tej kategorii należą także i Mongołowie, amerykańscy Indianie i Eskimosi, mieszkańcy prawie całej Afryki, Wschodu i Australii. Jakież to pole do działań eksterminacyjnych dla Anglosasów i reszty ras europejskich!”

Inny pogląd, choć równie katastroficzny dla ras niższych, głosił Winwood Reade, brytyjski historyk, badacz i filozof. W dziele Savage Africa (1864) pisał:

Afryka podzielona zostanie między Anglię i Francję. Pod europejskimi rządami Afrykanie osuszą bagna i nawodnią pustynie. Tą potwornie ciężką pracą mieszkańcy Czarnego Lądu prawdopodobnie wyniszczą się sami. Musimy zacząć traktować tego rodzaju zjawiska z zimną krwią. Jest to bowiem przykład przynoszącego korzyść prawa natury, które mówi, że ci słabsi muszą przez tych silniejszych zostać zgładzeni.

„Przepowiednia” nie sprawdziła się, choć zapewne „silniejsza”, głównie z powodu uzbrojenia po zęby,  acz dość leniwa rasa wyższa byłaby mile połechtana białym czarnym lądem, gdzie tubylcy całkowicie wyginęli, pozostawiając po sobie w wieczyste użytkowanie kwitnące ogrody, nawodnione pustynie i bogate farmy….

Pobieżny przegląd XIX-wiecznych „teorii naukowych”, skupionych jak się zdaje niemal wyłącznie na rasach niższych i ich eksterminacji, prowadzi do jednego wniosku, że tępienie rdzennej ludności dla imperialnej Europy było celem samym w sobie. Celem w zasadzie bezproduktywnym. Po cóż bowiem przygotowywać naukowy grunt pod eksterminację jakiejkolwiek rasy, skoro jej przedstawiciele dobrze karmieni, traktowani i opłacani mogliby być cenniejsi i bardziej wydajni? Logiczne jest, że w tej komfortowej sytuacji mogliby z przekonaniem i dozgonną wdzięcznością pracować dla dobra imperialistów, wydobywać co jest do wydobycia, oddawać więcej niż biblijną dziesięcinę, a nawet błogosławić swoim panom po wsze czasy.

Czy „naukowa” eksterminacja ras niższych wynikała więc tylko z głupoty, czy z chciwości, czy ze sposobu myślenia… Może z ciemnoty? Czy „świat nauki” zastanawiał się wtedy, prorokując zagładę ras niższych, nad przyszłością? Gdyby rzeczywiście z powierzchni Ziemi zniknął „ostatni murzyn”, kto wtedy pracowałby w kopalni lub na plantacji. Biały?

A może było to raczej przeczucie, że głoszenie tych teorii uprawomocni opinię o de facto słabszych i zdegenerowanych białych w odniesieniu do ras niższych, które w rzeczywistości wcale nie są i nigdy gorsze, słabsze czy niższe nie były. Nie od dziś wiadomo, że stosowanie przemocy wynika ze słabości, kompleksów i tchórzostwa.

Splendor i majestat…

Głoszone z takim zapałem „teorie naukowe”, zrodzone głównie z chęci zysku i sławy lub splendoru przynależności do królewskich towarzystw różnych nauk, w gabinetach, pracowniach i ograniczonych mózgach sprawiły, że późniejsze ludobójstwa w koloniach kwitowano wzruszeniem ramion i traktowano jako niezbędne koszty postępu cywilizacyjnego, którego koniecznym  narzędziem stała się również wojna.

 „Najwybitniejszy Brytyjczyk wszech czasów” Winston Churchill, późniejszy laureat literackiej nagrody Nobla, napisał w swojej autobiografii Moja młodość, o słynnej bitwie pod Omdurmanem, stoczonej 2 września 1898 roku na terytorium Sudanu z powstańcami, gdzie przebywał jako korespondent „The Morning Post” w ten sposób:

Coś takiego jak bitwa pod Omdurmanem już nigdy się nie wydarzy” (…) „Było to ostatnie ogniwo w długim łańcuchu widowiskowych konfliktów, których splendor i majestat przydawały wojnie tyle blasku.

To właśnie w tej bitwie po raz pierwszy wypróbowano kanonierki, broń maszynową, karabiny powtarzalne i pociski dum-dum.

Być może tego właśnie przestraszyli się Francuzi. Trwający między Anglią i Francją „Wyścig o Afrykę” i imperialna rywalizacja w koloniach zakończyła się „incydentem” w Faszodzie, kiedy rząd francuski nakazał 3 listopada (równe dwa miesiące po Omdurmanie) wycofać się swoim wojskom z terytorium Sudanu.

„Wolne” Państwo Konga

Nie można pominąć w tej historii nieocenionego w swych działaniach eksterminacyjnych Leopolda II Koburga, króla Belgów 1865-1909. On już niczego nie głosił, „nauka” zrobiła to za niego, uzasadniając w pełni jego działania. Jego następcy, włącznie z Adolfem H. i kolejnymi mordercami byli tylko „spadkobiercami” idei króla.

Leopold miał tę przewagę nad resztą świata, że obejmując tron belgijski, został jednocześnie w 1885 r. władcą Wolnego Państwa Konga, środkowoafrykańskiej kolonii (obecnie Demokratyczna Republika Konga, o której pisałam w tekście Krew na moich rękach). Prywata, własność, niewolnictwo, rabunkowa gospodarka, to tylko słowa, takie same jak tubylec. Nie było wtedy internetu i nikt nie miał pojęcia, jakich dokładnie zbrodni dopuścił się na swoim folwarku miłościwie panujący i otaczany szacunkiem król, pozyskując kauczuk i kość słoniową. Niewątpliwie był jednym z największych zbrodniarzy w historii, szacunki mówią, że wymordował 8-10 milionów Kongijczyków, ale nadal parki, szkoły i przeróżne instytucje noszą jego imię.

8 lub 10 milionów to jednak w dalszym ciągu więcej niż 6, więc czy to nie dziwne, że jego pomniki nadal zdobią ulice nie tylko Brukseli?

Szaleństwo Leopolda ujawnił w 1908 roku dziennikarz i polityk Edmund Dene Morel. Kongo pod patronatem Leopolda, faktycznie jego własność prywatna, miało być polem działania misjonarzy, filantropów i prowadzić otwarty handel. Jednak prawdziwą władzę sprawowały w nim podległe królowi spółki handlowe. Kwitły więc niewolnictwo i rabunek, a popełniane tam w owym czasie okrucieństwa są nie do opisania – przy czym obcinanie rąk, gwałty, wymyślne tortury czy palenie wiosek to tylko…  ówczesne „standardy”.

Do kampanii przeciw nieludzkiemu traktowaniu Kongijczyków i belgijskim zbrodniom włączyli się, oprócz Edmunda Dene Morela, Roger Casement, dyplomata i pisarze Joseph Conrad (Jądro ciemności), Anatol France, Mark Twain czy Arthur Conan Doyle.

Szczególną postacią w aferze kongijskiej jest Roger Casement, który spędził w Afryce około dwudziestu lat jako pracownik kompanii handlowych, i później jako brytyjski dyplomata. Stał się on również bohaterem powieści Mario Vargas Llosy Marzenie Celta. Casement zbierał dane o sytuacji w Kongo i sporządził raport, w którym zawarł szczegółowe informacje o łamaniu praw człowieka. Przedstawił go brytyjskim władzom w 1904 roku. Raport zawierał m.in. zdjęcia okaleczonych i przetrzymywanych w przymusowych obozach ludzi. Po powrocie z Konga do Anglii, Casement zaangażował się w kampanię Towarzystwa Przeciw Niewolnictwu. W czasie swojej pierwszej wizyty w Kongo w roku 1890 spotkał się z Józefem Conradem Korzeniowskim, który przypłynął tam, jako dowódca belgijskiego statku. Wiadomo, że obaj wymieniali informacje i opinie o tym, o czym każdy z nich „wolałby zapomnieć”.

Skoro jednak udało się wytępić już Indian w Ameryce Północnej, Hotentotów w Afryce Południowej, mieszkańców wysp na Morzu Południowym, Aborygenów w Australii, Guanczów na Wyspach Kanaryjskich, w jaki sposób mogli przed imperium obronić się Kongijczycy?

Skandal i afera, które wybuchły z powodu przecieków informacji o kongijskim ludobójstwie, dzięki pracy zaangażowanych w sprawę i zainteresowanych losami pokrzywdzonych, doprowadziły do przejęcia kontroli nad Kongo przez państwo – niestety Belgię. Tereny Konga były zbyt cenne, by łatwo je oddać lub prowadzić tam „charytatywne” interesy.

W wywiadzie przeprowadzonym przez Artura Domosławskiego z Mario Vargas Llosą, laureatem Literackiej Nagrody Nobla, czytamy o Leopoldzie:

Czasem otacza go wręcz legenda humanisty – i to nie tylko w Belgii. W niektórych książkach historycznych w Europie nadal można przeczytać, że był idealistą, że chciał przynieść Afryce cywilizację… Niestety, tragedia Konga trwa do dziś: to kraj chaosu, wojen, który nigdy nie stworzył nowoczesnych instytucji, nigdy nie miał demokracji. Praprzyczyną jest destrukcja społeczeństwa, jakiej dokonał belgijski kolonializm.

Statkiem i krzyżem

Chrystianizacja, cywilizacja, postęp… to maski, które spowodowały, że narodziła się wiara w potęgę kolonialistów – morderców, złodziei, rabusiów najgorszego autoramentu. Przylgnęły one do świadomości europejczyków jak pijawki, którymi Europa leczyła przez wieki wszystkie choroby (to dopiero ciemnota) i pozostały na jej plecach do dzisiaj. Dlatego myślenie o wyższości nad rdzennymi mieszkańcami i uznawanie ich za gorszych, jest nadal powszechne. Nadal funkcjonuje w określeniach typu: „dzicz”, „czarnuch”, „asfalt”, „smoluch”, „żółtek”…

Barbarzyńcami wcale nie byli ani wtedy, ani nie są nimi dzisiaj, rdzenni mieszkańcy. Byli nimi wyłącznie europejczycy, którzy na swoich statkach przybywali na nowe ziemie. Społeczności te składały się z fanatycznych misjonarzy, zaślepionych niesieniem wiary, przerażonych widokiem nagich ciał, uświadamiających im ich własną grzeszność, z „zesłanych” w tropiki gubernatorów, wojskowych i ich rodzin, nienawidzących insektów, malarii, uznających tubylców wyłącznie za podgatunek, dzikusów czy małpy, z wielkiej rzeszy marynarzy, podążających w ślad za nimi dziwek, biedoty, przestępców i wszelkich degeneratów, których Europa koniecznie chciała się pozbyć.

To właśnie oni zbudowali Nowy Świat, a dzisiaj to przerażające dzieło kontynuują ich potomkowie.

Sven Lindqvist w książce Wytępić całe to bydło pisze:

Europa, ta przedindustrialna, nie miała wiele do zaoferowania reszcie świata. Najważniejszym towarem eksportowym była przemoc. W owym czasie byliśmy traktowani w świecie jako koczowniczy lud wojowników, podobny Mongołom i Tatarom. Oni władali z końskiego siodła, my z okrętowego pokładu.

Kolor pieniędzy

Na wszystkich ziemiach, na których żyły różnokolorowe rasy i narody, w Kanadzie, Ameryce Północnej, Australii, teraz króluje rasa biała, Ameryka Środkowa i Południowa mówią po hiszpańsku i portugalsku, w Afryce na pięknie i bogactwach całego kontynentu położyli swoje chciwe łapska… biali. Kiedyś na wszystkich tych ziemiach ludzie mieli pod dostatkiem wody, ziemi, zwierząt i ryb. Potem odebrano im ziemie i wyeksploatowano je, wycięto ich lasy i wybito zwierzęta, przywleczono „francuskie” choroby, które ich zdziesiątkowały lub całkowicie wytrzebiły niektóre populacje. A jeśli rdzenni mieszkańcy umierali, dla europejczyków, zgodnie z teorią Knoxa, był to tylko niezbity dowód na ich przynależność do rasy niższej.

Teraz ci, którym udało się mimo wszystko przetrwać, są jedynie biedotą we własnych krajach, rządzonych przez skorumpowanych, sowicie opłacanych białymi pieniędzmi, urzędników.

Refleksyjne seppuku

Dzisiaj w dalszym ciągu trwa eksploatacja „czarnych lądów”, tylko już inaczej. Teraz potrzebujemy ubrań, które przez 14 godzin dziennie szyją dla największych światowych marek dzieci w Indiach, Pakistanie, Sri Lance, Bangladeszu… Potrzebujmy komórek, smartfonów, iphonów, tabletów, laptopów, notebookoów, playstation, nawigacji satelitarnej, które produkowane są z „minerałów konfliktu”. Chcemy konsumować, jeść, kupować, wymieniać na nowe, lepsze, piękniejsze… żeby nasze życie wyglądało jak na kolorowych obrazkach w wiodących magazynach lajfstajl.

Teraz potomkowie zdobywców Nowego Świata dumnie władają nim z wysokości korporacyjnych penthouse’ów, a legendy Greyów, pięknych, młodych i bogatych mężczyzn, tworzone przez domorosłe leciwe pisarki, podsycają wyobraźnię studentek. I niemal wszyscy zdają się zapominać, że każdego dnia stare modele wypierane są przez nowe, a technologia nie zna litości.

Korporacyjny darwinizm opiera się na stabilnych podwalinach i niesie z sobą jedyne przesłanie, że „niższe” ulegnie zagładzie i zostanie wyparte przez „ulepszonych” następców. W tej chwili wszyscy CEO na świecie powinni doznać olśnienia i w chwili refleksji popełnić seppuku. Z ewolucją nie mają żadnych szans.

Poczucie bezpieczeństwa

Dalekie kontynenty, amazońska dżungla, tropiki, Karaiby i „czarne lądy” są już tylko mitami funkcjonującymi w świadomości zbiorowej klientów biur podróży, jako miejsca dające klimatyzowaną ochłodę w pięciogwiazdkowych hotelach, pozwalające oderwać się od pracy i trudów świata „cywilizowanego”. Dają możliwość zetknięcia się z przygodą, fascynującym, nieznanym światem dzikich (?) plemion. W trakcie tych podróży o współczesnym niewolnictwie i kolonializmie przy eleganckim stole mówić nie wypada, mamy święte i niezbywalne prawdo odpoczywać na urlopie. Poprawność polityczna jako rodzaj lobotomii sprawia więc, że bijemy brawa dla zwyżek giełdowych indeksów i jesteśmy przerażeni, kiedy spadają ceny złota, szanujemy bogaczy za stan ich kont i modlimy się do (niestety) ich pieniędzy, biorąc kolejny kredyt na opłacenie podróży poślubnej, dom, samochód czy cokolwiek…

Pozwalamy sobie również na rzecz niewybaczalną – zapominanie o tym, skąd to wszystko się wzięło.

Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że całe bogactwo białego zachodniego świata jest zbroczone krwią różnokolorowego świata dawnych i współczesnych niewolników. Pozwalamy sobie także na wielkie umysłowe lenistwo, by znając kilka języków, mając możliwość podróżowania i zdobywania wiedzy, w dalszym ciągu traktować napotkanych w ich własnych egzotycznych krajach ludzi, jak niewolników. Wymagamy od obsługi szacunku, stąpania wokół nas na palcach, wciskając w ich ciemnoskóre dłonie po dolarze za wniesienie walizek. Czujemy się panami sytuacji i niezmiennie sądzimy, że jako „rasa wyższa” mamy do tego prawo.

Jesteśmy przy tym bardzo, ale to bardzo nieostrożni, wszak każdy myślący człowiek ma świadomość, że nic nie trwa wiecznie… Powinien mieć.

Kiedy z wysokości ostatniego piętra ekskluzywnego studio w Rio de Janeiro spogląda się na położone nieopodal w dole favele, świadomość, że nasze pilnie strzeżone i ogrodzone drutem kolczastym pod napięciem osiedle, jest bezpieczne, to tylko iluzja. Czasem przychodzi po prostu taka myśl, że „ich” jest więcej i że „nas” nienawidzą.

Lektura

Joseph Conrad – Jądro ciemności

Sven Lindqvist – Wytępić całe to bydło

Sven Lindqvist – Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją

Mario Vargas LLosa – Marzenie Celta

Abdellatif Kechiche – Czarna Venus (Venus Noire) film

%d bloggers like this: