Archive for Styczeń, 2013

Styczeń 21, 2013

Warszawa – Babilon ostatnich czasów,

czyli nowa ‘polska bohaterka’?

Obudziliście się kiedyś z tytułem brzmiącym w głowie jak rozkaz? Ja dzisiaj tak. Odkąd przetarłam zaspane oczy, wiedziałam, że muszę o tym napisać.

24 lata temu poznałam mojego przyszłego męża. Pracował wtedy w Warszawie, ale pochodził (jak większość ‘warszawiaków’) z małego miasta w Polsce C. Na początku znajomości odwiedzaliśmy się wzajemnie dość często. Kiedy kończył pracę, łapał okazję i po kilku godzinach mogłam go już przytulić. Kiedy nie mogliśmy się rozstać, zabierał mnie z sobą i nocnym pociągiem jechaliśmy do stolicy. On szedł do pracy, ja do jego wynajętego mieszkania, żeby sprzątnąć, czy ugotować.

Z tamtego czasu Warszawę pamiętam jako miasto, szare, straszne i brudne. A najlepiej zapamiętałam Centralny. Głównie bezdomnych, narkomanów i prostytutki. Dzieciaki z ‘dworca zoo’. Młodych ślicznych lub nieładnych chłopców, wdzięczących się do ‘tatuśków’, złodziejskie dziecięce bandy, ‘etatowych żebraków’, stragany z dobrobytem Zachodu rozłożone gdzie popadnie i obrzydliwą wodę, z której nie dało się zrobić herbaty.

Mężowi złożono wtedy propozycję nie do odrzucenia. Oferta pracy i mieszkanie w Warszawie centrum. Na własność! Powiedziałam: ‘Nie’. I zostaliśmy w Polsce C. To nie jest najważniejsze, jak potoczyły się nasze losy i ‘co by było gdyby…’, ale to, że udało mi się tam nie zamieszkać.  Do tej pory poczytuję sobie tę decyzję za wielką życiową mądrość i cieszę się, że tak zdecydowałam. Bajanie o tym, że Warszawa to ‘miasto szans’, można dzisiaj najwyżej skwitować pustym śmiechem.

Warszawa współczesna to miasto pozbawione klimatu, w którym przeszłość i tożsamość dawno już odeszły w zapomnienie wraz z wymierającym pokoleniem, pamiętającym jeszcze znaczenie słów ‘Bóg, Honor, Ojczyzna’ lub po prostu ‘człowiek’. Jest wyższa niż była, większa, brudniejsza, głośniejsza i straszniejsza niż kiedykolwiek. Można tu co prawda jeszcze jakoś zarobić, ale od Polski C różni się tylko tym, że więcej w niej śmieci. Ktokolwiek czuje się dumny z tego, że żyje w tym mieście, ma poważny problem. Miasto sprawdza się natomiast świetnie jako izolacja dla miłości, zażyłości, empatii i innych ludzkich uczuć. Oczywiście ludzie tu żyją, pracują, kochają, mnożą się… jak wszędzie. Miasto grzeszy brakiem pokory i wyniosłością władcy, przechadzającego się w purpurze  podczas gdy poddani widzą jego nagość. W dodatku brzuch obwisł, pośladki straciły jędrność, a rachityczne, pozbawione mięśni kończyny są ledwie w stanie udźwignąć ciężar ciała i korony.

Administracyjnie Warszawa jest stolicą, ale. Nic z niej nie promieniuje. Ani na kraj ani na Europę. Społeczność tego miasta powinna być właśnie taka z założenia. Prowadzić, dowodzić, nadawać ton. A znaleźć tu można w większości miałkość nad miałkościami, z którą naprawdę nie mam najmniejszej ochoty się identyfikować, a już najmniej podawać komukolwiek za wzór. Widać to codziennie w sieci, na ‘blogach roku’, w tv, radiu… Warszawka. Zadupie jakich mało, niebotycznie drogie, szare, zadęte, bez klasy, z kompleksami. Środowiska twórcze bądź opiniotwórcze, za jakie chciałyby uchodzić, nie istnieją, mądrych ludzi jak na lekarstwo, ważne, żeby mieć lifting, botoks, lans, ciuch, ‘ścieżkę’. Tutaj portfel już dawno zastąpił intelekt, a synonimem życia jest ‘życie towarzyskie’. Tak zwane elity zbliżają się z niebezpieczną prędkością do j-elit, skąd, jak wiadomo, zostaną równie szybko wydalone i spuszczone w klozecie.

‘Warszawa żegna wieś’, tak udało się kiedyś Robertowi Gawlińskiemu (chyba na haju) po imprezie w Opolu, o ile pamiętam w 2007 r., pożegnać w niezręczny sposób swoich fanów. Słodkie, prawda? Kiedy ktoś z ‘prowincji’ podniesie głowę i ‘obszczeka’ warszawkę, albo podniesie nogę i ją ‘oleje’, odzywają się watahy obrońców, że to z powodu kompleksów, jakie ma prowincja wobec stolicy. Żal d*pę ściska, bo jakiż kompleks mogą mieć piękne, zielone i przyjazne miasta, z ludźmi mówiącymi sobie ‘dzień dobry’, wobec stalowo-szklanego molocha najeżonego reklamami, gdzie korpostyl życia stał się religią, język polski zastępuje już oficjalnie ponglisz, a słowo modelka lub aktorka stało się synonimem dziwki.

Warszawa, jak Los Angeles, wchłania codziennie swoich ‘meksyków’ z prowincji czy krajów ościennych, wieczorem wypluwa zużytych i zmęczonych. Pewnie, gdyby cała jej ‘obsługa’ jutro nagle wyjechała, zalałaby ją rzeka fekaliów. Kto umyłby wszystkie kible w domach i firmach, kto by odkurzył, wyrzucił śmiecie, zrobił zakupy, zajął się dziećmi, ugotował obiady… Redaktorzy, redaktorki, celebryci, politycy, prawnicy, lekarze, menedżerowie różnych szczebli mieliby przechlapane. Ale może właśnie dlatego, że ta siła robocza jest tak… ‘prowincjonalna’, szacunku do niej brak. A co sami sobą reprezentują ci ‘lepsi’? Zobaczcie na…

Zresztą, po co mam podawać linki, i tak wszyscy wiedzą, gdzie zobaczyć ostatnie wypowiedzi medialnych zabotoksowanych potworków na tematy modelek, seksu, zarabiania, można też zobaczyć cenniki, usłyszeć o ‘modelkch medialnych’, dowiedzieć się, że „lepiej dać dupy jako modelka, niż jako niemodelka” oraz z niemym zdziwieniem zauważyć, że rodzi się w naszym pięknym jeszcze kraju nad Wisłą nowa ‘bohaterka’. Kto? kur*a. A któżby inny? Tak u nas zwykle bywało, a pisał o tym jeszcze Sz.P. Marek Głowacki, pisarz. W felietonach „Z głowy” wspominał owe panie, dawniej prosperujące jako luksusowe mewki, które powychodziły za mąż za Włochów czy Niemców, a obecnie powracały z kasą jako ‘pierwsze damy’ biznesu, perfumiarstwa, dobroczynności…

„Dla mnie to są bohaterki. Kobiety, które same, ciężką pracą budują sobie przyszłość i dostatek” – mówi o paniach najstarszego zawodu świata pan Marek Raczkowski, rysownik. Oczywiście jako bywalec i znawca, ma kwalifikacje, by składać takie oświadczenia. Seksafera ze stręczycielstwem,  ‘modelkami’ i medialnymi potworkami w tle zabawna nie jest. W efekcie może się przecież udać jej ‘bohaterom’ przekonać młode Polki do rzucenia prawa, medycyny czy architektury i wzięcia na serio we własne ręce, nomen omen, tego biznesu. Co na to rodzice? Może też po bohatersku odłożą dyscyplinę, bo w końcu… się nie wymydli, a bunga-bunga w Londynie, Mediolanie, Berlinie, Paryżu czy Dubaju to świetny start wielu współczesnych karier.

Stanęliśmy na skraju przepaści (powiedział onegdaj towarzysz ‘Wiesław’ – Władysław Gomułka), a teraz uczynimy ogromny krok naprzód. Ten krok to kompletne zidiocenie, a warszawka w tym przoduje. Codziennie dowiadujemy się, jak to jest fantastycznie kogoś pobić, schlać się, prowadzić auto po pijaku, zmieniać partnerów jak rękawiczki, załatwiać przez pościel interesy, pokazywać goły tyłek… Oglądamy, czytamy i słuchamy na co dzień mnóstwa medialnych potworków, młodzież mawia, że się tym ‘jaramy’, a mnie zawsze zastanawiało, dlaczego wydawałoby się normalni ludzie potrzebują oklaskiwać kogoś, kto nie umie śpiewać, ale umie zdjąć majtki, i jeszcze mu za to słono płacą. Normalny człowiek powinien mieć świadomość, że to cyrk ze stadem małp. Brutalnych, gotowych na wszystko, z manią wielkości, rozdętym ego, niestety… bezpodstawnie.

Sugeruję na dowolnym warszawskim placu umieścić pomnik ‘nowej polskiej bohaterki’ w dowolnej pozie (kamasutra udostępnia ich spory wybór), a w wikipedii jutro powinno pojawić się nowe hasło. Może brzmieć mniej więcej tak: „Ku*wa – ‘nowa polska bohaterka’, kobieta ciężko pracująca, zarabiająca nierządem na swoją przyszłość. Tu pojawią się nazwiska prekursorek, opatrzone krótkimi osiągnięciami i cenniki w kilku walutach. Następnie znajdzie się wzmianka o pomniku i jego twórcy, jak również ważnej osobie, która przecięła wstęgę na otwarciu. Będą też szczegółowo opisani i obfotografowani wszyscy celebryci, którzy wzięli udział w imprezie, projektanci ich butów i torebek, potem znajdziemy informacje o nowo powstałym na jakiejś prywatnej uczelni kierunku studiów… Co jeszcze? Publikacje, filmografia, linki.

Enjoy, Warsawka! Jesteśmy dzięki tobie na dnie. 

Styczeń 19, 2013

‘Proszę Państwa’

NIE MA TEORII – JEST RZECZYWISTOŚĆ

Wszystko zostało już powiedziane, ponieważ jednak nikt nie słucha, trzeba wciąż zaczynać od nowa. /André Gide /

charlie

Fot. internet

Człowiek, jeśli chce normalnie żyć, po ludzku, musi mieć zaspokojone podstawowe potrzeby. Trzeba więc mieć zdrowie, żeby pracować, pracę, żeby móc się utrzymać lub leczyć i dach nad głową. A jak się okazuje, dzisiaj to zadanie niełatwe. Pracy przeważnie nie ma, na leczenie nie ma co liczyć, a tanie jedzenie zdrowiu nie służy. Pensje są skrajnie niskie, koszty utrzymania bandycko wysokie, coraz trudniej mieć dach nad głową, a wiadomo, że pod mostem źle się sypia i na dodatek bezsenność powoduje halucynacje. Lepsze znikąd nie nadchodzi i pętla się zaciska.

Zaklęty krąg

Znajomy alkoholik zwierzał mi się kiedyś z tego, że ‘żona go nie rozumie’. Całkiem zagubiony w rzeczywistości, nie mogąc zrozumieć tego, co się wokół niego dzieje, zadał mi pytanie: ‘Czy ona chce odejść, bo ja piję, czy ja piję, bo ona chce odejść?’ Dobre pytanie. Żeby znaleźć na nie odpowiedź trzeba się jednak zagłębić, a nie jest to dzisiaj zajęcie zbyt popularne. Nikt się nie zagłębia. Nie ma czasu, bo pracuje, nie ma ochoty, bo jest zmęczony, może jest to zbyt trudne, wymaga poświęcenia. Lepiej ‘odpocząć’ przed tv, zagrać w najnowszą wersję jakiejkolwiek gry, wypić kawę w którejś galerii handlowych, do których podobno (tak mówią na mieście) przeniosło się życie towarzyskie.

Trawestując powyższe pytanie, można je zadać na milion bliższych współczesności sposobów: Bankrutuję, bo mam depresję, czy może mam depresję bo bankrutuję? Chcę popełnić samobójstwo, bo nie mam wyboru, czy jednak nie mam wyboru i z tego powodu chcę popełnić samobójstwo? Czy nie stać mnie na nic, bo ceny są za wysokie, czy jednak ceny są za wysokie i dlatego mnie na nic nie stać? Czy muszę żyć na kredyt z duszą na ramieniu, czy żyję z duszą na ramieniu, dlatego właśnie, że żyję na kredyt? I w ogóle, jak mam ku*wa żyć? I proszę mi nie zarzucać, że używam wyrazów, bo mam mały zasób słów. Używam wyrazów, bo jaka rzeczywistość takie wyrazy, poza tym moja cierpliwość już się skończyła. „Prawdziwy inteligent wie, kiedy rzucić k…”, napisał w Newsweeku Mariusz Cieślik. Profesor Miodek uznaje w swoim znanym wykładzie wypowiadanie tego słowa za wyrażanie emocjonalnego stosunku do rzeczywistości, a jeden z blogerów napisał, że „trafnie użyty wulgaryzm jest doskonałym instrumentem opisu świata”. Naprawdę trudno mi ciągle posługiwać się eufemizmami, być kulturalną i asertywną, stonowaną, opanowaną. Kiedy się potykam i łamię palec, głośno przeklinam. W tych okolicznościach wypowiedź: „bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek. Nasuwa mi to złe myśli o władzach gminy” [z wykładu prof. Miodka] wydaje się mocno nie na miejscu.

Jednak, kiedy potykam się na ulicy i łamię palec, to jest wypadek. Może on wynikać rzeczywiście z ‘nierówności chodnika’, lub mojej nieuwagi, połączenia tych czynników, jak też faktu, że ktoś zapomniał odśnieżyć albo podeszwa buta właśnie zawołała: ‘Jeść!’ Niemniej okoliczności napoczęte przeze mnie, nie są takimi, nie są przypadkowe i najmniej wynikają z mojej winy. Sytuacja, w której się znajduje większość społeczeństwa tego kraju dzisiaj i bardzo wielu społeczeństw innych krajów (może z wyjątkiem Szwecji), nie ma nic wspólnego z ‘nierównościami chodnika’ i  zbliża się raczej do wizji ‘koszmaru z ulicy wiązów’, kiedy sufit spada na głowę, ściany niebezpiecznie zbliżają się do uszu i naprawdę nie ma dokąd spie*dalać. Mieliście kiedyś taki sen?

‘Prawo do’

Oprócz zaspokojenia podstawowych potrzeb, człowiek ma określone konstytucyjnie prawa. Jakie? Mnóstwo i one są naprawdę dziwne… U nas wygląda to przykładowo tak:

Art. 32.

Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania

przez władze publiczne.

2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym

z jakiejkolwiek przyczyny.

Dyskryminacja w życiu społecznym – nie muszę chyba nikogo przekonywać, że zawsze wygra ‘lepszy’ – ładniejszy, młodszy, lepiej ubrany, bardziej pachnący… choćby głupszy. Nigdy nie wygra brzydszy, starszy, schludny ale biedny. Temu pierwszemu ‘diabeł dzieci kołysze’, a temu drugiemu ‘wiatr w oczy wieje’, nie wspominając nawet o międzypłciowych, międzyrasowych czy międzyetnicznych patologiach.

Art. 47.

Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego

imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

Ochrona życia prywatnego w dobie internetu i wszechobecnych systemów monitoringu? Decydowanie  o swoim życiu osobistym? To pierwsze jest niestety już niemożliwe, a to drugie ma zwykle zakres wyznaczony przez koniec szczoteczki do zębów…

Art. 68.

1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają

równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków

publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.

(…)

Równy dostęp do opieki zdrowotnej? Czy ja śnię? Ostatnio usłyszałam, że ‘nie ma już limitu’ i że nikt ‘z własnej kieszeni za mnie nie zapłaci’, a jak chcę ‘mogę się leczyć prywatnie’! Więc jednak nie ‘równy dostęp’, a ‘limitowany’. Zdecydowana różnica.

Analizowanie wszystkich ‘praw do’ nie ma sensu, zacytowałam te najbardziej w ostatnim czasie dyskutowane i najbardziej podstawowe. Niestety, widać jak na dłoni, że przytoczone cytaty, gdyby nie to, że pochodzą z Konstytucji RP i jest to karalne, byłyby przynajmniej do obśmiania, jeśli nie do stworzenia zarzutów, że są zwyczajnym kłamstwem. Fraza ‘prawo do’ pojawia się w Konstytucji RP ‘tylko’ 31 razy na 52 strony – średnia 1,67.

‘Sens życia’

A co z innymi potrzebami, mniej podstawowymi, i jak udowodniono niezbędnymi człowiekowi do prawidłowego funkcjonowania? Co z rozwojem? Co z optymalnymi warunkami do zycia i wzrastania?

Psychologiczna teoria A.H. Maslowa, przedstawiana graficznie w formie piramidy, wyodrębnia dwie grupy i kilka podgrup potrzeb człowieka:

I potrzeby niższego rzędu:

  1. podstawowe – fizjologiczne
  2. stabilizacji – bezpieczeństwa

II wyższego rzędu:

  1. społeczne – afiliacji (przynależności i miłości)
  2. odbioru społecznego – szacunku i uznania
  3. samorealizacji – wiedzy,  estetyki,  intelektualne

Bez kategorii – określenia sensu życia

Masłow ustalił hierarchię wyższych i niższych potrzeb, stwierdzając że wyższe potrzeby mogą powstawać tylko wtedy, gdy niższe zostaną dostatecznie zaspokojone – w sytuacjach konfliktowych niższe potrzeby zawsze dominują i biorą górę nad wyższymi. Prawidłowe zaspokajanie potrzeb biopsychicznych, odpowiednio do warunków, w jakich znajduje się człowiek, jest podstawą jego zdrowia. Niezaspokajanie lub błędy w zaspakajaniu potrzeb biologicznych prowadzą do powstania zmian chorobowych w organizmie, a nieprawidłowe zaspokajanie potrzeb psychicznych powoduje zaburzenia w zachowaniu, wyzwala mechanizmy obronne, prowadzi do konfliktów jednostki z otoczeniem, może być powodem powstawania nerwic oraz chorób psychicznych.

Wniosek nasuwa się jeden: ‘wyprodukowane’ w ostatniej dziesięciolatce niemal w 1/3 bezrobotne społeczeństwo (według badań Instytutu Gallupa realne bezrobocie [w Polsce] wśród kobiet wynosi 33 proc., a wśród mężczyzn – 30 proc. [dane z lipca 2012]) z powodu niezaspokajania lub wadliwego zaspokajania wymienionych przez Masłowa potrzeb człowieka, jest niemal całkowicie dysfunkcyjne. Wystarczy zwrócić uwagę na zaburzenie tylko jednego elementu tej piramidy – potrzeby bezpieczeństwa, nie wspominając już o niemożności określenia ‘sensu życia’, co jest możliwe tylko przy skorzystaniu z mądrości nieśmiertelnego Monthy Pythona. Konsekwencje tego procesu są widoczne gołym okiem. W jaki sposób może być zdrowy psychicznie i fizycznie menadżer w jednej z firm, żonaty, z dwójką dzieci, z kredytem hipotecznym na budowę domu, który dwa miesiące temu stracił pracę i jeszcze nie znalazł nowej? I co taki człowiek powinien zrobić? Pracy nie stracił, ponieważ ją zaniedbał, ale z powodu… redukcji etatów. Czy on powinien iść na bazary, kupić samopał i strzelić sobie w łeb, uprzednio pozbawiwszy życia małżonkę i rzeczone dziatki? Wiem, ten przykład jest ekstremalny, ale wymieniony menadżer to postać autentyczna. Niech mi więc ktoś odpowie na to pytanie, i niech nikt nie mówi, że ON może liczyć na czyjąkolwiek pomoc. Został mu wdrukowany schemat, że jeśli tak się dzieje, to ON jest temu winien. ON jest nieudacznikiem i nie umie się odnaleźć w gospodarce wolnorynkowej. Ostatnio odwiedza więc psychiatrę, który faszeruje go prochami. No pięknie, proszę Państwa, proszę Prezydenta, proszę Premiera i proszę Ministrów, proszę Urzędników. Pięknie.

‘Szklane domy’

Lekarstwem na te i inne ‘bolączki’ i odpowiedzią na zadane tutaj pytania (można zadać dowolne własne) są kursy dla tych, którzy ich nie potrzebują, lub takie, które są sztuką dla sztuki i nie wnoszą w życie kursanta żadnych zmian, konkursy, w których zawsze wygrywa figurant albo sms, zajęcia w podgrupach dla wtajemniczonych, specjalistyczne zespoły powoływane do badania spraw, zakładające drogie biura, wyposażane w najnowszy sprzęt, stowarzyszenia, panele, inicjatywy, ustalanie pilnych potrzeb, sterowane dyskusje medialne, setki tysięcy stanowisk pracy dla… obsługujących tego molocha urzędników. Bo przecież za drzwiami, do których zapukasz, kiedy na przykład stracisz pracę, musi być ktoś, kto ci powie, że nic dla ciebie nie ma… Potem zajmie się kolejnym ważnym raportem, sprawozdaniem, podsumowaniem, tygodniowym, miesięcznym, kwartalnym lub rocznym, zerując setki okienek w skomplikowanych, drogich i rzadko poprawnie działających systemach. Każdy petent będzie w nich zewidencjonowany, dokładnie opisany, włącznie z paragrafami, ustawami, uchwałami i wewnętrznymi przepisami odnośnie tego, że nic dla niego nie było. Na zakończenie jakiegoś korpo-urzędniczego cyklu towarzystwo wyjedzie do leśniczówki na imprezę integracyjną. Menadżerowi bez pracy z kredytem hipotecznym przyjdzie tylko siąść i płakać.

Miliony złotych i innych walut, wydanych na stworzenie wielozpoziomowych biurokratycznych struktur, zupełnie do niczego nieprzydatnych, są z punktu widzenia obywatela wyrzucone w błoto. Z punktu widzenia tego, kto obywatela obsługuje, dobrze rozdysponowane. Obywatel bowiem uznany został przez państwo już dawno za całkowicie niepełnosprawnego i zaistniała pilna potrzeba zaopiekowania się nim. 50% wypracowanego dochodu Obywatel oddaje więc państwu, by o niego dbało. Jak? Cóż, wszyscy wiemy… Spoza arkuszy kalkulacyjnych, korporacyjnych prezentacji i raportów na ekranach laptopów, człowieka już nie widać. Zrobił się maleńki, jak kropka na końcu tego zdania. Został wchłonięty przez system, który pączkuje i rozrasta się, a że w środowisku brak już tlenu, nadzorcy świszczą z fantazją bacikiem, by zdobyć szacunek Obywatela. Jednak szacunek Obywatela do urzędów już dawno przestał być kwestią ich kompetencji i spełniania służebnej roli wobec karmiciela, wymuszają go coraz częściej niedostępność i futurystyczny wygląd urzędowych siedzib.

‘Polska’ i ‘Polacy’ to dwa różne terminy – pierwszy to ziszczona koncepcja ‘szklanych domów’, drugi dotyczy tych, którzy nie mają do nich kluczy.

Marginalizacja dużej części społeczeństwa (dyskryminacja?), wtłaczanie ludzi w sytuacje bez wyjścia, rosnące zadłużenie, brak środków na utrzymanie, opłacanie czynszu, zmuszanie ich do zaciągania kolejnych kredytów, bez których nie ma firmy, mieszkania, domu czy samochodu, brak pracy dla młodych wchodzących w życie, żebracze emerytury, trwonienie budżetu na absurdalne posunięcia zmutowanej administracji i prywatę powoduje, że z nizin słychać coraz wyraźniej groźny pomruk. Jest on jeszcze słabo słyszalny na najwyższych piętrach wygodnych gabinetów o wytłumionych ścianach, ale powoli zaczyna do nich docierać. I już teraz trzeba potraktować go poważnie, bo kiedy zmieni się we wściekły ryk tuż za czyimś uchem, może być za późno.

PARAISÓPOLIS

Fot. internet

Styczeń 17, 2013

Grupa o2 spamuje?

Grupa O2 grozi blokadą konta Google, a następnie jego usunięciem, czy tylko spamuje?

Naprawdę się dzisiaj wkurzyłam i to nie ma nic wspólnego z posiadaniem jakiejkolwiek teorii. Po prostu szczyt chamstwa.

Otrzymałam wiadomość na prywatny adres mailowy, który jest przeze mnie dość chroniony i raczej spamu nie odbieram.

A list wyglądał tak (printscreen ekranu z Gmail)

blokada-konta

Kiedy czytałam (dwa razy), nie wierzyłam własnym oczom. Oczywiście pierwsze, co zrobiłam, to zmieniłam hasło i wyguglowałam adres „Admina”, który był uprzejmy przesłać mi tę niezwykle miłą i budującą wiadomość [google.accounts.support@prokonto.pl] i trafiłam na forum z podobną historią z grudnia ubiegłego roku. Oczywiście list okazał się bezczelnym spamem, co podejrzewałam, gdyż Google ZAWSZE zabrania podawać hasła w jakichkolwiek okolicznościach w mailu.

Trzeba było wyrzucić do kosza i żyć dalej… Ale mnie poniosło, jak konia w step. Jakim prawem ktoś oskarża mnie o rozsyłanie spamu i bycie botem, jakim prawem ktoś mnie straszy zablokowaniem konta, a w rezultacie jego usunięciem, czyli utratą danych i istotnych informacji z mojego maila, jak również korespondencji, jeśli nie podam mu mojego hasła? Czy to nie jest lekka przesada?

Firma prokonto.pl, występująca w nazwie otrzymanego maila, ma chyba wielką ochotę stać się konkurencją dla Google i przejąć jego klientów, ale na miły bóg, dlaczego w tym celu stara się od jego użytkowników wyłudzić hasła? I po co? To co najmniej zastanawiające, jeśli nie zupełnie absurdalne.

Ale to nie wszystko!

Postanowiłam zgłosić, gdzie trzeba, czyli do Google, spam i zakłócanie mojego cennego, świętego  spokoju i sielanki użytkowania skrzynki Gmail. Przekopałam się przez proceduralny formularz i poszło.

Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy podczas wypełniania formularza zgłoszeniowego, analizując oryginał maila (dostępny w rozwijanym menu pod strzałką ‚Więcej’ z prawej strony za ikoną ‚Odpowiedz’), znalazłam taki kwiatek: [„==o2.pl-WebMail-124a1c12.4ad7567d.c9053==”]; szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia. o2.pl, a potem ustaliłam już bez wątpienia adres IP nadawcy spamu (również podany w treści oryginału maila)

[Received-SPF: pass (google.com: domain of google.accounts.support@prokonto.pl designates 193.17.41.87 as permitted sender) client-ip=193.17.41.87.]

No i znowu O2 – 193.17.41.87 Poland kujawsko-pomorskie Barcin Grupa O2 Sp. Z.o.o.; 193.17.41.87 Poland Warszawa Grupa O2 Sp. Z.o.o.

Prawda, że skandal?

Najśmieszniejsze jest, że mail wysłany do mnie jako groźba  kończy się pozdrowieniami od „Zespołu kont Google”, z którymi ani prokonto, ani O2, jak mniemam, nie mają nic wspólnego.

Czy naprawdę mało nam spamerów i scamerów z całego świata, żebyśmy musieli wnerwiać się jeszcze lokalnymi?
Ciekawe, jak by się poczuli nadawcy tego maila w takiej samej sytuacji i czy naprawdę ujdzie im to płazem?

Co na to odpowiednie służby? W polskim prawie istnieje chyba paragraf na kogoś, kto podszywa się pod kogoś, kim nie jest…

Styczeń 8, 2013

„Krew na moich rękach” *

* Wyjaśnienie tytułu: codzienne używanie przeze mnie telefonu komórkowego, mp3, komputera, które mogą być wyprodukowane z użyciem minerałów konfliktu, czyni mnie również odpowiedzialną za opisane w tekście wydarzenia. Cudzysłów został zastosowany nie po, to by zaznaczyć cytat, ale dlatego, że zostałam tą odpowiedzialnością obciążona. Kiedy stawałam się nabywcą tych produktów, nikt nie przedstawił mi właściwych certyfikatów, bym mogła mieć pewność, że ich wytworzenie nie kosztowało czyjegoś życia. W tej chwili zastanawiam się bardzo poważnie, czy nie przedstawić tej sprawy powołanym do tego organom. Moja ‚komórka’ równie dobrze może uratować czyjeś życie, kiedy zaistnieje nagły przypadek, ale może też być obciążona czyimś życiem. Do tej pory żyłam w świadomości, że nikt i nigdy z mojego powodu nie stracił życia, teraz zaczynam w to wątpić.

NIE POSIADAM TEORII / PO PROSTU NIE SPOSÓB UWIERZYĆ…

W lutym 2012 firma Ericsson podała, że na świecie działa 6 mld telefonów komórkowych (tylko w IV kwartale 2011 roku na świecie przybyło 180 mln użytkowników), konsola PlayStation firmy Sony sprzedaje się w setkach milionów egzemplarzy, ITU podaje, że liczba użytkowników internetu przekroczyła w 2012 roku 2,3 miliarda, w Japonii nowy model ‘komórki’ pojawia się na rynku co cztery dni.

Film dokumentalny „Krew w twoim telefonie” (Blood in the Mobile, 2010) został zrealizowany w koprodukcji Danii i Niemiec. Frank Piasechi Poulsen, reżyser, przez trzy lata gromadził materiał, który jest próbą wyjaśnienia, czy producenci elektronicznych gadżetów, tacy jak m.in. Apple, LG Electronics, Motorola, Nokia, Samsung, Sony Ericsson… wiedzą, skąd pochodzą surowce do produkcji ich wyrobów. Poulsen przez rok (!) usiłował umówić się na spotkanie z kimkolwiek kompetentnym do rozmowy na ten temat w Nokii. Wreszcie mu się udało, ale po obejrzeniu filmu można stracić nadzieję, że ta sprawa znajdzie kiedykolwiek pozytywny finał.

Krew w twoim telefonie

Film porusza sprawę tak zwanych minerałów konfliktu. Ten rzadko używany w mediach termin dotyczy minerałów wydobywanych w warunkach konfliktu zbrojnego i łamania praw człowieka. Proceder ma miejsce głównie we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga, z udziałem kongijskiej Armii Narodowej i różnych zbrojnych grup rebeliantów, łącznie z Demokratycznymi Siłami na rzecz Wyzwolenia Rwandy (FDLR) i Narodowym Kongresem Obrony Ludu (CNDP), przedstawicielami milicji w Rwandzie. Znajduje się tam prawdopodobnie ponad 200 (?) kopalń, w których pracują dziesiątki, a może setki tysięcy ludzi.

Do najczęściej wydobywanych na tych terenach  minerałów zalicza się kasyteryt, wolframit, koltan i złoto, które po wydobyciu górnicy sprzedają w kantorach na danym terenie, w ciągu dalszym następuje ich skup przez dużych pośredników i w efekcie surowce trafiają do międzynarodowych koncernów elektronicznych. Minerały te są niezbędne do produkcji wielu różnych urządzeń, w tym urządzeń elektronicznych, takich jak telefony komórkowe, laptopy oraz odtwarzacze mp3. Większość złóż zlokalizowanych jest w prowincji Kiwu Północne. Wydobywanie kruszcu jest jednak nielegalne, w 2002 r. oficjalnie zabroniła tego ONZ z powodu trwającej od sierpnia 1998 roku w Kongo wojny domowej. Szacuje się, że w wyniku konfliktu śmierć poniosło już blisko 5,5 mln ludzi.

Winowajcy

 Koltan

minerali_coltan

źródło: internet

Złoża koltanu (mieszanina kolumbitu i tantalitu, rud tantalu) występują tylko w Afryce (80% światowych zasobów) oraz w Australii. Ocenia się, że cztery piąte afrykańskich złóż koltanu znajduje się we wschodniej części DRK, przede wszystkim we wzgórzach i pod rzekami prowincji Północne i Południowe Kiwu. Po wydobyciu koltan wypłukuje się ze skał, jak niegdyś złoto, dzięki barwie i analogii nazywany jest również „czarnym zlotem”. Wskutek przetopu z koltanu uzyskuje się tantal, pierwiastek niezwykle odporny na wysokie temperatury (temp. topnienia 3017 °C, wrzenia 5458 °C), wykorzystywany w układach naprowadzania rakiet wojskowych, przy produkcji pancerzy czołgowych, w poszyciach promów kosmicznych i rakiet międzykontynentalnych. Rząd USA już w 1975 r. (!) uznał koltan za surowiec strategiczny, co spowodowało znaczny wzrost jego cen. W elektronice umożliwia on produkcję bardzo małych kondensatorów, niezbędnych do działania telefonów komórkowych, iPhone’ów, odtwarzaczy mp3, laptopów, czy konsoli do gier komputerowych. W ciągu ostatnich 10 lat jego wartość wzrosła ponad tysiąckrotnie – w 2000 r., kiedy na rynki trafiła konsola do gier Playstation 2, cena koltanu wzrosła czterokrotnie, do 480 dol. za kg.

Kasyteryt

cassiterita

źródło: internet

Kasyteryt (SnO2, dwutlenek cyny, zwany popularnie kamieniem cynowym lub cyniakiem) jest krystaliczną rudą zawierającą prawie 80 procent cyny – znacznie więcej niż jakakolwiek inna ruda. Cyna ma szerokie zastosowanie w przemyśle hutniczym, metalurgicznym, samochodowym, lotniczym, precyzyjnym, elektronicznym, do produkcji środków grzybobójczych i przeciwpróchniczych – jako dodatek do past do zębów, a ze względu na doskonałe przewodnictwo elektryczne wykorzystuje się ją przede wszystkim do lutowania płyt głównych w urządzeniach mobilnych, takich jak telefony komórkowe i tablety.

„Łańcuch pokarmowy”

Z kopalni w Kongo droga minerałów konfliktu do ‘cywilizacji’ jest nieco skomplikowana. Pośrednicy skupują koltan i kasyteryt od miejscowej ludności w cenie 3 USD/kg. Transport worków z minerałami odbywa się samolotem do większych miast, jak Bukavu i Goma, skąd wysyłane są statkami w świat, ale także przemycane są do Rwandy. Im dalej od Afryki, tym ich cena jest wyższa, w Europie, Ameryce czy Azji kilogram kosztuje już 400-600 USD! Wydobyte rudy w kraju docelowym trafiają do rafinerii, gdzie są przetapiane, aby pozyskać z nich tantal (także niob, stosowany w technice jądrowej) i cynę. Ostatnim krokiem jest sprzedaż metali firmom związanym z przemysłem elektronicznym. Kim są odbiorcy? Odpowiedź jest prosta: wszyscy, którzy produkują wymienione wcześniej mniejsze i większe gadżety. W ich ultranowoczesnych fabrykach Trzeciego Świata współcześni niewolnicy w ochronnych maseczkach mozolnie wytwarzają układy scalone do naszych telefonów komórkowych, tabletów i płyt głównych…

Kopalnie we wschodnim Kongo są zlokalizowane z dala od bardziej zaludnionych obszarów, w regionach szczególnie niebezpiecznych ze względu na działania wojenne. Większość kopalń jest kontrolowana przez rebeliantów, którzy są tak skuteczni, że to właśnie z nimi a nie z rządem współpracują zachodnie koncerny. Bojówkarze kongijscy i rwandyjscy mogą być właścicielami nawet ponad 50 proc. wyrobisk, dowódcy oddziałów i grup zbrojnych nierzadko tworzą na eksploatowanych terenach własne niezależne „królestwa”, a na wydobyciu minerałów konfliktu zarabiają kilkakrotnie więcej niż na złocie czy diamentach. Mówienie o ‘wydobyciu minerałów na terenach konfliktu’ to jednak tylko eufemizm. Zdanie to byłoby prawdziwe, gdyby wojna domowa toczyła się niezależnie od eksploatacji złóż. Ale tak nie jest, bo wojna od samego początku toczy się właśnie o te zasoby, co podsyca i przedłuża konflikt, z którego nikt nie ma ochoty rezygnować. Kontrolowanie terenów objętych działaniami wojennymi jest o wiele łatwiejsze, w zamieszaniu każdy może zarobić krocie. Świetnie zarobią państwo, rebelianci, handlarze z Europy, Dalekiego Wschodu czy Ameryki Południowej, rafinerie, koncerny elektroniczne i sieci telefonii komórkowej – długi łańcuch pokarmowy, będący drogą wyzysku, przemocy i śmierci, którego pierwszym ogniwem są oni.

Koltan to współczesny kauczuk, ‘czarne złoto’, surowiec cenniejszy od diamentów. Kiedy ponad 100 lat temu John Dunlop opatentował oponę samochodową i w Europie ruszyła masowa produkcja ogumienia, właśnie Kongo było głównym dostawcą kauczuku. Ten przebogaty kraj, wtedy noszący nazwę Zair,  w latach 1971-1997 eksportował na Zachód: 50-60 proc. kobaltu, ponad 60 proc. diamentów, 14 proc. berylu, 8 proc. miedzi i 5 proc. manganu. Jego znaczenie wzrosło jednak maksymalnie dopiero po 1945 r., w związku z zapotrzebowaniem na uran, wykorzystywany do produkcji broni jądrowej. Z rudy uranu wydobytej w południowej prowincji DRK Katanga wyprodukowane zostały pierwsze amerykańskie bomby atomowe, w tym i te zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki.

Sztolnie są ciasne i duszne, niczym nie zabezpieczone, z tak wąskimi korytarzami, że często mogą w nich pracować tylko dzieci. Pod ziemią panują temperatury przekraczające 50 stopni, utrudnione jest oddychanie, w każdej chwili może nastąpić zawalenie. Dużą część dochodów z wydobycia minerałów konfliktu inkasują rebelianci. Zarabiają zarówno na ściągniu haraczu z górników (podobnie jak kongijskia Armia Narodowa, która pobiera oficjalne podatki), jak też na niskich kosztach wydobycia.  Niektórzy górnicy, zwabieni obietnicami dobrobytu, pracują w kopalniach dobrowolnie, inni są porywani i zastraszani, z lufą karabinu przyłożoną do głowy stają się niewolnikami. Ich wynagrodzenia są niewspółmiernie niskie, lub nie ma ich wcale, a kto nie chce płacić haraczu, ginie. Rząd w Kinszasie jest oddalony ponad 2000 kilometrów od ‘biedaszybów’ i jak wiele afrykańskich rządów nie ma większego wpływu na to, co dzieje się w państwie. Czasami ludność usiłuje protestować przeciw wyzyskowi, zawsze jednak kończy się to krwawą jatką. Masakrowanie ludności ludności cywilnej prowadzone jest systematycznie zarówno przez wojska rządowe, które teoretycznie powinny ją ochraniać, jak i rebeliantów. Wioski są pacyfikowane, ludność torturowana i bestialsko mordowana. Gwałcone są setki kobiet i dzieci, ale również mężczyzn, którzy coraz częściej stają się ofiarami przemocy seksualnej. Ludzie, którzy z powodu upału, głodu czy braku wody są tak wyczerpani, że nie mają sił pracować, najczęściej są rozstrzeliwani albo zarzynani. Gwałty są brutalne i prowadzą do ciężkich uszkodzeń ciała, kobietom strzela się w waginy, mężczyznom w odbyt. Dr Denis Mukwege ze szpitala w Bukavu opowiada: „Co dziesiątej zgwałconej kobiecie strzelono w waginę. Próbujemy rekonstruować waginy, odbyty, wnętrzności ofiar. To bardzo długi proces”.

Ta wojna nigdy się nie skończy. Jej tragizm polega na tym, że przez cały czas finansuje się sama, a pieniędzmi z wydobycia minerałów konfliktu państwo opłaca oficjalny żołd, kupuje za nie również umundurowanie i broń. Rebelianci  też ludzie, muszą mieć się w co ubrać i co zjeść, ale przede wszystkim muszą mieć czym zabijać. To zamknięty krwiobieg. Zresztą, co nam do Konga. Ano nic. poza tym, że każdy z nas ma jakiś komputer, jakiegoś laptopa, jakąś komórkę, jakiś tablet, jakiegoś smartfona, jakąś konsolę…

Absurdy

Niemal wszyscy odpowiedzialni za dystrybucję, skup, sprawdzanie certyfikatów pochodzenia, produkcję urządzeń elektronicznych z wykorzystaniem minerałów konfliktu twierdzą, że problem ‚krwawych rud’ w DRK znany im jest od 11 (?!) lat, mimo tego kraj ten wciąż zaliczany jest do największych dostawców koltanu i kasyterytu. Zapewne ‚odpowiedzialnym’ trudno zaakceptować fakt, że kiedy po dniu korporacyjnej harówy korzystają z dobrodziejstw bogini technologii i jej ostatnich krzyków mody, spomiędzy ich palców, czule oplatających nowoczesny gadżet, ścieka… krew.

Na obszarze DRK, drugiego pod względem wielkości państwa w Afryce i 11 na świecie o powierzchni 3.344.858 km kw. , ludność cywilną usiłuje ochraniać od 1999 roku 17.000 członków oenzetowskiej misji MONUSCO (United Nations Organization Stabilization Mission in the Democratic Republic of the Congo – Stabilizacyjna Misja ONZ w Demokratycznej Republice Konga)

W przeciwieństwie do kopalni w państwach, gdzie stosuje się środki bezpieczeństwa (Australia, Brazylia, Kanada), wydobycie minerałów konfliktu w DRK jest o wiele tańsze. Presja na obniżanie cen przez ‘legalne’ firmy skutkuje zamykaniem nierentownych kopalń, jak np. kopalnia Wodinga w Australii, jedno z największych miejsc wydobycia koltanu na świecie, zamknięta w 2008 r. z przyczyn ekonomicznych.

Producenci mają obowiązek przedstawiania certyfikatów legalności pochodzenia koltanu i kasyterytu, w żadnym razie minerały te nie mogą pochodzić z terenów DRK. To bardzo drażliwy temat i niemal żaden z nich się z tego nie wywiązuje, twierdząc, że ustalenie ich pochodzenia jest… niemożliwe.

  • Nokia: sprawdza źródła pochodzenia metali, ale z powodu „obowiązujących deklaracji poufności” nie publikuje list dostawców i wymaganych certyfikatów.
  • Apple: „Długi łańcuch zaopatrzeniowy sprawia, że trudno jest prześledzić drogę metalu aż do kopalni”.
  • HTC, LG i Motorola:  brak dokładniejszych informacji.
  • Samsung: „regularne kontrole dostawców”, nie upublicznia jednak ich wyników. Ujawnia, tylko, że kupuje rudy w USA, Rosji i Tajlandii.
  • Sony Ericsson i Samsung zapowiedziały wzrost produkcji telefonów z kondenstatorami z ceramiki, zamiast z tantalu.

Wiosną 2011 roku w USA weszła w życie ustawa, zgodnie z którą wszystkie notowane na Wall Street przedsiębiorstwa w rocznym raporcie będą musiały ujawnić, jakie minerały kupują w DRK. Import koltanu i kasyterytu ze środkowoafrykańskiego państwa nie zostanie wprawdzie zabroniony, jednak żaden renomowany producent nie narazi się na publiczne przypięcie łatki mecenasa krwawego konfliktu.

Pytanie: jeśli import minerałów z DRK nie jest prawnie zabroniony, jeśli nie ma obowiązku publikowania certyfikatów bo PRAWO chroni firmy ‘klauzulą tajności’ przed konkurencją, a droższe kopalnie są zamykane, to skąd producenci będą sprowadzać koltan i kasyteryt? Z Marsa?

4 października 2010 roku Parlament Europejski uchwalił rezolucję, w której deputowani żądają ustawy obejmującej całą Unię Europejską, dotyczącej jawności pochodzenia surowców użytych w urządzeniach mobilnych. Unia Europejska w swojej rezolucji z 7 lipca 2011 r. w sprawie Demokratycznej Republiki Konga i masowych gwałtów w prowincji Południowego Kiwu, wyraża… zaniepokojenie.

Treść rezolucji

Wyjaśnienie pochodzenia minerałów konfliktu – możliwe, ale zbyt kosztowne?

Producenci koltanu i ich dostawcy już teraz mogliby wyjaśnić pochodzenie metalu w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Zajmujący się surowcami eksperci z BGR opracowali chemiczną procedurę analizy pochodzenia. – Rudy zawierają charakterystyczne pierwiastki śladowe, różne dla każdej kopalni – mówi geolog Dirk Küster. W ten sposób firmy zaopatrujące producentów komórek mogłyby sprawdzać, z której kopalni pochodzą rudy. W praktyce oznacza to, że kopalnie z Konga niekontrolowane przez rebeliantów i zapewniające uczciwe warunki pracy powinny otrzymać certyfikat. – Analiza wykaże, czy koltan pochodzi z certyfikowanej kopalni – mówi Küster. – Wtedy można go kupować. Trwa opracowanie procedury certyfikacyjnej – rząd Niemiec wsparł ją sumą 3,2 miliona euro: w obszarach konfliktu musi zapanować pokój, kopalnie należy regularnie kontrolować i wyjaśnić kwestię kosztów, wynoszących aż 1000 euro za jedną próbę. Dlatego póki co nikt nie liczy na rozpoczęcie projektu przed rokiem 2012.

Wywiad z filmowcem Frankiem Poulsenem

Przez trzy lata pracował nad swoim poruszającym filmem dokumentalnym „Blood in the Mobile” (Krew w komórce) i podróżował bezpośrednio do kopalń w Kongu. W wywiadzie opowiada o swoich wrażeniach i niebezpieczeństwach podczas kręcenia filmu.

* W Bisie odwiedził pan jedną z największych kopalń w Kongu, pracuje tam nawet 25 000 ludzi. Jakie są warunki pracy?

– Bardzo złe. Ci ludzie pracują bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Przez wiele godzin pracują bez przerwy, czasami przez całe dnie pozostając pod ziemią. Często grozi się im bronią.

* Jacy ludzie pracują w kopalniach?

– Dużo nastolatków i młodych mężczyzn, kobietom nie wolno tego robić. Mieszkańcy wiosek trafiają do kopalń, bo marzą o wielkich pieniądzach. Wierzą, że jeśli trochę tam popracują, to za osiągnięte dochody będą mogli rozpocząć nowe życie. Jednak rebelianci wymuszają tak wysokie haracze, że robotnikom nic nie zostaje. Trzeba zapłacić nawet za zgodę na opuszczenie kopalni. Wielu nie mogło zapłacić nawet tego, dlatego zostali uwięzieni na obszarze kopalni.

* Czy zabija się tam ludzi? Dlaczego armia nie pomaga?

– Tydzień przed moim przyjazdem do kopalni Bisie rozstrzelano 18 robotników kopalni. 32 innych mężczyzn zmarło później wskutek ran postrzałowych. Część armii sama zachowuje się jak rebelianci. Żołnierze plądrują wioski, gwałcą, zabijają.

* Czy praca nad filmem była dla pana niebezpieczna?

– Kiedy spędzasz noc głęboko w dżungli, uświadamiasz sobie, że jeśli ktoś zechce, abyś zniknął, to nigdy nie zostaniesz odnaleziony – nieprzyjemne uczucie. Ale staraliśmy się postępować tak ostrożnie, jak to możliwe. Odwiedzaliśmy zawsze oficera dowodzącego regionem i prosiliśmy o zgodę na kontynuowanie podróży. W społeczeństwie takim jak w Kongu oficjalne pieczątki wzbudzają duży respekt.

* Jakie wrażenie wywarły na panu oddziały ONZ w Kongu?

– ONZ bardzo stara się, aby nie popełnić żadnego błędu. Chociaż żołnierze mają zezwolenie na używanie broni w celu ochrony ludności cywilnej, to zdają się robić to raczej rzadko. Oprócz tego Kongo to olbrzymi kraj. 17 000 żołnierzy ONZ to jak kropla w morzu dżungli.

* Po powrocie próbował pan nawiązać kontakt z Nokią…

– Nikt nie zareagował na moje e-maile, telefony również były bezskuteczne. Oficjalni rzecznicy nie odbierali telefonów, prośby o oddzwonienie ignorowano. W pewnym momencie miałem dość: poleciałem do Finlandii do centrali Nokii. Wynik można zobaczyć w filmie.

http://www.komputerswiat.pl/jak-to-dziala/2011/02/krew-w-komorce.aspx

Polski ‘folklor’ w sprawie minerałów konfliktu

Swego czasu chrapkę na afrykańskie bogactwa miała też KGHM. W 1997 roku spółka kupiła prawa do eksploatacji złoża miedzi w Kimpe w południowo-wschodnim Kongu. Ale wycofała się z powodu unieważnienia w 2007 roku przez kongijski rząd umowy dzierżawy. Po zmianie ekipy rządowej wymuszono renegocjacje umów z firmami zagranicznymi, części z nich podziękowano, powołując się na luki prawne w kontraktach.

Do czego potrzebujemy komórki?

– Halo? Krysia? Co robisz?

– Smażę kotleciki.

– Aaa, to nie przeszkadzam. Zadzwonię później.

– Ok, kochana, papa. Tylko zadzwoń koniecznie!

Linki

http://mobtech.interia.pl/news-elektronika-skapana-we-krwi-kongo,nId,707166
http://pl.heavenhomefoundation.com/5-Krwawy-koltan.htm

http://m.onet.pl/gadzety/technowinki,8nbrx

http://www.komputerswiat.pl/jak-to-dziala/2011/02/krew-w-komorce.aspx

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/koltan-splywa-krwia

Styczeń 5, 2013

IKEA przeprasza za czerpanie korzyści z pracy więźniów w NRD

NIE POSIADAM TEORII / RĘCE OPADAJĄ…

źródło: tekst i zdjęcie ONET

16 lis 12, 15:55

Szwedzki koncern meblowy IKEA przyznał w piątek, że kooperujące z nim fabryki w NRD korzystały z pracy przymusowej więźniów politycznych, i przeprosił za brak skutecznej kontroli, pomimo świadomości, że możliwe są nadużycia.

„Bardzo ubolewamy nad tym, że do tego doszło” – powiedziała przedstawicielka koncernu Jeanette Skjelmose podczas prezentacji raportu opracowanego na zlecenie IKEI przez firmę doradczą Ernst&Young. Dodała, że koncern „nigdy nie akceptował takich praktyk”.

Chodzi o przypadki sprzed 25, a nawet 30 lat – czytamy w raporcie, o którym poinformowała agencja dpa. Wynika z niego, że kierownictwo IKEI było świadome tego, iż enerdowskie zakłady, produkujące meble dla szwedzkiego koncernu, mogą wykorzystywać więźniów politycznych, lecz nie podjęło skutecznych działań, by zapobiec temu procederowi.

Szef niemieckiej filii IKEI Peter Betzel obiecał, że koncern będzie nadal prowadził badania nad swoją przeszłością. Zapewnił „na sto procent”, że poza NRD w żadnym innym kraju nie doszło do wykorzystywania pracy więźniów.

IKEA zamówiła badanie w czerwcu br., po tym, gdy media – opierając się na materiałach służb specjalnych – publicznie zarzuciły koncernowi czerpanie korzyści z pracy więźniów zakładów karnych NRD do upadku muru berlińskiego w 1989 roku.

Prezes Stowarzyszenia byłych enerdowskich więźniów politycznych Rainer Wagner powiedział AP, że liczy na zadośćuczynienie ze strony IKEI, tym bardziej, że wielu byłych więźniów doznało wskutek pracy przymusowej trwałego uszczerbku na zdrowiu.

Skandal wykryła szwedzka stacja telewizyjna SVT, opierająca się na materiałach pochodzących z archiwów wschodnioniemieckiej tajnej policji STASI. Pokazany na początku maja przez SVT program zawierał wypowiedzi byłych wschodnioniemieckich więźniów politycznych, którzy twierdzili, że byli zmuszani do pracy przy produkcji mebli dla IKEI.

Niemiecka stacja telewizyjna WDR informowała następnie o 65 miejscach w Niemczech wschodnich, w których do 1989 roku produkowano meble dla IKEI. Nie wiadomo jednak, w jakim stopniu zmuszano więźniów do pracy, czy też pracowali oni dobrowolnie.

Niemiecki zespół badawczy zajmujący się historią wschodnich Niemiec SED-Forschungsverbund uważa, że za czerpanie korzyści z pracy enerdowskich więźniów odpowiedzialne są także inne zachodnie firmy. I tak w zakładzie karnym w Budziszynie produkowano lodówki i pralki dla zachodnich firm, a w więzieniu kobiecym Hoheneck bieliznę pościelową.

%d blogerów lubi to: