Luty 24, 2015

Ida, czyli kuszenie dziewicy

Zanim napisałam to, co niżej, dwukrotnie obejrzałam Idę, starałam się również poznać inne opinie, jak również reżysera, wsłuchując się w wywiady. Dowiedziałam się o wspaniałym ojcu, po którym Wanda Gruz ma poczucie humoru, o tym także, że reżyser jest amatorem, że nie robił filmu historycznego, a ci którzy go krytykują to półinteligenci, i że on sam taki był, że nie lubi filmów Larsa von Triera. Polski Kościół uważa za trybalistyczny, a polski katolicyzm za zaściankowy, w krytykujących film widzach dostrzega narodowców patrzących na historię jak na mecz.

http://kultura.newsweek.pl/ida-film-pawla-pawlikowskiego-sylwetak-rezysera-newsweek-pl,artykuly,272387,1.html

http://esensja.stopklatka.pl/film/wywiady/tekst.html?id=18776&strona=2#strony

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser filmu Ida i pani Rebecca Lenkiewicz, scenarzystka. Źródło: Internet

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser filmu Ida i pani Rebecca Lenkiewicz, scenarzystka. Źródło: Internet

Z wywiadów wynika, że pan Pawlikowski lawiruje (to jego słowa), po tematach, dokumencie, znajomości lub nieznajomości kina i warsztatu reżysera… Zawsze ma coś do powiedzenia, zawsze ma jakieś projekty… A o Idzie powiedział między innym tak:

Niedawno ktoś zapytał mnie jak publiczność żydowska powinna odebrać ten film. Schowałem się wtedy za cytatem z Czechowa, który powiedział, ze zadaniem artysty jest stawianie problemu, nie jego rozwiązywanie (śmiech). Mnie naprawdę nie interesuje to, jaka jest lekcja wyniesiona z filmu. Na szczęście nie licząc tego typu ludzi i jakichś tam „patriotów”, większość widzów o dziwo reaguje dość dobrze.

http://esensja.stopklatka.pl/film/wywiady/tekst.html?id=18776&strona=2#strony

Ocenę wypowiedzi pana Pawlikowskiego i jego stosunku do Polski lub Polaków pozostawiam czytelnikom.

Ida, nakręcona z udziałem polskich aktorów, polskiej ekipy, w Polsce, w języku polskim, nie jest filmem polskim. O tym warto pamiętać.

Została wyprodukowana przez Opus Film Piotra Dzięcioła w koprodukcji duńsko-polskiej. Scenariusz sfinansował Eric Abraham z Portobello Pictures, jednak częściowo wycofał się z finansowania filmu i wtedy wkroczył duński producent, a PISF dołożył do budżetu Idy, wynoszącego 2 mln euro, tylko 3 miliony złotych. POWINNO SIĘ ZATEM INFORMOWAĆ, ŻE JEST TO FILM POLSKO-DUŃSKI LUB ODWROTNIE.

Pan Paweł Pawlikowski, reżyser angielski, pochodzenia żydowskiego ze strony ojca, który w wieku 14 lat wyemigrował z Polski, postanowił nakręcić film o polskiej zakonnicy z pochodzenia Żydówce, uratowanej z Holokaustu, gdyż była biała.

Film wywołał w Polsce lawinę dyskusji i podzielił naród. Jedni są za, tym bardziej, że ich opinie o wielkości dzieła poparła Akademia Filmowa, przyznając mu Oskara, inni nadali filmowi przydomek GN(Ida) i okrzyknęli film antypolskim.

Ida doczekała się również poniekąd komplementu od recenzenta Filmwebu, pana Michała Walkiewicza, który napisał, że reżyser nie ma w swoim dorobku, mimo subtelniejszych portretów kobiecej psychiki, filmu tak stylowego i schizofrenicznego. I tu, grając jak rozumiem w drużynie pana Pawlikowskiego, pan Walkiewicz, strzela samobója. Stylowość została bowiem skradziona polskiemu kinu lat 50. i 60. Klasztorna, jazzowa, zadymiona, trochę też surrealistyczna. Ładnie wyszło bo reżyser i operator Łukasz Żal, przyszli na gotowe i na najlepsze: oczywiście Matka Joanna od aniołów, Ósmy dzień tygodnia, Pociąg, Niewinni czarodzieje, Jak być kochaną, Salto, Jowita… Schizofrenii zaś w filmie sporo, głównie w pojmowaniu problemu, kto był w Polsce katem a kto ofiarą.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Pan Pawlikowski tworzy film o niewinnej i nieświadomej Idzie, która od urodzenia poza klasztorem świata nie widziała i właśnie poznaje swoją tożsamość, również o jej ciotce „krwawej Wandzie” (pierwowzór jak się domyślam Helena Wolińska), która będąc prokuratorem skazywała na śmierć wrogów komunizmu, i za to dostaje rozgrzeszenie, bo przecież miała powód do nienawiści klasowej i własnych przekonań.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

„Fajna pani. Otwarta, ironiczna, ciepła. To był dla mnie szok, kiedy się dowiedziałem – wiele lat później – że Polska żąda jej ekstradycji. Myślę, że Helena (Wolińska, z którą reżyser się spotkał) była bestią polityczną, rzeczywiście wierzyła w marksizm i leninizm. Do czego człowiek jest zdolny w jednym życiu?” – zastanawiał się kilka dni temu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” reżyser Paweł Pawlikowski.

Co za przenikliwość, szkoda że w edukacji reżysera zabrakło wiedzy na temat, kogo i dlaczego skazywała na śmierć „fajna pani – bestia polityczna”, a skazała m.in. generała Augusta Fieldorfa ps. Nil i jakie konsekwencje miała nie tylko jej wiara w marksizm i leninizm.

Ciotka jawi się w filmie jako bohaterka zrehabilitowana, której należy współczuć, bo straciła w lesie siostrę i dziecko, zamordowanych przez polskiego chciwego chłopa, aczkolwiek przedtem ukrywanych przez jego ojca, co dla mnie jest kompletnie niezrozumiałe. Chłop ów składa kuriozalne wyjaśnienie: Tadzio zginął bo był czarny, a Ida się uratowała bo była biała. Tyle reżyser widzi w skomplikowanych wzajemnych stosunkach narodów polskiego i żydowskiego od wieków żyjących na tej samej ziemi. Tylko tyle widzi jako „przenikliwy outsider” (M. Walkiewicz, Filmweb).

Mało widzi.

Fabuła sugeruje, że film wywróci widza na drugą stronę, że będzie dramat, ale dramatu próżno tu szukać. O matce Ida dowiaduje się tyle, że zrobiła witraż do obory, aby krowom było weselej, a ojciec był nielubianym prymitywem, czyżby Polakiem? Kulesza to nie Janda, w roli ciotki jest ‚oszczędna’, nie wypruwa sobie flaków, więc widziałam tylko panią, która lubi alkohol, prowadzi po pijanemu, lubi palić i bawić się, a może więcej… Pierwowzór postaci był znany z niemoralnego prowadzenia się. Namawia też Idę „do grzechu”, uznając że śluby zakonne bez „spróbowania” mogą nie być poświęceniem. Zaiste bardzo głęboka refleksja.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Ida jest przeciwieństwem ciotki i na początku odpycha ją, wyszarpuje jej Biblię, gdy ta mocno podchmielona szuka fragmentu o tym, jak Jezus ukochał Marię Magdalenę. Analogia aż nadto wymowna i łopatologiczna, a świadczy jedynie o kolorowaniu historii przez scenarzystkę, panią Rebekę Lenkiewicz, pochodzenia żydowskiego ze strony ojca, i reżysera wyłącznie swoimi kredkami. Widz nie ma prawa do interpretacji, bo ta jest mu wepchnięta do gardła na siłę.

Po wizycie w szpitalu u chorego Skiby, ciotka w łazience zwierza się, że zostawiła syna u siostry i poszła walczyć. To była albo w ludowej partyzantce, albo w NKWD, ale tego, z kim i o co walczyła, już się nie dowiadujemy. Ona sama ma również problem z wiedzą na ten temat. Ważne jest więc słowo walka. Ida obejmuje ciotkę. Już rozumie, co się stało i ją akceptuje. Potem w lesie, nad grobem, chłop-morderca zdejmuje czapkę w geście ukorzenia, a ciotka zdejmuje chustkę, by zawinąć czaszkę dziecka. Pełne patosu sceny mają uprzytomnić widzowi, co ma myśleć.

Cały film jest wyłożoną jak kawa na ławę niewiarygodną historią. Kiedy syn Skiby informuje, że zaprowadzi do miejsca pochówku, proponuje jednocześnie, mówiąc trywialnie, deal – pokaże, gdzie jest grób za zrzeknięcie się domu i zostawienie jego samego w spokoju. Można sobie to było darować i nie obrażać inteligencji widza. A potem jeszcze wyciąga rękę, żeby dobić targu!  Ida nie przyjmuje tej wyciągniętej ręki. Cóż, jako dobra katoliczka w ujęciu antypolskim nie wybacza.

Ta historia bardzo się w USA podobała, choć niewielu Amerykanów wie, gdzie jest Poland i często myślą że chodzi o Holland, Niemcy w Strasburgu głośno oklaskiwali film, bo wreszcie to nie oni okazali się najgorsi… w dodatku pan Pawlikowski  przekazuje w Idzie jasną informację, że Niemców w ogóle ten problem nie dotyczy, bo ich tam nie było! Nie interesuje reżysera zależność Niemiec – Polak – Żyd, która skutkowała tym, że jeśli Polak ukrywał w czasie wojny Żyda, to on i cała jego rodzina szli pod mur. Natychmiast. Bez wyjaśnień, badania sprawy, procesu, kulka w łeb. Sam cień podejrzenia o ukrywanie Żydów był powodem do mordowania przez Niemców nie tylko podejrzanego, ale i wszystkich sąsiadów z kamienicy czy podwórka. Co więc z tego dla nas wynika? Ano to, że większość w tę „elegancką” historyjkę uwierzy, bo sankcjonuje ją Oscar, a większość nie może się przecież mylić. Jednakże bardzo mylą się ci, którzy twierdzą, że to tylko film fabularny, że reżyser ma prawo do własnej wizji, w którą nie godzi się ingerować, a prawda historyczna nikogo nie interesuje, bo film jest taki subtelny i on w ogóle nie o Polakach czy Żydach tylko o ewolucji dwóch kobiet.

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Kadr z filmu Ida. Źródło: Internet

Zanim Ida złoży śluby, musi więc spotkać się z ciotką i poznać świat. Hmm, to prawie jak u Amiszów. Ale w klasztorach polskich chyba nie ma obowiązku, nakazu, czy powinności, o której mówi matka przełożona. Pokrętne to jakieś. Ida jest wycofana i broni się przed światem. Widać wyraźnie jej sprzeciw wobec postępowania ciotki, ale jako pobożna zakonnica milczy i patrzy, by potem… bez drgnienia powieki po raz pierwszy smakować życie – pić wódkę z butelki jak wodę, palić bez krztuszenia się i iść do łóżka z saksofonistą jakby była to najzwyklejsza czynność. Przepraszam, ale to brednie. Zakonnicą nie byłam, ale i tak z wyżej wymienionymi czynnościami miałam, lub miałabym poważne problemy. Czegokolwiek Ida się dowiaduje, cokolwiek się wokół niej dzieje, widz ma wrażenie, że spływa to po niej jak woda po kaczce. Tylko wtedy, kiedy ciotka grozi synowi Skiby, że może go zniszczyć, Ida wychodzi. Protestuje czy jednak odwraca się plecami? I właściwie co oznaczałoby dla syna Skiby to „zniszczyć”? Wreszcie po „zasmakowaniu” życia według ciotki i zgrzeszeniu według religii, Ida zadaje kochankowi pytanie: „I co dalej”? A kiedy słyszy żartobliwą odpowiedź o możliwości prowadzenia zwyczajnego życia, z powrotem zakłada habit. Łatwo poszło i dlatego kompletnie mnie nie przekonuje. To nie Ida, to tylko zamysł scenarzystki i reżysera. Myślę, że „prawdziwa” Ida nigdy by tak nie postąpiła. Kuszenie by jej nie uwiodło. Ale skoro Bóg wybaczył Marii Magdalenie wybaczy i Idzie.

Końcowe sceny samobójstwa i przebieranki pobrzmiewają Lokatorem Polańskiego i tego już było naprawdę za wiele. Zakończyłam seans zażenowana. Nie kupuję ani Idy ani Oskara dla filmu, nie kupuję żadnej z wyłożonych na półmisek prawd, nie kupuję sposobu myślenia, który na siłę mam przyjąć. A może na wiarę? Tylko którą? Duńską?

PODSUMOWANIE

Najlepsze podsumowanie w dyskusji o filmie jest końcówką recenzji pana Wiesława Kota i ripostą internauty o nicku Dość.

WK:

To, że „Ida” się sprawdziła poza granicami Polski, powinno nas nauczyć, jak opowiadać o polskich problemach w sposób zrozumiały za bliższą, dalszą i najdalszą granicą. To oznacza, że musimy naszą historię upraszczać, okrawać, ociosywać, przycinać, formatować na użytek zagranicznego widza. Więc wniosek jaki płynie z ,,Idy” dla naszego filmu? Ludzie, bierzmy kartkę papieru. Piszmy i kreślmy, raz, drugi, dziesiąty, pięćdziesiąty, aż ta historia uzyska taki kształt, że on jest czytelny dla widzów ulicy w Nowym Jorku. A tam mieszkają imigranci z Polski, Sri Lanki, Rosji i Wenezueli. I dla nich wszystkich ta fabuła ma być czytelna.

Ćwiczmy się w tym.

D:

Mistrzu. Upraszczać można ułamki, okrajać można materiał, ociosać można kawałek lipy, przycinać można żywopłot, a formatować można dysk. Piękno historii polega na tym iż jej już nie zmienimy. Zmieniać możemy jutro poprzez to co zrobimy dzisiaj. Zmiany w historii to kłamstwo, zamazywanie, wypaczanie faktów, zmiana czynów poprzez ich złą interpretację. Historia to historia i czy się to komuś podoba czy nie jest jaka jest i już się jej nie zmieni bo już jest … historią. Możemy ja się chlubić, możemy się jej wstydzić, możemy być z niej dumni albo możemy jej żałować, ale nie możemy jej zmieniać bo już nie będzie historią. Wtedy historia stanie się legendą, baśnią lub co gorsza wspomnieniem.

http://www.rmf24.pl/kultura/news-wieslaw-kot-ida-przegrala-bo-reflektory-calego-swiata-sa-ski,nId,1587968

Styczeń 28, 2015

Współcześni „ludo-żercy”, czyli jak się ma turystyka

Słowo turystyka pochodzi z języka francuskiego (tour), przyjętego także w angielskim i oznacza wycieczkę lub podróż, zakładającą powrót do punktu wyjścia. Jest to dziedzina usług dla ludności pomocna w realizowaniu tzw. przestrzennej ruchliwości, związanej z dobrowolną zmianą miejsca pobytu, środowiska i rytmu życia. Określa współczesny styl życia, jest sposobem poznawania świata,  daje możliwość odpoczynku, relaksu, regeneracji sił, poprawy stanu zdrowia, wspiera rozwój gospodarczy i społeczny regionów turystycznych. Udział w turystyce jest efektem realizacji potrzeb współczesnego człowieka, które określają cel i motywację do podjęcia powiązane z określoną wartością.

Obecnie jednak pojęcie to zostało rozszerzone do definicji przemysłu turystycznego. Zatem jest to gałąź związana z produkcją dóbr i usług wymagająca określonej infrastruktury. Istotne są na tym polu wszelkie działania związane z przekształcaniem przestrzeni i przystosowywaniem jej do potrzeb turystyki, co przyczynia się niejednokrotnie do zmian w krajobrazie czy degradacji środowiska naturalnego. Powstają nowe drogi, lotniska, hotele, baseny, parki rozrywki, restauracje, kawiarnie, kluby nocne, miejsca noclegowe, wzrasta produkcja wyposażenia, żywności, pamiątek, zwiększa się zapotrzebowanie na personel. Wpływa to oczywiście na transfer ludzi i pieniędzy, a dzięki ogromnym staraniom możliwe jest zaspokojenie wszelkich potrzeb turystów i osiągnięcie ich satysfakcji.

źródło: Internet

źródło: Internet

Tęsknota za nieznanym

Ludzie podróżowali od czasów starożytnych powodowani chęcią zobaczenia ciekawych budowli lub wzięcia udziału w wydarzeniach religijnych czy obchodzonych gdzie indziej świętach. Budowano drogi, statki, kompletowano karawany, by zaspokoić ludzkie potrzeby z samego szczytu piramidy Masłowa – potrzebę wiedzy, zrozumienia, nowości, harmonii, piękna, samorealizacji… Nikomu nie trzeba przypominać, że podróże kształcą, ale jak mawiają starzy Chińczycy… tylko ludzi wykształconych.

Podróże, nie turystyka.

Dawni podróżnicy, sprzed czasów konkwistadorów, poznawali dalekie kraje, opisywali je, przywozili zza mórz nowe mapy, portrety napotkanych w drodze Innych, rysunki ich domostw, zwyczajów, przedmioty codziennego użytku, nieznane rośliny i tęsknotę za nowo poznanymi miejscami. Opowiadali historie o odległych lądach, które rozwijały nie tylko wyobraźnię, ale otwierały także nowe horyzonty. Na takie podróże stać było niewielu, ale ich wysiłek można zmierzyć dzisiaj zasięgiem poznania. Dawni podróżnicy wnikali w szczegóły, uczyli się języków, zawierali znajomości, prowadzili interesy. Dzięki nim nastąpił rozwój handlu i nauki.

Dzisiaj zostało ich już niewielu… To ci, którzy wciąż pakują alpejki, zakładają trapery i przemierzają mało uczęszczane szlaki na rowerach, motocyklach lub pieszo. Chcą zmierzyć się z globalnym skurczonym światem, który oferuje wszystko, wszędzie i każdemu, a jeśli jeszcze nie oferuje, oznacza to tylko tyle, że na udostępnienie potencjalnych rozwiązań trzeba poczekać krótką chwilę zanim zostaną „odkryte”. Nierzadko podróżnicy zostają tam, gdzie mocniej zabiły ich serca. Rozmawiają, biesiadują, śpią, śmieją się i płaczą razem z tymi, którzy okazali się tak wspaniałomyślni, by otworzyć im swoje drzwi i serca. Będąc w drodze są Innym i jednocześnie Tym Samym.

Iluzja

Turyści, wkręceni w machinę przemysłu turystycznego, mają zgoła zupełnie inny status. Nie pozwala on im nawet na chwilowe zagnieżdżenie się w miejscu docelowym. Nocują w hotelach, biegają po ściśle wyznaczonych trasach, okupują bary all inclusive, narzekają na obsługę, wymagają… Cóż, inaczej być nie może. Jeśli rozwija się jakakolwiek gałąź przemysłu, musimy być przygotowani, że z czasem stanie się coraz bardziej drapieżna. Nowe możliwości i technologie zapewnią większy komfort, wyznaczą nowe trendy, stworzą marki i korporacje. Morza pieniędzy płynące z kont na konta nie zostawią skrawka nadziei na humanizm, nie łudźmy się. Produktem końcowym jest konsumpcyjny potężny multipotwór – turysta. Godzilla depcząca rezerwaty, King-Kong eksplorujący luksusy pięciogwiazdkowych hoteli, Lewiatan ekskluzywnych restauracji i Chupacabra unżonej obsługi. Ma słono zapłacić za komfort i atrakcje, nad którymi czuwają obie strony geszeftu, ma być wkręcony w machinę iluzji, zadowolony, dopieszczony, upity szumem morza i palm… I tak jest.

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Zasłużony wypoczynek, źródło: Internet

Kim więc jest dziś turysta? Pożądanym acz męczącym produktem, któremu, jak długo oczekiwanemu potomkowi, pozwala się spełniać wszelkie zachcianki, przynoszącym jednocześnie horrendalne zyski międzynarodowemu kapitałowi. Pułapka tkwi w tym, że monopol na turystę mają dzisiaj wielkie agencje, wśród których jakakolwiek alternatywa ma niewielkie szanse przetrwania – patrz: darwinizm społeczny.

W związku tym odbiór turystyki i obraz turysty zmienia się z pozytywnego na negatywny. Wysiłek i aktywność stały się niemodne, szacunek i partnerstwo w kontaktach z mieszkańcami, nauka języka lub pogoń za naturą to zakurzone eksponaty, w zamian promowane są podróże grupowe, głównie urlopowe i modelowe, z całą dbałością o konsumpcję, bierność i komfort.

Wielu ludzi uważa, że turystyka jest czynnikiem postępu. Ten mit wrośnięty silnie w naszą świadomość pozwala sądzić, iż dzięki turystom powstaje coś cennego. Niestety w dobie wszelkich światowych kryzysów jak: energetyczny, klimatyczny, demograficzny, żywnościowy, sanitarny, bezpieczeństwa i tożsamości, beztroski i egocentryczny turysta przynosi więcej szkód niż pożytku.

Zaprojektowana spontaniczność

Jeśli najważniejszym celem dzisiejszego przemysłu turystycznego jest przyciągnięcie turysty, zatrzymanie go i zmuszenie do maksymalnych wydatków, trudno nie zauważyć stosowanych w tym celu manipulacji. Turystę zamyka się w szczelnych enklawach równoległej rzeczywistości o skłonnościach segregacyjnych. Do 5 gwiazdek oprócz niego nikt nie ma wstępu, obsługa trzyma buzię na kłódkę, policja pracowicie wymiata z czerwonych dywanów ludzi mieszkających w pobliżu, dzielnice obsługi zwykle dzieli od turystycznego raju stosowna odległość, a kontakty z tubylcami są niemile widziane i na wszelkie sposoby utrudniane. Dzięki tym zabiegom poznanie staje się z reguły niemożliwe.

I nic nie jest spontaniczne, nawet jeśli na takie właśnie wygląda.

Inżynieria społeczna posługująca się głównie zespołem technik służących osiągnięciu określonych celów poprzez manipulację społeczeństwem, określanych mianem socjotechnik, dba o porządek również w turystyce i jeśli ktoś samodzielnie nie dotrze do wiarygodnych informacji, zobaczy tylko to, co wolno mu zobaczyć. Prywatną plażę odgrodzoną wysokim żywopłotem od  strefy przemysłowej lub bazy wojskowej i „żywiołowe” nighlife za szczelną kurtyną zapewnień o czyhających na zewnątrz niebezpieczeństwach.

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Luksus Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Realizm Karaibów, źródło: Internet

Slogany reklamowe sprzedadzą wszystko i wszystkim. Odwołując się do naszej wyobraźni zapewnią, że kamienista plaża to gwarancja braku uciążliwego piachu, oddalony o 30 km od centrum hotel będzie okazją do zwiedzenia „interesującej wioski rybackiej”, natomiast pustynia podziała zgoła terapeutycznie, bo odizolowani od miejskiego gwaru i tempa na pewno odpoczniemy. Czulibyśmy się pewnie równie wspaniale na platformie wiertniczej „kołysani magicznym morskim prądem”, gdyby taka oferta pojawiła się w którymkolwiek z biur podróży. Slogan to tylko slogan. Słowa „magiczna podróż” i „baśniowy raj” są wyłącznie argumentem handlowym i mają tylko nas uwieść. Nic więcej.

Turystyczna „fabryka snów” sprowadza do banału wszelkie wyższe potrzeby człowieka. Za fasadą pawiego ogona nie zawsze czeka zimny drink, jest za to złudzenie, że właśnie przeżywamy coś „absolutnie fascynującego” i iluzja bycia „wyjątkowym”, nic to że w królestwie kiczu, plastiku i reklamy.

Mało

Ponieważ „show must go on”, turystyczna „fabryka snów”, stając na wysokości zadania, przekonuje nas, że to wszystko, co do tej pory oferowała, to jednak za mało. Mało gwiazdek, mało plaży, mało alkoholu, mało atrakcji… Od czego menedżerowie i marketingowcy? Jeśli czegoś nie ma, stwórzmy to! Jak grzyby po deszczu powstają nowe atrakcje. Najbardziej pożądana turystyka ma zawieźć klienta jak najdalej, ma mu dać jak najwięcej i jak najlepiej. Oczywiście „jak najlepiej” traci tu swoje dawne znaczenie i przekracza wszelkie zasady dobrego smaku, uznając wyłącznie jedną zasadę: żadnych ograniczeń.

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Rezerwat Masai Mara, Kenia, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Iluzja Czarnego Lądu, luksusowe lodge w Kenii, źródło: Internet

Mamy więc spektakle w wioskach kulturowych, gdzie markowe obiektywy robią zdjęcia małym murzyniątkom, a na facebooku opłakuje się ich niewdzięczny los, mamy obdarowywanie dzieciaków z gett zużytymi maskotkami i nieświeżymi lalkami, mamy safari, podczas którego grupki przybyłych raczą się winem i przekąskami wprost z maski jeepa, a za plecami, prawdopodobnie jednak głodny, tłumek tubylców umila im ekskluzywny pobyt w niemal sześciogwiazdkowych lodge’ach śpiewem…

W biedakrajach, gdzie średni miesięczny zarobek tubylca oscyluje w granicach 10 dolarów* (oby), odbywają się niewiarygodne spektakle, organizowane specjalnie dla bogatych turystów. Można uczyć się tańczyć, tkać, gotować, przebierać się w kolorowe stroje, spożywać wykwintne posiłki, degustować bajońsko drogie wina, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wspierania biedaków, bo przecież to „dzięki nam mają pracę”. Należy się słowo wyjaśnienia: dzięki wam „Mili Państwo” pracę mają bonzowie sektora turystycznego, a biedak zawsze jest okradany.

Jeszcze mało

Z tego nudnawego po kilku wyjazdach blichtru rodzi się potrzeba czegoś nowego. Można więc zmienić kierunek podróżowania i z tak pożądanych zwykle tropików pójść w stronę lodowców, mongolskich stepów, ostępów Zabajkala, Alaski lub Grenlandii… Mało? Oczywiście. Dajemy więc szansę, oczywiście za odpowiednią opłatą płynącą wprost do kieszeni „narkooperatora”, zobaczenia brazylijskiej faveli od środka. Wjeżdżamy jeepami z uzbrojoną obstawą i fascynujemy się biedą, upodleniem, poniżeniem. Mało? Tak. No to jedziemy na wojnę. Najlepiej na wzgórza Golan, by napawać się śmiercią i zniszczeniem. Rozrywka, jaką jest obserwowanie z bezpiecznej odległości wojny, nie jest w Izraelu nowością. „Wojenni turyści” okupują punkty widokowe, sprawiając wrażenie, że właśnie są na rodzinnym pikniku, kontestują eksplozje rakietowe i starcia wojsk. Czyżby mało? Niestety.

Nietypowe formy turystyki stają się coraz popularniejsze i są szansą na swoistą specjalizację dla biur podróży, zwłaszcza małych, by wybić się na trudnym, opanowanym przez molochy rynku. Modne jest odwiedzanie opuszczonych miast, cmentarzysk, katakumb – turystyka urbex, slumsów – turystyka slumsowa, miejsc starć zbrojnych – wojenna, miejsc katastrof nuklearnych jak Czernobyl… Są też turystyka adopcyjna, medyczna, tanatoturystyka… Tak wiele możliwości w świecie, na którego mapach nie ma już białych plam… Chęć zadeptania wszystkiego.

Kuriozalnie mało

Absolutnym kuriozum w dziedzinie turystyki slumsowej jest prywatny rezerwat dzikich zwierząt Emoya w Bloemfontein w Republice Południowej Afryki. W hotelu ze SPA i centrum konferencyjnym można przeżyć zaiste „niebanalne” turystyczne doświadczenie – pobyt w slumsach Shanty Town, specjalnie na tę okazję wybudowanych.

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Urocza Emoya w Bloemfontein , RPA, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Równie urocze Shanty Town w Emoya, źródło: Internet

Na stronie internetowej znajdujemy informacje o domkach z blachy falistej, wyposażonych w lampę naftową, świece, radio na baterie, palenisko do przygotowania posiłków i ubikację. Proponuje się doświadczenie życia w tej scenerii, w bezpiecznym otoczeniu prywatnego rezerwatu dzikich zwierząt. Z ogrzewaniem podłogowym i wifi! Jak widać na zdjęciach, to jednak tylko… sceneria.

Parodia i głupota osiągnęły apogeum, ale chętni są, a że niesmaczne? Co z tego. Odarcie człowieka z godności zyskało w turystyce status luksusu, a współczesna kolonizacja i arogancja osiągnęły punkt krytyczny. Wstyd nie ma tu nic do rzeczy, bo mimo części głosów przeciw, druga część jest jak najbardziej za, uznając że taka forma może przynieść jakąś naukę, a ubodzy zyskają. Nic bardziej mylnego. Pogoń za tego rodzaju doświadczeniem jest głupim zachowaniem głupiego i bogatego białego wobec innoskórego i biednego. Jest kompletnym brakiem empatii dla ludzi żyjących w warunkach urągających postępowi i humanizmowi. Budzi protest i niezrozumienie, w jaki sposób można się dobrze bawić, gdy obok ludzie żyją w skrajnej nędzy i umierają za plecami rozpasanego turysty, który ma nadmiar tego, czego człowiek żyjący tam na co dzień nigdy nie doświadczy. Bawienie się ubóstwem i wynoszenie go do rangi rozrywki jest odrażające, można je też uznać za objaw psychopatii.

Antidotum na kryzys

Turystyczny konsumeryzm, rozrośnięty do niewyobrażalnych rozmiarów, budzi wstręt. I słusznie. Jednostki myślące szukają więc rozwiązań alternatywnych. Może pora zrezygnować z usługodawców, kupować samodzielnie bilety, poznawać ludzi w Internecie i korzystać barterowo ze swoich dóbr. Może pora przestać być klientem, odmówić statusu „ludo-żercy” i zacząć znowu podróżować. Można korzystać z couchsurfingu (międzynarodowa sieć wymiany noclegów) czy greeters (wolontariusze przyjmujący podróżujących darmowo z wymianą). Można tworzyć podobne społeczności, zakładać strony internetowe, uczyć się języków, lub choćby podstaw przed wyjazdem, wymieniać informacjami, zyskiwać świadomość, rozwijać…

Odpowiedzialnie, etycznie, szczerze i z szacunkiem odnosić się do swoich partnerów w podróży, być Człowiekiem. Innym i Tym Samym.

*

Styczeń 18, 2015

„Surrealizm rewolucji kubańskiej”

W 1961 roku Fidel Castro i Che Guevara grali w golfa na opuszczonych terenach Country Clubu w Hawanie i rozmawiali o tym, jak Kuba mogłaby zainwestować w kulturę. Wkrótce potem przedstawili plan budowy Narodowego Instytutu Sztuki na opuszczonych polach golfowych w zachodniej części miasta.

Dzięki tej dyskusji powstał zespół obiektów o niezaprzeczalnej wartości estetycznej. Projekt Narodowego Instytutu Sztuki, autorstwa architektów Ricardo Porro, Vittorio Garattiego y Roberto Gottardiego (1961-1965), obejmujący szkoły/wydziały: tańca nowoczesnego, sztuk plastycznych, sztuk scenicznych, muzyczną i baletową, składał się z pięciu odrębnych obiektów rozlokowanych na terenach byłych pól golfowych. Został on uznany za jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć  architektury drugiej połowy XX wieku.

Od lewej architekci: Ricardo Porro, Roberto Gottardi i Vittorio Garatti, fot. Internet

Od lewej architekci: Kubańczyk Ricardo Porro, i Włosi – Roberto Gottardi oraz Vittorio Garatti, fot. Internet

Pomysł wywodził się z pragnienia rządu rewolucyjnego, aby stworzyć w Hawanie centrum edukacji artystycznej na najwyższym poziomie nie tylko w skali lokalnej, ale też światowej, w celu kształcenia twórców pochodzących z krajów Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Ameryki Centralnej i Południowej. Ricardo Porro, profesor projektowania na Wydziale Architektury Uniwersytetu Centralnego Wenezueli w Caracas, został powołany przez rząd kubański, aby nadzorować prace. Z chęcią przyjął to stanowisko, tym bardziej, że mógł dzięki temu powrócić na Kubę, z której wyemigrował w 1957 r. W pierwszych latach po rewolucji naród kubański nastawiony był optymistycznie w związku z czym prace budowlane ruszyły pełną parą, a instytut wznoszono jako symbol niemal nieograniczonych możliwości nowego rządu.

Porro był głównym koordynatorem prac, zaprojektował Szkołę Sztuk Plastycznych i Szkołę Tańca Nowoczesnego; Vittorio Garatti był autorem projektu Szkoły Baletowej, a Roberto Gottardi – Szkoły Muzycznej i Szkoły Sztuk Scenicznych.

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca nowoczesnego, Szkoła Sztuk Dramatycznych, u góry Szkoła Sztuk plastycznych, zdjęcia Google Map

Widok satelitarny na teren dawnych pól golfowych i szkoły od lewej: Szkoła Baletowa, Szkoła Muzyczna, Szkoła Tańca Nowoczesnego, Szkoła Sztuk Scenicznych, u góry Szkoła Sztuk Plastycznych, zdjęcia Google Map

Chociaż każdy z architektów pracował niczym nie skrępowany i absolutnie wolny, wszyscy opierali się na pewnych wspólnych założeniach. Tak więc, mimo różnorodności poszczególnych projektów, kompleks szkół osiągnął pewną spójność wizualną. Architekci starali się zintegrować swoje budynki z krajobrazem, odnosząc się z wielkim szacunkiem do  środowiska naturalnego, by nie naruszyć w żaden sposób równowagi, m.in. projektowali specyficzne chodniki łączące aule i dziedzińce danej szkoły. Strategię tę wprowadził Porro, opierając się na swoich wspomnieniach z dawnej Hawany.

Problemy polityczne i ekonomiczne ówczesnej Kuby i nałożone przez USA embargo spowodowały, że w kraju brak było cementu portlandzkiego i stali. To z tego powodu wszystkie budynki dostosowane były do ujednoliconej metody konstrukcyjnej, opartej na wykorzystaniu sklepień katalońskich *. Na placu budowy królowały cegła, płytki ceramiczne i dachówka z terakoty.

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca, fot. Internet

Sklepienia katalońskie, Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego została pomyślana jako rozbita tafla szkła, podzielona na „odłamki”, symbolizujące obalenie starego porządku. Jej fragmenty koncentrowały się wokół placu wejściowego, skąd rozchodził się system uliczek i podwórek ocienionych kopułami i arkadami.

Z kolei Szkoła Sztuk Plastycznych nawiązywała do wioski afrykańskiej, a owalne studia zostały zaplanowane z górnymi otworami, by artysta mógł jak najlepiej obserwować oświetlonego modela.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Scenicznych Roberto Gottardiego została zainspirowana sztuką starożytną. Punktem centralnym jest amfiteatr, wokół którego skupiają się położone w niewielkich odległościach kompaktowe w formie budynki o prostej miejskiej formie, które w bryle przypominają twierdzę. Ruch wewnątrz odbywa się wąskimi uliczkami na podobieństwo teatralnej kulisy.

Szkoła Sztuk Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Dramatycznych/Scenicznych, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, zaprojektowana przez Vittorio Garattiego, ma kształt serpentyny wijącej się na długości 330 metrów i schodzącej pod ziemię, gdzie znajduje się m.in. sala prób. W dachach znajdują się schodkowe lub tarasowe zmiany poziomu, a całość nawiązuje do rzecznych meandrów, niektórzy widzą w niej robaka. Wyposażona jest w boczne tarasy, symbolizujące łodzie.

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Szkoła Muzyczna, fot. Internet

Drugi z projektów Garattiego – Szkoła Baletowa składa się z licznych kopuł katalońskich, z których część ma formę rozpiętych półokrągłych namiotów. Kompleks łączy pofalowana powierzchnia dachu, mogącego również służyć jako ciąg komunikacyjny. Mieszczą się tu m.in. trzy pawilony taneczne i rotunda, gdzie można prezentować występy.

Szkoła Baletowa, zdjęcie  lat 60., Fot. Internet

Szkoła Baletowa, zdjęcie lat 60., Fot. Internet

Początkowo podczas projektowania kompleksu panowała absolutna wolność budżetowa i niezależność w podejmowaniu decyzji. Wkrótce jednak okazało się, że koszty budynków i niepowtarzalność projektu spowodowały liczne skargi o nieumiejętność gospodarowania i burżuazyjne zapędy, co osłabiło poparcie dla projektu i w 1965 r. jego realizacja została wstrzymana. Spośród pięciu budynków tylko trzy zostały częściowo zrealizowane i wykorzystane. Porro wyjechał do Paryża, Garatti do Mediolanu, na miejscu pozostał tylko Gottardi.

Projekt został wskrzeszony dopiero po ponad ćwierćwieczu w roku 1991, kiedy część kompleksu została już niemal całkiem zniszczona. Gottardi zaprosił wtedy Johna Loomisa, kalifornijskiego historyka architektury, by zobaczył, co pozostało z tych niezwykłych obiektów. Loomis powiedział, że zaskoczył go realizm magiczny architektury i krajobrazu. W późnych latach 90. opublikował pracę, rehabilitującą kubańską architekturę rewolucyjną (Rewolucja formy. Zapomniane Szkoły Artystyczne Kuby). Było to zwrócenie uwagi świata na to bezcenne dzieło i zaowocowało w 2000 roku wpisaniem Narodowego Instytutu Sztuki na listę Światowego Funduszu Zabytków (obecnie rozważa się wpisanie go na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Po lekturze książki Loomisa Castro poczuł wyrzuty sumienia i skrytykował urzędników za przyczynienie się do zaniedbania budowy i niszczenia obiektów.

W grudniu 1999 roku Porro i Garatti zostali z powrotem zaproszeni do Hawany, aby zakończyć budowę. Prace postępowały jednak powoli, pieniędzy było mało, a priorytetem stały się hotele, istniało też pilne zapotrzebowanie na mieszkania, co doprowadziło po raz kolejny do zatrzymania projektu. Takim oto sposobem Narodowy Instytut Sztuki nigdy nie został ukończony, a studenci nauczyli się pracować w na wpół zrujnowanych budynkach.

Projekt Porro, Garattiego i Gottardiego ma na świecie niewielu rywali. Budynki łączą w sobie futurystyczny design i prostotę wykorzystanych materiałów, zmysłowość języka przekazu wizualnego i potwierdzenie kubańskiej mieszanki rasowej. Znajdziemy tu odwzorowania afrykańskich wiosek, splatające się z kolonialnymi i bardziej europejskimi czy klasycznymi elementami, które przenika żywiołowość bujnej tropikalnej natury. To właśnie jej architekci złożyli hołd w postaci rozwiązań geometrii organicznej.

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Szkoła Baletowa, fot. Internet

Twór ten  nigdy więc nie mógł pasować do prostego stylu funkcjonalnej sowieckiej architektury lat pięćdziesiątych z prefabrykatów i ta mało subtelna różnica doprowadziła do jego ostrej krytyki, jako indywidualisty pozbawionego cech rewolucji, opartego na kryteriach czysto estetycznych zamiast na socjalistycznym rygorze. Krytyków szczególnie bulwersowała zmysłowość budynków i głośno wyrażali swoją nieufność wobec katalońskich kopuł. W obliczu antagonizmów podnoszono również kwestię, że Porro pochodził z burżuazji, a nie z proletariatu, a dwaj pozostali nie byli nawet Kubańczykami.

Projekt Narodowego Instytutu Sztuki w Hawanie na odległej Kubie do dziś wzbudza emocje. Łączy w sobie niewątpliwie pasję i talent twórców, które sprawiły, że stał się wizjonerską metaforą kultury kubańskiej, fuzją kodów nowoczesności, kolonialnej tradycji i odzyskanej czarnej kultury, reprezentującej „surrealistyczny” etap rewolucji kubańskiej.

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Sztuk Plastycznych, fot. Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

Szkoła Tańca Nowoczesnego, fot Internet

* Kopuła katalońska lub kopuła murowana jest unikalną techniką tradycyjnej konstrukcji katalońskiej. Obejmuje pokrywanie cegłami kopuły na całej zewnętrznej powierzchni lub tylko okładanie jej łuków i przęseł, co tworzy długie ceglane ciągi. Sklepienia tego rodzaju kopuł również okładane są cegłami.

W 2000 roku podjęto się renowacji Narodowego Instytutu Sztuki. Oczyszczono wnętrza budynków z roślin i chwastów, wycięto drzewa wrośnięte w budynki i oplatające je korzeniami, wyrównano teren. Do tego celu posłużyły plany Porro (zm. 24 grudnia 2014 r.) i Garattiego, z którymi podjęto współpracę podczas renowacji. Prace budowlane wewnątrz obietów rozpoczęły się w 2003 roku w dwóch szkołach – Sztuk Plastycznych i Tańca Nowoczesnego. Były one jednak utrudnione z powodu braku odpowiednich materiałów, które należało przygotować według projektu, a czasem zastąpić innymi, korzystano też z kosztownych zagranicznych komponentów. Podjęto również decyzję o odnowieniu bądź wymianie instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej, jak również zakupiono nowy sprzęt i meble. Od 2004 roku prowadzone są prace renowacyjne w Szkole Sztuk Scenicznych.

Plany szkół i więcej zdjęć na http://www.lajiribilla.cu/galeria/escuelas-de-arte-de-cubanacan

Grudzień 30, 2014

Głęboka pomyłka, czyli kultowy dialog

Pewna znana mi Osoba (z wiadomych powodów nie zamierzam ujawniać płci ani innych danych) została kilka lat temu szaraczkowym urzędnikiem UE. Osoba na wejściu otrzymała służbowe, opłacane przez UE wraz z podstawowymi mediami mieszkanie w Brukseli i 1500 EUR pensyjki na miesiąc. Z wywiadu wynikało, że niestety musi płacić za kablówkę i internet, i że w Brukseli wszystko niebotycznie drogie, ale już po drugim roku pracy Osoba przekroczyła pierwszy próg podatkowy i niezmiernie wkurzona płaczliwie doniosła: „Każą mi zwracać podatek”. No to ja czegoś nie rozumiem – albo zarabiam wielkie nic i zabierają mi marne kilkanaście procent, albo ląduję w krezusach, płacę bo mam z czego, nie odzywam się i nie płaczę. Podczas pierwszego kontraktu pensyjka wzrosła, samotność dokuczała, ale o powrocie nie mogło być mowy, bo kariera jest do zrobienia. O ile wzrosła pensyjka przez kolejne cztery lata, nie mam informacji, pewnie wstyd byłoby się przyznać, że tak… dużo. Cóż, zostaje mi więc tylko podglądanie na fejsie, jak Osoba bawi się ochoczo za moją ciężko wyharowaną kasę i moje podatki. Jak lata z jednego końca świata w drugi, spija śmietankę, mieszka w ekskluzywnych hotelach i imprezuje z podobnym sobie personelem niższej kategorii jako świta wyższych rangą. Strach mi jednak myśleć, czym się Osoba zajmuje, może tym co niżej?

Jedne z emblematów Brukseli - Manneken Pis i Jeanneke Pis, rzeźby sikających dzieci, niestety niekoniecznie poprawne politycznie. Co na to UE? źródło: internet

Jedne z emblematów Brukseli – Manneken Pis i Jeanneke Pis, rzeźby sikających dzieci, niestety niekoniecznie poprawne politycznie. Co na to UE?
źródło: internet

Ochrona aligatorów, czyli buty pana Cejrowskiego

Na Florydzie w parku Everglades krokodyl amerykański jest chroniony. Z powodu chronienia po jakimś czasie jest go za dużo i z tego powodu dwa razy w roku w parku dostępne są licencjonowane odstrzały. Park żąda również, by zabrać i zutylizować zastrzelone zwierzęta. Z opcji tej skorzystał również pan Wojciech Cejrowski. Część z polowania pana Cejrowskiego poszła na mięso do restauracji, część do szewca, skąd wzięły się rzeczone buty. Pan Cejrowski wjeżdżał do UE z fakturą od szewca i fakturą z Parku Narodowego Everglades, mimo tego został zatrzymany pod groźbą 5 lat więzienia, ponieważ aligatory są chronione w UE.

Kultowy dialog

 W.C.: A gdzie aligatory występują w UE?

Celnik: Nie występują.

W.C.: A czy aligatory są na wymarciu?

Celnik: Nie wiem.

W.C.: To ja panu powiem: nie są. Dlaczego zwierzę, które nie jest na wymarciu jest pod ochroną na terytorium, na którym go nie ma?

To terytorium trzeba zmienić. Ja uważam, że to terytorium trzeba pokroić z powrotem na roztropne kawałki narodowe, a UE zlikwidować jako głęboką pomyłkę.

https://www.youtube.com/watch?v=qNLfEZDL0Bk

W latach 1957−1997 wydano na terytorium wspólnoty państw europejskich i UE (od 1993) tylko 10 tysięcy aktów prawnych. W latach 1997-2007 aż 12 tysięcy o objętości ponad 85 tys. stron.

Próby zidiocenia w UE bez chronologii

  • konieczność posiadania zaświadczenia o posiadaniu umiejętności wspinania się na drzewa
  • wymóg zlikwidowania kantów między ścianami a podłogą w szkolnych kuchniach
  • zalecenie, by od 2010 r. zmniejszyć liczbę śmiertelnych wypadków o połowę
  • regulacje, zgodnie z którymi marmoladę można wytwarzać tylko z owoców cytrusowych
  • propozycja kampanii międzynarodowej na rzecz przyłączenia Izraela do Unii Europejskiej
  • uznanie lotniska Ben Gurion International Airport pod Tel Awiwem za lotnisko europejskie
  • regulacja zakazująca gotowania dotowanego mleka
  • przepisy nakazujące niszczenie resztek żywności ze stołówek, restauracji i sklepów
  • przepisy dotyczące wymogów sanitarnych dla bacówek, w których górale robią oscypki – wyłożenie ich glazurą, zainstalowanie wc, wyposażone w umywalki z ciepłą i zimną wodą oddzielnie, zainstalowanie w oknach siatek przeciw owadom
  • propozycja komisarz Viviane Reding, by za rozmowy telefoniczne płacił nie tylko dzwoniący, ale i odbiorca połączenia
  • zakaz stosowania sformułowań Pan i Pani, ponieważ są one zbyt „seksistowskie”
  • propozycja usunięcia ze słowników słów: „policjantka” czy „stewardessa”
  • opracowanie dopuszczalnych krzywizn: ogórka – maksymalna wysokości łuku: 10 mm na każde 10 cm długości ogórka (1988) i banana – norma zakrzywienie banana wynosi poniżej 27 mm na 14 cm (1994, rezygnacja w 2009 z powodu działań Kostaryki na nie spełniające norm unijnych banany z terenu tego państwa)
  • wymogi określające wymiary tzw. powierzchni zmywalnej (lamperii lub kafelków) na ścianach szpitali, przychodni, gabinetów zabiegowych itp.) – zwyczajowo w Polsce 170–200 cm, według UE musi wynosić 205 cm
  • uznanie marchewki za owoc
  • uznanie ślimaka za rybę śródlądową
  • dyrektywa określająca dopuszczalną liczbę sęków w desce, by mogła ona trafić do obrotu (wycofana)
  • od listopada 2011 roku papierosy kupione na terenie UE powinny same gasnąć, jeśli palacz nie zaciąga się przez kilkanaście sekund
  • nakaz wymiany żarówek na „energooszczędne” i „ekologiczne” o zawartości rtęci, o czasie startu dłuższym od czasu ich użycia, co sprawia, że zużywają więcej energii
  • stworzenie instrukcji obsługi drabiny
  • stworzenie wielostronicowej instrukcji użytkowania kaloszy
  • obliczenie szczegółowych parametrów wyposażenia klatek dla kur, kształtu kurzych grzęd, montowania urządzeń np. do ścierania kurzych pazurów
  • ogłoszenie przetargu na projekt naukowy, którego celem jest zbadanie wszelkich aspektów wykorzystania insektów jako potencjalnego źródła żywności
  • stworzenie przepisów dotyczących mycia rąk – kolejności i długości pocierania dłonią o dłoń
  • stworzenie przepisów dotyczących zmywania w placówkach żywienia zbiorowego – wymagalność m.in. notowania temperatury wody, godziny mycia, a także informacji, co się zmywało i czym
  • wprowadzenie kryteriów standardowej ilości spuszczanej wody podczas prawidłowego użytkowania toalet – 5 litrów na każde spłukanie, dla pisuarów – mniej niż 1 litr
  • ogłoszenie, iż transakcje gotówkowe w wysokości ponad 500 euro zostaną wkrótce zakazane
  • stworzenie dyrektywy nakazującej zwiększenie odległości kaloryfera od ściany z 4 na 6 cm
  • stworzenie przepisów dotyczących minimalnych wymagań komunikatów werbalnych
  • wydanie 2 mln euro na monitorowanie internetu przed wyborami 2014, by śledzić dyskusję na temat UE
  • rozporządzenie nakazujące wyrzucania do morza dorsza, jeśli został złowiony poza limitem
  • regulacja wprowadzająca konieczność zdawania dwóch egzaminów na prawo jazdy – na samochody z automatyczną i manualną skrzynią biegów oddzielnie
  • marnotrawienie pieniędzy unijnych podatników związanych z utrzymaniem trzech (!) siedzib Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, a Brukseli i Luksemburgu
  • rozporządzenie ustanawiające normy handlowe, mające zastosowanie do awokado – jak je zrywać by było smaczne i dobrej jakości
  • rozporządzenie dotyczące mierzenia i ważenia krewetek, śledzi i innych ryb po złowieniu – na niektórych obszarach śledź jest śledziem od 18 cm, na innych dopiero od 20 cm, a gdy śledź ma 15 cm trafia na listę niestandardowych ryb do negocjacji
  • dyrektywa w sprawie zwalczania tarcznika niszczyciela (szkodnika niszczącego drzewa), w której w zakazuje się państwom UE posiadania ww. szkodnika
  • zakaz produkcji w UE odkurzaczy o mocy przekraczającej 1600 W
  • zakaz tradycyjnego wędzenia wędlin
  • stworzenie dyrektywy dotyczącej zabawy świń w chlewie, by się nie nudziły i nie popadały w depresję
  • zapytanie jednego z europosłów czy Komisja zamierza wydać dyrektywę, która nakazywałaby produkcję samochodów dla muzułmanów wyposażonych w system GPS wskazujący drogę do Mekki
  • opisanie flamandzko-brabanckiego winogrona stołowego, ukazujące jak ma wyglądać jego kiść
  • debata „Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej”
  • debata „Jak przybliżyć przestrzeń kosmiczną do Ziemi”

W 2004 roku liczba utajnionych komitetów roboczych UE, zajmujących się tym, co wyżej, której nie opublikowano na prośbę ówczesnego przewodniczącego KE Jose Manuela Barroso* wyniosła 3094

były to m.in.:

komitet do spraw etykietowania tekstyliów
komitety do spraw etykietowania wielu innych towarów
komitet do spraw wind
komitet do spraw dobrego samopoczucia zwierząt
komitet do spraw banana…

*były członek maoistowskiego Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu

Naprawdę trzeba więcej?

Czy aby jedynie słuszny komentarz? źródło: internet

Czy aby jedynie słuszny komentarz?
źródło: internet

Dzieuję za możliwość skorzystania z materiałów publikowanych na
http://www.fakt.pl/
http://piotrowski.org.pl/
http://www.bibula.com/
http://tergiwersacja.wordpress.com/
http://liberalis.pl/
http://www.wikipedia.org/
i google

Wrzesień 20, 2013

Excellent English, czyli….

Nowy wspaniały świat w poetyckim ujęciu bankiera

%d bloggers like this: